Nie mogła wyplątać się z jego objęć, nie budząc przy tym Morvana. Próbowała znów zasnąć, nie udało się jej jednak, otworzyła więc oczy i czekała na świt. W końcu pierwsze światło dnia przedarło się przez gałęzie drzew.
Nagle ręka i noga mężczyzny cofnęły się. Morvan błyskawicznym ruchem przewrócił Annę na plecy. Spojrzała w płonące czarne oczy.
– Wreszcie się obudziłeś – stwierdziła i próbowała usiąść.
Popchnął ją w dół i nakrył własnym ciałem, opierając się na przedramionach. Tylko centymetry dzieliły ich twarze. Gęste włosy Morvana były zmierzwione po śnie. Anna w świetle ogniska i wstającego dnia przyjrzała się uważnie urodziwej twarzy mężczyzny; zdecydowanej linii szczęki, lekko zapadniętym policzkom, prostym, gęstym brwiom. Był bardzo poważny, zamyślony. Futrzany płaszcz szczelnie okrywał ich oboje.
– Nie śpię już od jakiegoś czasu. – Ujął w dwa palce kosmyk jej włosów i pieścił nim swe surowe wargi. – Możesz sobie wyobrazić moje osłupienie, kiedy zdałem sobie sprawę, że obejmowałem cię we śnie, a ty po przebudzeniu nie odepchnęłaś moich ramion.
Annie zaczęło robić się gorąco.
– Myślałam, że śpisz, i nie chciałam cię budzić – mruknęła i podjęła bezowocny wysiłek, by zepchnąć go z siebie przynajmniej teraz.
– Pomimo mojej ręki na piersi i nogi między twoimi udami? Jesteś niebywale delikatna. – Morvan musnął wargami usta dziewczyny. – Ostatnio byłaś ciekawa tych spraw, Anno. Jak bardzo jesteś ich ciekawa?
– To ty się tu przeniosłeś z posłaniem. Nie wiń mnie teraz za to, co wydarzyło się w nocy.
– Zrobiło się bardzo zimno i okropnie zmarzłaś. Nawet żołnierze spali przytuleni w ten sposób – szepnął niskim głosem i pochwycił zębami jej ucho.
Zadrżała, kiedy połaskotał ją jego oddech. Nie była w stanie ukryć swej reakcji. Spojrzał jej w oczy i żar tego spojrzenia obrócił w popiół wszelkie obiekcje dziewczyny.
Waga Morvana przytłaczała ją, a jego ramiona uniemożliwiały jej jakikolwiek ruch. Rozchylił jej ubranie przy szyi, pochylił głowę i przywarł wargami do szyi dziewczyny, delikatnie przygryzając skórę. Cudowne dreszcze spływały spiralami w dół ciała Anny, aż doprowadziły do dziwnego pulsującego ucisku w dole brzucha. Usta Morvana dotarły do jej warg.
– Nie protestujesz. Nigdy nie protestowałaś. To zmuszało mnie, bym zachowywał się jak święty dla zachowania twojej świętości, ale ja nie jestem człowiekiem z kamienia, Anno.
Powinna protestować, tak podpowiadał jej rozum. Ale głos rozsądku był jedynie słabym szeptem, całkowicie zagłuszanym przez głośny krzyk triumfującej rozkoszy. Coś w niej pragnęło tego, skręcało się wręcz w oczekiwaniu, było wdzięczne za jej słabość.
Morvan znowu ją pocałował, powoli, mocno, a ona przyjęła ten pocałunek, odpowiedziała. Gdy zsunął się z niej, poprzez mgłę rozkoszy poczuła, że rozsuwa na boki wygniecione poły jej płaszcza, rozpina pas i zsuwa rękę w dół po udzie, by dotrzeć do rąbka kaftana.
– Co robisz? – W zdumieniu podniosła głowę, a uwolnioną ręką objęła ramię Morvana.
– Cicho – szepnął i położył ją znowu. Uwodzicielsko całował jej policzki, skronie, szyję, nie przestając przedzierać się przez kolejne warstwy materiału, które rozdzielały ich ciała. – Nie martw się. Przecież nie wezmę dziewicy na lodowatej ziemi, kiedy pięciu mężczyzn śpi w odległości trzydziestu kroków.
Podciągnął do góry kaftan i koszulę dziewczyny i dotarł wreszcie do nagiej skóry brzucha. Kiedy pieścił ją stwardniałym palcami, zamknął oczy. Gdy je otworzył, Anna dostrzegła w nich taki wyraz, że zaczęłaby się poważnie niepokoić, gdyby nie leżała na ziemi w mroźny zimowy dzień, a w pobliżu nie byłoby pięciu ludzi Morvana. Ale przepływające przez nią fale rozkoszy wyparły z jej mózgu wszelką trwogę.
Morvan przesunął ręką po jedwabnej szarfie, którą bandażowała piersi.
– Nie ułatwiasz mężczyźnie zadania. – Ujął pierś przez warstwę jedwabiu. Z gardła dziewczyny wydarł się cichy dźwięk. Ręka Morvana odnalazła wreszcie supeł szarfy pod ramieniem Anny. Jedwab rozluźnił się i wreszcie uwolnił piersi.
Morvan zaczął z rozmysłem bawić się tymi twardymi brodawkami, celowo ściągając ku nim bezradne spojrzenie dziewczyny. Rozdzierała ją jakaś niepokojąca potrzeba. Ciało Anny poruszało się wbrew jej woli, wychodziło naprzeciw męskiej dłoni.
Pochylił głowę. Szeroko otwartymi oczami przyglądała się, jak język i wargi Morvana pobudzają ją tak, jak przed chwilą czyniły to jego palce. Fale gwałtownego podniecenia uderzały w nią raz po raz. W głębi ciała czuła dziwny ból, jakby pustka domagała się wypełnienia. Morvan wsunął kolano między nogi Anny, przesunął je w górę i zaczął uciskać, pogarszając jeszcze sytuację, bo dziwna potrzeba skoncentrowała się w jednym miejscu, zmieniła się w fizyczną tęsknotę, która była zarówno torturą, jak i najrozkoszniejszą przyjemnością. Jego pocałunki i dotyk sprawiały, że dziewczyna błagała o więcej, że ten trawiący ją pierwotny głód był jedynym, co się w tej chwili liczyło.
Nagle oderwał od niej dłonie i usta i ukrył twarz w jej opadających na kark włosach. Całe ciało Anny krzyczało, protestując przeciwko przerwaniu pieszczot, które dawały jej tyle rozkoszy, ale Morvan uciszył protest uspokajającymi pocałunkami i poprawił ubranie dziewczyny.
Leżeli ciasno objęci. Anna powoli zaczęła zdawać sobie sprawę że budzi się dzień; z obozu zaczęły już dochodzić odgłosy krzątaniny. Podniosła głowę, żeby zerknąć na krzewy.
Morvan także musiał to usłyszeć. Pewnie dlatego przerwał.
– Dopiero wstają – uspokoił dziewczynę.
– My też musimy wstawać – powiedziała z ociąganiem, nie mając najmniejszej ochoty opuszczać ciepłego schronienia w jego ramionach. Czuła się zażenowana i nie śmiała spojrzeć mu w oczy.
Wstał, pomógł jej się podnieść i owinął ją szerokim płaszczem.
– Wejdź między drzewa i doprowadź się do ładu.
Kiedy burza wdarła się w głąb lądu, zaczęła siąpić lodowata mżawka. Okutani w płaszcze i nasączone olejem peleryny ludzie z mozołem brnęli przed siebie po drogach, które zaczęły przypominać błotniste grzęzawiska.
Morvan był w paskudnym humorze. Niezaspokojone pożądanie zmieniło się w piekielną irytację. Sytuację pogarszał jeszcze fakt, że kobieta, której pragnął, jechała konno u jego boku. Nie miał najmniejszej wątpliwości, że Anna oddałaby mu się dzisiaj. Starał się o tym nie myśleć, ale była tuż przy nim i reagowała na jego rozdrażnienie z tym swoim cholernym chłodnym spokojem. Ilekroć na nią spojrzał, stawała mu przed oczami jej twarz, kiedy miał ją pod sobą, a ona leżała z zamkniętymi oczami, zarumieniona z namiętności, wijąc się pod wpływem pieszczot. Wiedział, że te wspomnienia nie opuszczają nie tylko jego, ale i Anny, że mimo milczenia wiszą między nimi i wołają o uwagę. I o spełnienie.
W południe zatrzymali się pod osłoną drzew, by dać wytchnienie koniom i zjeść posiłek. Gregory odwołał go na bok.
– Dziś nie możemy rozbić na noc obozu. Ciągle pada, a może zacząć się nawet śnieżyca. Musimy poszukać jakiegoś schronienia.
– Jeśli dwór jest w Windsorze, miasto będzie zatłoczone. Zatrzymamy się w Reading, nieco na zachód. Znam tam pewną rodzinę mieszkającą tuż pod miastem, przyjmą pod swój dach konie i ludzi. To będzie tylko stodoła, ale przynajmniej sucha.
– A dama?
– Zabiorę ją do Reading i znajdę jej gospodę. – Podniósł wzrok i dostrzegł niepewną minę Gergory’ego. A więc przyjaciel domyślił się przyczyny jego podłego nastroju. – A potem wrócę do was.