Выбрать главу

Kiedy znowu ruszyli w drogę, Anna ponownie jechała u boku wysokiego, mrocznego jak chmura gradowa Morvana.

Poza jedną krótką chwilą, kiedy uśmiechnął się do niej ciepło, gdy rano wyszła zza drzew, przez cały czas pogrążony był w ponurych rozmyślaniach i milczał jak grób. Dziewczyna czuła emanujące z niego niebezpieczeństwo, jakąś drapieżność. Widząc spojrzenia, które jej rzucał, nie miała najmniejszych wątpliwości, aż zbyt jasno uświadamiały dziewczynie, że to ona jest powodem jego podłego nastroju. Czuła się jak wróbel pod wzrokiem sokoła i wcale nie była z tego zadowolona.

– Jesteś zły – stwierdziła.

– Nie jestem – odpowiedział, ale jego opryskliwy ton zadawał kłam słowom. – Łamię sobie głowę, dlaczego kobieta, która ma wstąpić do klasztoru, kusi mężczyznę. Zastanawiam się, czego ode mnie chcesz.

– Nie bądź śmieszny. Nie wiedziałabym nawet, w jaki sposób kusić mężczyznę.

– Dziś rano poradziłaś sobie znakomicie jak na osóbkę tak całkowicie niewinną. Istnieją pewne granice wymagań, które można mi stawiać, niezależnie od mojego postanowienia czy poczucia honoru.

Miał do niej pretensje!

– To nie ja cię obejmowałam. To nie ja całowałam i nie ja przewróciłam cię na ziemię.

– Nie powstrzymałaś mnie także, nie zaprotestowałaś. Czy nie rozumiesz, że gdyby moi ludzie nie zaczęli się budzić, nie byłabyś już dziewicą?

– Nie mogłam cię powstrzymać.

Zachmurzył się jeszcze bardziej.

– Zostawiasz taką decyzję mężczyźnie? Jeśli tak, koniec może być tylko jeden. Najwyraźniej Catherine nauczyła cię całkiem niewłaściwych rzeczy. Idź do klasztoru, bo skończysz podobnie jak lady Martha.

– Oto przykład typowej męskiej logiki. Uwieść kobietę, a potem wyzywać ją od ladacznic. Dziękuję ci za lekcję. Catherine zapomniała mi powiedzieć, że mężczyźni chcą, aby kobiety czuły się zhańbione. – Niemal wypluła te słowa i odwróciła się od Morvana.

Zapadło ciężkie milczenie; słychać było jedynie wycie wiatru i stukot końskich kopyt.

– Anno, ja nie…

– Nie odzywaj się do mnie! – Ścisnęła stopami boki konia i oddaliła się galopem od swego towarzysza. Uciekła od upokorzenia, które jej zgotował.

Zapadał już zmrok, kiedy znaleźli niewielki dwór na przedmieściach Reading. Morvan znał rycerza, który otrzymał tę posiadłość jako lenno i wszedł, żeby z nim porozmawiać, po czym przysłał swoim ludziom wiadomość, że mogą wejść do stodoły i się rozgościć.

Wieczorem zrobiło się jeszcze zimniej. Morvan po rozmowie z gospodarzem odnalazł Annę w stodole i nalegał, by natychmiast udali się w drogę do Reading. Do chwili gdy udało im się znaleźć gospodę, dziewczyna była już tak na niego wściekła, że nie mogła się doczekać, by wreszcie się go pozbyć. Morvan wszedł do środka, a ona czekała na zewnątrz, nie schodząc z konia.

– Niepogoda wypełniła gośćmi całą gospodę, ale ponieważ jesteś damą, otworzą dla ciebie dodatkową izbę na górze – poinformował ją Morvan, wróciwszy po chwili. – Wejdź i się ogrzej. Muszą zanieść tam łóżko, a to trochę potrwa.

Wprowadził ją do głównej sali gospody i usiedli przy stole ulokowanym blisko paleniska. Anna zjadła coś i napiła się korzennego wina, przyglądając się ludziom siedzącym na ławach. Całkowicie ignorowała swego towarzysza, który nie odrywał od niej oczu.

Wreszcie żona oberżysty zaprowadziła ich po schodach na górę, do wąskiego korytarzyka na poddaszu, z którego prowadziły drzwi do jednego tylko pomieszczenia. Sądząc po stosach przedmiotów, rzuconych na kupę w korytarzyku, izba służyła jako składzik. Była niewielka. Na wprost drzwi było zamknięte okno. Duże łoże zajmowało prawie całe pomieszczenie. Anna pomyślała, że pewnie należy ono do właścicieli gospody, którzy tę noc spędzą na sianie.

– Nie opuszczaj tej izby, Anno – przestrzegł ją Morvan. – W nocy tę gospodę odwiedzają czasem młodzi panowie z Windsoru. Piją i uprawiają hazard w sali na dole. Rano przyjadę po ciebie. Nikomu nie otwieraj.

Kiedy wyszedł, dziewczyna odetchnęła głęboko, jakby chciała w ten sposób wyrzucić z siebie wściekłość. Morvan uporczywie traktował ją jak głupawe dziecko, jutro to musi się skończyć. Drogo ją kosztowała jego opieka. Tym bardziej że jak dotąd jedynym niebezpieczeństwem, które zagrażało jej podczas tej podróży, był on.

Przy palenisku grzało się wiadro wody. Zdjęła ubranie i rozłożyła je na stołku przy ogniu, żeby przeschło. Nalała trochę wody do glinianej misy, stojącej na stoliku u stóp łóżka, i zmyła z siebie kurz drogi. Zwykle sypiała nago, tutaj jednak czułaby się niezręcznie. Zaczęła grzebać w sakwie, którą przyniósł jej Morvan, i po chwili wyciągnęła starą koszulę ojca i parę znoszonych spodni brata.

Zawinęła podarte dziurawe nogawki powyżej kolan. Koszula sięgała ud i wisiała na niej jak worek. Dziewczyna wyglądała w tym stroju śmiesznie, ale było jej ciepło.

Zdmuchnęła świecę i wskoczyła do łóżka. Prześcieradła były stare, lecz czyste. Z przyjemnością wciągnęła w nozdrza ich świeży zapach. Za wcześnie jeszcze na sen, ale przynajmniej była sama i mogła pomyśleć; nie kapało jej na głowę i nie było przy niej chmurnego mężczyzny, który ją obrażał i stanowił zagrożenie.

Morvan wszedł do ogólnej sali gospody, żeby osuszyć jeszcze kilka kufli, zanim znów wyjdzie na mróz. Właśnie przybyła grupa mężczyzn z Windsoru. Znał dwóch z nich i natychmiast został wciągnięty w rozmowę o swoich podróżach. Minęła już północ, kiedy wreszcie zmusił się do opuszczenia Reading i śpiącej na poddaszu kobiety.

Czarny humor Morvana ustąpił miejsca głębokiemu żalowi, kiedy spostrzegł, jak głęboko Anna wzięła sobie do serca jego bezmyślne słowa. Wyładowanie na dziewczynie własnej frustracji było wyjątkowym chamstwem. Jak mógł ją winić! Zobowiązał się przecież nią opiekować, więc miała prawo na niego liczyć. I pewnie nikt, pomyślał Morvan z goryczą, jej nie powiedział, że w tych sprawach nie wolno zaufać żadnemu mężczyźnie.

Zaczął padać lodowaty deszcz. Skierował konia ku bramom miasta, starając się nie myśleć o Annie, próbując nie wyobrażać jej sobie leżącej w izbie na poddaszu. Wkrótce będą już w Londynie, w domu jego siostry. Będzie mógł nadal widywać dziewczynę w czasie oczekiwania na audiencję u króla, ale już niezbyt często, bo sam znajdzie sobie kwaterę gdzie indziej. Podejrzewał, że nie będzie już miał okazji, by spotykać się z nią sam na sam. Na tę myśl ścisnęło mu się serce.

Winę za wydarzenia dzisiejszego poranka ponosił wyłącznie on, nie był jednak w stanie zmusić się do poczucia żalu za to, co się stało. Namiętność Anny była tak czysta i nieskrępowana, że zniweczyła jego postanowienie. Większość kobiet traktowała namiętność jako element gry, Anna natomiast dawała i brała bez zastanowienia. Była z nim duszą i ciałem. W swojej niewinności nie wiedziała, co zrobić z rękami, ale serce miała na właściwym miejscu, równie szczere i otwarte jak spojrzenie. Czyżby on tak długo już grał w tę grę, że nie był w stanie rozpoznać dziewczyny, która nawet nie zna zasad gry?

Kiedy mury miasta zniknęły w oddali, marznący deszcz przybrał na sile. Warstewka lodu pokryła płaszcz i włosy Morvana oraz grzywę wierzchowca. Nawet w ciemności widział, że lód pokrył też kałuże i kamienie na drodze. W końcu koń zgubił podkowę, zatrzymał się na środku traktu i nie chciał iść dalej.

Morvan stał w lodowatych ciemnościach i toczył wewnętrzną walkę. Miasto było o wiele bliżej niż dwór znajomego rycerza. Marznący deszcz przybierał na sile. Uznał, że narażanie konia na złamanie nogi, byłoby głupotą, więc zawrócił do bram Reading.