Błyskawicznie odskoczyła, uklękła skulona przy ścianie i ściskając sztylet, patrzyła na niego jak złapane w potrzask zwierzę.
Morvan podniósł się i ukląkł naprzeciw niej, górując nad nią wzrostem. Ciało, które tak przed chwilą podziwiała, miała teraz na wyciągnięcie ramienia.
– Chodź, połóż się przy mnie – poprosił. – Od jutra nigdy już nie znajdziemy się ze sobą sam na sam, ta świadomość mnie przytłacza. Połóż się w moich ramionach, jak ubiegłej nocy.
– Żebyś mógł nazywać mnie ladacznicą?
– Byłem rozdrażniony, pragnąłem cię. Wcale tak nie myślałem. Twoja namiętność jest niewinna i piękna. Chodź do mnie. Przysięgam, że cię nie wezmę. Wyjdziesz stąd jako dziewica, tak jak weszłaś.
Nie uwierzyła w tę obietnicę. Dwukrotnie ostrzegał ją, że w takiej sytuacji nie wolno ufać mężczyznom. Ale teraz oddawał decyzję w jej ręce, dawał wybór.
Kiedy spojrzała w jego oczy, wiedziała, że podjęła tę decyzję już dawno, że podejmowała ją wielokrotnie. Nie odesłała go z zamku, choć powinna to zrobić, zatrzymała go przy sobie. Nie powstrzymała go ani wówczas w swojej komnacie, ani później w lesie. Tej nocy otworzyła mu drzwi. Doskonale wiedział, jaka jest jej decyzja. To ona próbowała udawać, że jest inaczej. Nie było przed nimi przyszłości, ale Morvan chciał jej ofiarować coś, czego pragnęła i potrzebowała, choć starała się tego sobie odmówić.
Opuściła sztylet i przesunęła się o centymetr w jego stronę. O centymetr, nie więcej.
Uznał ten ruch za sygnał, na który czekał, i przyciągnął ją do siebie, zamykając w swoich ramionach.
Ciało Anny zareagowało natychmiast. Odpowiedziało rozkoszą i szaleństwem, kiedy zamknął jej usta w gwałtownym, namiętnym pocałunku. Ręce Morvana rozpoczęły wędrówkę i dziewczyna rozkoszowała się dotykiem stwardniałych dłoni, badających jej ciało, poznających każdy centymetr, zsuwających się na jej biodra i w dół na uda.
Pociągnął tasiemkę przy szyi jej koszuli i zaczął okrywać pocałunkami dekolt. Wychodziła mu naprzeciw, kołysząc się w odwiecznym rytmie.
– Chodź tutaj. – Usiadł na piętach, rozsunął kolana i pociągnął ją w dół, aż usiadła na jego udach. Krzyknęła, kiedy poczuła wilgoć między nogami.
Spokojniejszym ruchem zdjął jej przez głowę koszulę i odrzucił na bok. Wziął w ręce piersi Anny i wpatrywał się w nie zachłannie. Jego wzrok podniecił ją jeszcze bardziej i szukając ulgi w bolesnej, spalającej ją gorączce, wcisnęła się mocniej w jego uda.
Ramiona mężczyzny zacisnęły się wokół jej pleców i bioder. Uniósł ją tak, że klęczała nad nim, i wziął jej pierś do ust. Wrażenie było tak niewiarygodne, że Anna odrzuciła głowę do tyłu, a fale rozkoszy przelewały się przez jej ciało, kierując się w dół, ku biodrom. Pragnienie ulokowane między nogami stało się męką nie do zniesienia. Morvan nie przestając lizać i ssać piersi, wsunął rękę między jej uda i zaczął delikatnie masować wilgotne miejsce. To była rozkosz i tortura jednocześnie. Anna nie chciała by kiedykolwiek dobiegła końca.
On tymczasem położył ją i pochylił się, opierając cały ciężar ciała na jednym ramieniu. Drugą rękę wciąż trzymał między jej udami. Anna obserwowała ruchy jego dłoni, nie wstydząc się oszałamiającej namiętności, która zapierała jej dech.
Morvan pochylił się nad nią i znów wziął do ust jej piersi, najpierw jedną, potem drugą; pociągał je delikatnie wargami i drażnił językiem, wynosząc jęczącą dziewczynę na zawrotne wysokości, z rozmysłem doprowadzając ją do szału pożądania.
– Spójrz na mnie – powiedział. – Chcę widzieć twoje oczy.
Dłoń Morvana odnalazła źródło pulsującego w głębi jej ciała rozkosznego bólu. Wszystko, co dziewczyna przeżywała dotychczas, zbladło w porównaniu z tym doznaniem. Zamknęła oczy, kiedy w odpowiedzi na ten najbardziej intymny dotyk jej ciało eksplodowało w całkowitym zatraceniu się.
Morvan przyglądał się Annie i toczył najcięższą walkę swego życia, walkę z własnymi potrzebami. Już przy pierwszym pocałunku powiedział sobie, że złożył obietnicę i musi jej dotrzymać. Nakreślił sobie w duszy linię, za którą nie wolno mu wyjść, a kiedy ją przekroczył, nakreślił następną i następną, ale namiętność dziewczyny ciągle łamała jego postanowienia.
Anna oddawała mu się tak żywiołowo, że w porównaniu z tym wydarzenia poranka wydawały się niemal bezbarwne. Nie było w niej najmniejszych odruchów obronnych, żadnych prób zachowania kontroli, każda pieszczota spotykała się z natychmiastową reakcją jej ciała.
Walczył o zachowanie kontroli nad sobą, ale chwile rozsądku były coraz rzadsze, a okrzyki Anny, kiedy dotykał centrum jej kobiecości, prowadziły go na skraj przepaści.
– Spójrz na mnie – poprosił znowu.
Zmusiła się do otwarcia oczu, wilgotnych i ciemnych z pożądania. Wpatrywał się w nie, wsuwając w nią palec. Ciało dziewczyny napięło się, kiedy poczuła wtargnięcie. Wniknął głębiej, pieszcząc równocześnie kciukiem drugi punkt kobiecej rozkoszy.
Kiedy wyczuł przeszkodę, był jednocześnie rozczarowany i uradowany. Delikatnie uderzał palcem w błonę, walcząc z pragnieniem posunięcia się dalej. Zdawał sobie sprawę, że gdyby postanowił to zrobić, dziewczyna nie byłaby już w stanie go powstrzymać. Oszalała z rozkoszy, napierała na jego rękę, powtarzała jego imię i błagając o więcej, szeroko rozkładała nogi.
Nadwerężone już mocno postanowienie prysło jak bańka mydlana.
Nagle Morvan, opanowawszy się nieludzką wprost siłą, odsunął się jednak gwałtownie, odwrócił się plecami i usiadł na skraju łóżka. Całe jego ciało krzyczało w proteście.
Anna dotknęła jego pleców, jakby w niewypowiedzianym pytaniu, po czym zwinęła się w kłębek pod ścianą, okryła się prześcieradłem pod samą szyję i ukryła twarz w kolanach.
Rozegrał tę sytuację gorzej niż najbardziej niedoświadczony prawiczek.
– Anno. – Pochylił się ku dziewczynie.
Podniosła rękę w ostrzegawczym geście.
– Nie wiń siebie, że to zaszło aż tak daleko – powiedział. – O mało nie złamałem danej ci obietnicy i cała wina leży po twojej stronie.
– W takim razie powinnam się uważać za szczęściarę, że byłam z mężczyzną tak niebywale skłonnym do wyrzeczeń. – Jej głos był niski, niewyraźny i zabarwiony nutą goryczy.
– Anno…
– Wyjdź. Chcę, żebyś stąd wyszedł.
Anna pogrążyła się w śmiertelnym upokorzeniu. Wpatrywała się w drzwi, którymi wszedł i wyszedł Morvan, zostając wewnątrz tylko tak długo, by ją pokonać. Nie potrzebował nawet ostatecznego aktu, by mieć pewność, że zwyciężył.
Chciała go znienawidzić, chciała myśleć o nim jak o ostatnim łajdaku, ale szczerość wobec siebie nie pozwalała jej na to. Ale własna pamięć nie pozwalała jej na to. Jaki łajdak przerwałby w tym momencie, w którym on się zatrzymał?
Odrzuciła prześcieradło i przyjrzała się własnemu ciału. W jednej chwili wróciły do niej westchnienia i uniesione brwi matki i pokojówek, spojrzenia obcych ludzi, nawet impotencja Gurwanta tamtej nocy. A więc to prawda. Wyglądała jak wybryk natury, groteskowo. W dzieciństwie uchroniło ją to od gwałtu, teraz jednak sytuacja była zgoła odmienna.
Poczuła zadowolenie, że ma iść do Saint Meen. Dziękowała Bogu, że obowiązek i okoliczności nie pozwoliły jej zachwiać się w tym postanowieniu. Poczuła się niemal chora na myśl, że mogłaby zostać czyjąś żoną, że mogłaby ponownie znaleźć się w takiej lub jeszcze gorszej sytuacji, że musiałaby się oddawać i znosić widok mężczyzny, który przemaga się, by dopełnić małżeńskich obowiązków.