Pomógł jej wysunąć się zza stołu tak gładko, że nawet Christiana nie zauważyła ich wyjścia. W holu Ian szybko odnalazł swój płaszcz i zarzucił go na ramiona Anny, a jego ręka jakimś dziwnym trafem pozostała już na plecach dziewczyny. Poprowadził ją ku drzwiom.
Niewielki ogród przecinała aleja, która wiodła między żywopłotami. Kamienne ławki zostały na czas przyjęcia wyłożone poduszkami, zarośnięte altanki oferowały większe odosobnienie. Anna słyszała wokół stłumione głosy, wiedziała więc, że nie są tu całkiem sami.
Ian podtrzymywał swobodną rozmowę, pytając dziewczynę o Bretanię. W połowie alei zatrzymał Annę i zawrócił w stronę, z której przyszli.
– Chodź, pani, pokażę ci coś ciekawego. Z tej strony na ogród wychodzi ściana kominowa, przy której jest całkiem ciepło. Rośnie tam krzak róży, który nigdy nie zamiera. Czasem nawet kwitnie w środku zimy.
Anna zdawała sobie sprawę, że Ian ciągnie ją w odosobnione miejsce nie dla podziwiania cudów ogrodnictwa. Ale pochlebstwa sprawiły, że czuła się pewniejsza siebie, może nawet nieco zuchwała. Więc kiedy pociągnął ją w stronę jednej z wyłożonych poduszkami ławek ukrytych w zaroślach, pozwoliła mu się prowadzić.
Spodziewała się przelotnego pocałunku i kilku miłych słów, więc jego agresywny atak sprawił, że osłupiała. Przewrócił ją na ławkę i unieruchomił jej ręce. Przytrzymał głowę dziewczyny i pochylił się do jej ust.
Pocałunek był nawet dość miły, ale Anna pozostała dziwnie nieporuszona, jakby obserwowała z pewnej odległości kogoś całkowicie obcego. Była tak obojętna, że dopiero kiedy Ian zacisnął rękę na jej piersi, zorientowała się, że w ogóle jej dotyka. Pieszczota wzbudziła jej zdziwienie, ale nic poza tym. Czekała chwilę, starając się nad tym zastanowić. Wciąż nie odczuwała niczego szczególnego. Równie dobrze mogłaby otrzeć się o krzak, wrażenie byłoby podobne.
Odepchnęła jego rękę i wyszeptała kilka słów protestu. Roześmiał się i znów ją przewrócił. Mocno przytrzymując Annę, znów zawładnął jej ustami w namiętnym pocałunku, a jego dłoń wędrowała po jej ciele coraz zuchwałej.
Anna mogła zacząć krzyczeć, ale nie chciała doprowadzić do sytuacji, w której Christiana poczułaby się zażenowana. Wiła się i odpychała intruza. Ilekroć miała wolne usta, zaczynała protestować, więc natychmiast zamykał je kolejnym pocałunkiem. Zachowywał się tak, jakby jej protesty były jedynie dalszym ciągiem dworskiej gry.
Pochylił się nad nią, położył ją na plecach na poduszkach i przykrył swoim ciałem. Jego dłoń przesuwała się w górę na nodze Anny, podciągając spódnicę. Najwyraźniej Ian dążył najkrótszą drogą do La Roche de Roald.
Anna westchnęła z rozdrażnieniem. Naprawdę próbowała w Windsorze zachowywać się jak dama. Nosiła suknie i zachowywała się przystojnie. Odłożyła broń na bok i nawet konno jeździła powściągliwie. Teraz jednak miała wybór: mogła albo zacząć wołać o pomoc, albo zachować się w sposób całkowicie nietypowy dla damy. Niezależnie od tego, co odepchnęło od niej Morvana, nie ocali jej tutaj, w pogrążonym w mroku ogrodzie, kiedy tylko cel w postaci władania La Roche de Roald świeci jasno w ciemności. Dla mężczyzny, który ma ukryty cel, w nocy przypuszczalnie wszystkie kobiety są takie same.
Oswobodziła jedną rękę, zwiesiła ją poza obręb ławki, po czym uwolniła usta z niewoli warg i udała, że z trudem łapie powietrze.
– Mógłbyś się nieco przesunąć, panie? Nie mogę złapać tchu.
Przesunął się, całkiem wystarczająco. Dwukrotnie uderzyła go z całej siły zaciśniętą pięścią, mierząc poniżej żeber. Ian poderwał się do pozycji siedzącej, osłaniając ręką żołądek.
Anna tymczasem zerwała się z ławki i uciekła. Przebiegła z dziesięć kroków i nadziała się na pierś, którą aż za dobrze znała.
– Gdzie on jest? – wycedził Morvan, potrząsając ramionami dziewczyny.
– Poszedł sobie. – Wyczuła, że Morvan wpatruje się w mrok, ale w ogrodzie panowały tak całkowite ciemności, że jeśli tylko Ian będzie siedział bez ruchu…
Nie siedział. Zbliżał się do nich.
Tyle trudu, żeby uniknąć skandalu, i wszystko na nic.
– Sir Morvan – odezwał się Ian chłodno. – Pan także postanowił zaczerpnąć świeżego powietrza?
– Ostrzegałem cię.
– Nic jej się nie stało.
– Spotkamy się później, chłopcze. – Morvan chwycił Annę za rękę i zaczął ją ciągnąć. Zwrócił uwagę na płaszcz na jej ramionach, zsunął go i rzucił na ziemię.
Prowadził ją przez ogród jak rozpuszczonego bachora. W dziewczynie rosła złość. W przedsionku zaparła się nogami o podłogę.
– W taki sposób nie wejdę na salę.
– Nie, wrócisz do domu. Jesteś zbyt naiwna, by przebywać w takim miejscu. Bezpieczniejsze byłoby chyba jagnię wśród stada wilków. – Nie puszczając jej ręki, przerzucał stertę płaszczy. Zanim udało mu się znaleźć okrycie Anny, zrobił niewyobrażalny wręcz bałagan. Okrył ramiona dziewczyny i skinął na pazia, by przez niego przesłać wiadomość Christianie. W milczeniu, celowo stawiając wielkie kroki, które zmuszały Annę do biegu, prowadził ją do zamkowej bramy.
Kiedy skręcili w uliczkę, przy której stał dom Christiany, dziewczyna kipiała z gniewu. Ręka bolała ją niemiłosiernie, a spódnica była kompletnie zniszczona.
Spodziewała się, że Morvan wepchnie ją do domu i pospiesznie wróci do Elizabeth, ale wszedł za nią do sieni i kopniakiem zamknął za sobą drzwi.
– Co się tam stało? – Jego głos był bardzo spokojny, zbyt spokojny.
Chciał wiedzieć, na ile mocno ma przyłożyć Ianowi. Istniały pewne granice, których Anna nie mogła pozwolić mu przekroczyć w imię ochrony swej osoby. Przecież Ian to nie Gurwant.
– To nie twoje zmartwienie. – Przeszła obok Morvana i ruszyła w stronę schodów.
Gdy złapał ją za ramię, zatoczyła się do tyłu i oparła się plecami o ścianę, do której Morvan natychmiast przygwoździł ją przedramieniem. Drugą rękę oparł o ścianę przy jej głowie i pochylił się nad Anną.
– Co się tam stało?
– Nic.
– Nic? Łaził za tobą przez cały wieczór. Zaciągnął cię do ogrodu i nawet nie próbował cię pocałować? Przecież ten cholerny ogród został stworzony wyłącznie w takich celach.
Anna próbowała mu się wyrwać, lecz bezskutecznie.
– Owszem, całował mnie. Czy twoja ciekawość została już zaspokojona?
W oczach Morvana pojawił się jakiś ciemny blask. Anna wyczuła zapach wina w jego oddechu. Wiedziała, że nadmiar trunku zmienia mężczyzn albo w ludzi głupich, albo podłych. Takie już jej szczęście, że w wypadku Morvana miało miejsce to drugie.
Pochylił ku niej głowę i przysunął usta do ucha dziewczyny.
– Podobało ci się? Czy przy nim zatraciłaś się tak jak przy mnie?
Ogarnęła ją ślepa furia. Ona nic go nie obchodziła. Nie przejmował się ani jej bezpieczeństwem, ani nawet dziewictwem, wściekał się z powodu swojej głupiej męskiej dumy. Sam nie chciał jej zdobyć, ale niech Bóg ma w swojej opiece tego, kto okazałaby się w tej dziedzinie lepszy od niego. Mimo kłębiących się w niej emocji uśmiechnęła się szeroko.
– Wiesz, Morvanie, to nie przypominało fal roztrzaskujących się o skały, a raczej równomiernie wznoszący się przypływ.
Gwałtownie podniósł głowę. W przyćmionym świetle dostrzegła niebezpieczny błysk jego oczu. I choć była zadowolona z efektu swoich słów, zdała sobie sprawę, że popełniła błąd.
Morvan przytrzymał ręką jej podbródek. Anna, wiedząc, do czego zmierza, zaczęła rozpaczliwie się wyrywać. To było niedorzeczne, pozbawione sensu. I nie miało nic wspólnego z pożądaniem i zmysłami. Tu chodziło o przemoc i dumę. Nie miała zamiaru stać się pionkiem na szachownicy, na której dwaj mężczyźni rozgrywają partię.