Выбрать главу

Kiedy podawał wodze stajennemu, gdy przemierzał dziedzińce gospody i nawet wchodząc już do budynku, mówił sobie, że przenocuje w ogólnej izbie, jak pozostali podróżni, zamoczeni pogodą. Ale kiedy drzwi wejściowe zatrzasnęły się za jego plecami, nogi same zaniosły go po schodach na górę do Anny.

Dziewczyna usłyszała kroki na poddaszu i głos Morvana.

Choć nie mówił głośno, słyszała go tak wyraźnie, jakby stał przy niej.

Wsłuchiwała się w rytm igiełek lodu rozbijających się o dach i ściany gospody. Może coś mu się stało? Albo koniom? Albo jednemu z jego ludzi? Wygramoliła się z łoża i otworzyła drzwi.

Morvan opierał się o framugę. Sople lodu zwieszały się z jego włosów i ubrania. Spojrzał na Annę i wszedł do izby, zmuszając dziewczynę, by cofnęła się do środka.

Ruszył w stronę ognia. Anna musiała niemal przykleić się do ściany przy drzwiach, żeby uniknąć jego dotyku. Zdjął płaszcz i rękawice, strzepnął z nich śnieg, otarł twarz rękawem i przykucnął przy palenisku, chłonąc ciepło ognia. Dziewczyna zrobiła kilka kroków, żeby znaleźć dla niego ręcznik. Kiedy mu go podała, jego dłoń zacisnęła się na moment na jej palcach. Ciepło tego krótkiego, przelotnego muśnięcia rozpłynęło się po całym Anny ciele i dotarło do serca.

Morvan wstał i odwrócił się plecami do płomieni, a ona wróciła pod ścianę przy drzwiach. Nie było innego miejsca w izbie, w którym mogłaby się schronić. Mężczyzna zajmował całą przestrzeń pomiędzy łożem a paleniskiem, więc jedyny kawałek wolnej przestrzeni znajdował się właśnie przy drzwiach. Nagle ogromne łoże, zajmujące prawie całe pomieszczenie zaczęło jej bardzo przeszkadzać.

Oczy Morvana spoczęły na ubraniu, które Anna rozłożyła na stołku do wyschnięcia. Dotknął długiej jedwabnej szarfy, którą krępowała piersi.

– Stare mity opowiadają o starożytnym plemieniu wojowniczych kobiet zwanych Amazonkami. One także najwyżej sobie ceniły łuki i obcinały jedną pierś, by nie przeszkadzała im w strzelaniu. Twój pomysł wydaje mi się zdecydowanie bardziej rozsądny.

W cieple jego włosy i ubranie zaczynały schnąć. Znów odwrócił się do ognia i wyciągnął ręce w stronę płomieni.

– Dlaczego mi otworzyłaś, Anno? – spytał.

Znowu pretensje!

– Myślałam, że stało się coś złego. Zachowałam się po kobiecemu. Teraz widzę, że byłam głupia, wiec jeśli już się ogrzałeś, wyjdź.

– Nie.

Dziewczyna czekała przez chwilę, pewna, że Morvan coś do tego krótkiego słówka doda, ale on bacznie się jej przyglądał.

– Chciałabym, żebyś wyszedł. – Przywołała na pomoc złość, która narastała w niej przez całe popołudnie, i przyodziała się w nią jak w zbroję.

– Drogi są pokryte lodem i nieprzejezdne. Zostanę tutaj.

– W takim razie prześpij się w ogólnym pomieszczeniu na dole.

– Nie. – Morvan mówił spokojnym, pewnym głosem. Jego oczy płonęły i trzymały wzrok Anny na uwięzi. Urodziwa męska twarz zastygła w maskę surowości. – Będę spał tutaj. I będę się z tobą kochał. – Umilkł na chwilę. – Chodź do mnie.

Mówił tak, jakby decyzja już zapadła, jakby było to nieuchronne. Anna gwałtownie złapała powietrze, wstrząśnięta jego bezczelnością i własnym rumieńcem.

Słowa, które Morvan wypowiedział tego popołudnia, niespodziewanie zabrzmiały jej w uszach i dziewczyna desperacko rzuciła mu je w twarz.

– Żebyś mógł wykorzystać moją hańbę przeciwko mnie w sobie tylko wiadomych celach? Nie, Morvanie. Mówiłeś, że w tych sprawach to ja mam podejmować decyzję, że nie wolno mi pozostawiać jej mężczyźnie. Cóż, zdecydowałam, że nie robisz tego. Nie dotykasz mnie teraz, nie jestem wiec otumaniona i mówię ci, że nie mam na to ochoty. A jeśli spróbujesz wziąć mnie siłą, to pozwól sobie przypomnieć, że już raz zdołałam się obronić.

Anna, mimo przekonania, które brzmiało w jej głosie, zdawała sobie sprawę, że wystarczyłby jeden dotyk Morvana, jeden pocałunek, a cała jej determinacja rozpłynęłaby się. Wspomnienia dzisiejszego poranka żyły w niej, nie poddając się ocenie zdrowego rozsądku.

– Połóż się i zaśnij, Anno. Nigdy nie zgwałciłem kobiety i nigdy nie zniewolę ciebie. Nie dotknę cię wbrew twojej woli.

Nie zrobił kroku w stronę wyjścia, została więc przy ścianie i patrzyła na niego nieufnie. Wydawało jej się, że mogą przestać tak całą noc.

Morvan pochylił się nad jej sakwą, grzebał w niej przez chwilę, wreszcie wyciągnął sztylet Anny i rzucił go na łóżko.

– Śpij z nim, jeśli naprawdę mi nie ufasz.

– Spałabym lepiej, gdybyś wyszedł.

Potrząsnął głową.

– Jutro zabiorę cię do mojej siostry, do twojego księcia i króla Edwarda. Teraz zostanę z tobą.

Nie była w stanie tego zrozumieć, ale zdawała sobie sprawę, że Morvan rzeczywiście nie zamierza wyjść. Wsunęła się do łoża, chwyciła sztylet i skuliła się pod przykryciem.

Po chwili poczuła, że mężczyzna siada w nogach łoża, opiera się plecami o ścianę i wyciąga nogi wzdłuż oparcia. Nie spojrzał nawet na nią, wpatrywał się w ogień. Po jakimś czasie jej napięte mięśnie nieco się rozluźniły.

Nie była pewna, czy zapadła w sen, ale kiedy Morvan wstał z łóżka, natychmiast otrzeźwiała i w stanie pełnej gotowości wpatrywała się w niego ze swego ciemnego kącika. Mimo że ledwo uchyliła powieki, mogła bez trudu obserwować jego ruchy.

Dorzucił drewna do paleniska i postawił przy nim cebrzyk z wodą. Rozpiął pas i położył go na krześle, potem rozsznurował kaftan i ściągnął go z ramion. Wszystkie sztuki garderoby lądowały na ułożonym przy ogniu odzieniu Anny.

Dziewczyna nawet nie drgnęła, ale i nie zamknęła oczu. Morvan czekał przez chwilę, żeby woda się zagrzała. Anna widziała jego nagie plecy ponad oparciem łóżka. Światło ognia uwypuklało silne mięśnie szczupłego ciała, wąskie biodra.

Pochylił się nad cebrzykiem, odwracając się do niej bokiem. Nalał wody do miski, ustawionej na stoliku wtłoczonym między wezgłowie łóżka a palenisko. Wziął myjkę i zaczął się nią wycierać, a światło płomieni wydobywało z półmroku linie jego torsu i ramion.

Anna pamiętała doskonale, jak myła go w czasie choroby, i teraz wydawało jej się, że niemal wyczuwa pod palcami wypukłości mięśni. Po jej ciele zaczęło się rozchodzić jakieś leniwe podniecenie. Czyżby to się zaczęło już wtedy, kiedy go dotykała, gdy majaczył w gorączce? A może jeszcze wcześniej, kiedy poprosił, by została z nim w nocy i pomogła znieść oczekiwanie na śmierć?

Nie mogła oderwać od niego oczu. Był taki piękny w swej męskości, a światło ognia tylko dodawało mu urody.

Gdy odwrócił głowę w jej stronę, wstrzymała oddech, bo nie miała wątpliwości, że on wie, iż go obserwuje. Nie śmiała się poruszyć, nie śmiała nawet zamknąć oczu.

Morvan odwrócił się i dołożył drew do ognia. Buchnął wielki płomień, który oświetlił drgającym światłem całą izbę. Zrobiło się ciepło i dziewczyna zaczęła się niemal dusić pod przykryciem.

Zamknęła oczy, bo gdyby Morvan wrócił na poprzednie miejsce w nogach łóżka, teraz mógłby dostrzec jej twarz. Była więc zaskoczona, kiedy poczuła, że wyciąga się przy niej. Czekał, aż ona zaśnie, by wziąć sobie to, co zechce, a ona robiła wszystko co w jej mocy, żeby przekonać go, że śpi jak zabita.

– Anno. – To nie było pytanie. Powiedział to spokojnym, równym głosem, jakby nadawał jej imię.

Serce dziewczyny waliło jak oszalałe, palce zacisnęły się na schowanym pod poduszką sztylecie.

– Anno. – Teraz głos Morvana był niski, niemal rozkazujący. – Wiem, że nie śpisz. Wiem, że mnie obserwowałaś. – Położył rękę na jej ramieniu.