Выбрать главу

Cichy głos Morvana nie zdołał ukryć jego rosnącej urazy, a Anna w dodatku zdawała sobie sprawę, że sytuacja z upływem czasu bynajmniej się nie poprawi. Ale naprawdę chwilowo miała nad nim przewagę, której potem już nigdy nie będzie miała. Nigdy.

– Dochody z zapisanej na mnie ziemi będą należały do mnie i będę mogła nimi rozporządzać wedle własnego uznania, bez jakiejkolwiek ingerencji.

– A na co pragniesz je zużytkować?

– To tylko i wyłącznie moja sprawa.

Morvan czekał w milczeniu.

– Po trzech latach, jeśli taką podejmę decyzję, pozwolisz mi odejść do Saint Meen.

– Nie.

– Wszystko albo nic, Morvanie.

– Żaden mężczyzna nie zgodziłby się na coś podobnego. Nikt inny na to nie przystanie.

– Może nie będę w stanie uzyskać takiego zobowiązania od żadnego innego mężczyzny, ale jeśli się nie zgodzisz, nie dostaniesz La Roche de Roald. Czy mam dokończyć?

Odpowiedziało jej lodowate milczenie.

– Nie będą ci przysługiwać prawa męża. Nie mam zamiaru podważać twojego autorytetu, ale jestem dorosła i nie zniosę, by mi mówiono, co mam robić. Nawet kiedy nie miałeś żadnych praw ku temu, byłeś aż nadto apodyktyczny, a ja nie pozwolę, byś mną komenderował.

– Posuwasz się za daleko, Anno…

– Jest jeszcze jedno.

– Co jeszcze mogłaś wymyślić?

Dziewczyna zrozumiała, że nie powinna była zostawiać tego punktu na koniec. Częściowo był on łatwy do zaakceptowania, ale jego konsekwencje mogły doprowadzić Morvana do furii. Stanęła za sekretarzykiem, żeby odgrodzić się nim od mężczyzny.

– La Roche de Roald w przyszłości przypadnie Catherine i jej potomstwu. Ja nie dam ci dziedzica.

Anna pomyślała nagle, że chyba wolałaby wybuch gwałtownej wściekłości od zimnej furii malującej się na twarzy Morvana, który stanął po drugiej stronie sekretarzyka.

– Czy masz jakikolwiek powód, by podejrzewać, że jesteś bezpłodna?

– Nie.

– Znasz jakieś kobiece sztuczki na usunięcie ciąży?

– Nie.

– Rozumiem więc, że nalegasz na nieskonsumowane małżeństwo.

– Nie oczekuję, że będziesz żył jak mnich. Możesz robić to, co dotychczas. Możesz nawet mieć z tymi kobietami dzieci i przekazać im swe ziemie na szkockim pograniczu. Znajdzie się jakiś biskup, który je zalegitymizuje. Przecież odzyskanie Harclow jest głównym powodem tego małżeństwa. Jeśli zechcesz zabrać taką kobietę do zamku, nie będę protestować. Twoje dzieci także mogą się tam wychowywać. – Dziewczyna mówiła lekkim tonem, jakby taka sytuacja mogła nie pociągać za sobą żadnych konsekwencji, podczas gdy w rzeczywistości zmieniłaby jej życie w piekło.

– Jesteś niebywale wspaniałomyślna.

– Wiem, że moja zgoda nie byłaby ci do niczego potrzebna. Chcę ci po prostu powiedzieć, że w żaden sposób nie utrudniałabym im życia.

Gdy obszedł sekretarzyk, ledwo opanowała chęć ucieczki.

– Chcesz w małżeństwie odmówić mi tego, co gotowa byłaś kiedyś ofiarować w grzechu?

– Pod przymusem odmawiam ci tego, co byłam gotowa ofiarować z dobrej i nieprzymuszonej woli. Niepotrzebnie przywiązujesz do tego taką wagę, Morvanie. To, jak sam mówiłeś, bardzo prosta sprawa.

– Uważasz, że odmówienie mi dzieci to drobiazg? Czy to z powodu minionej nocy? Jesteś na mnie aż tak wściekła, że postawiłaś sobie za cel pozbawienie mnie męskości?

– To nie ma nic wspólnego z wczorajszą nocą. A moim celem jest oddanie odziedziczonego po ojcu majątku w ręce Bretończyków, nie Anglików. – Anna zamilkła na chwilę, po czym dodała cichym głosem: – I za nic w świecie nie chciałabym pozbawić cię męskości.

Ale kiedy mówiła te słowa, Morvan stał już w drzwiach.

– Rano przyślę ci odpowiedź, Anno. Na twoim miejscu jednak sprawdziłbym, czy tam na dole nie czeka jakiś większy głupiec niż ja.

17

Morvan wpadł jak burza na zamkowy dziedziniec, służący do ćwiczeń rycerskich, pożyczył broń ze zbrojowni i przyłączył się do rycerzy, którzy szlifowali kunszt władania mieczem i toporem. Rzucił się w wir pozorowanej walki jak szalony.

Kiedy dzień chylił się już ku zachodowi i partnerzy go opuścili, ruszył do biedniejszej dzielnicy miasta, przeznaczonej dla prostych wyrobników, i znalazł obskurną karczmę, w której serwowano mocne piwo.

Usadowił się w najciemniejszym kącie i stwierdził, że wyczerpujące ćwiczenia w najmniejszym nawet stopniu nie osłabiły jego furii. Zmusił się do rozważenia propozycji Anny. Aż za dobrze rozumiał jej wartość. Bogate lenno, przynajmniej na dożywocie, i szansa wypełnienia posłannictwa życiowego znajdowały się teraz w zasięgu ręki. Dziewczyna ofiarowała mu możliwość odmienienia życia, podniesienia rangi rodziny i wejścia do grona prawdziwych rycerzy, nie tylko mieczów do wynajęcia. Oferowała możliwość wyrwania się z mroku na światło.

Widział jednak równie jasno to, czego nie chciała mu dać. Własny dochód to możliwość wyjazdu, kiedy tylko przyjdzie jej na to ochota, to niezależność, o której większość kobiet nawet nie słyszała. Warunek, że po trzech latach Anna będzie mogła osiąść w Saint Meen, oznaczał to samo i świadczył, że dziewczyna nie ma najmniejszego zamiaru zrezygnować z wcześniejszych planów, godzi się jedynie na odroczenie ich o kilka lat. A nawet w czasie, który spędziliby razem, Morvan nie byłby w rzeczywistości jej mężem. Postawione przez Annę warunki pozbawiały go jej podległości, jej ciała, duszy i posłuszeństwa. Nie chciała mu się oddać.

Była już późna noc, gdy wyszedł z tawerny na opustoszałą ulicę. Głuchy odgłos uderzających o bruk butów zwrócił jego uwagę, kiedy tylko zagłębił się w ciemność. Bez wątpienia inni klienci w karczmie zauważyli jego strój i sakiewkę i najwyraźniej uznali, że trafiła im się łatwa robótka.

Świetnie! Był w odpowiednim nastroju, by rozwalić kilka łbów.

Skręcił w boczną uliczkę, przycisnął się do ściany i czekał. Księżyc krył się za chmury, ale kiedy jego prześladowcy skręcali w zaułek, Morvan zdążył ich dostrzec, zanim roztopili się w głębokim cieniu. Napiął mięśnie, czekając na atak.

– Ilu ich jest?

Pięść Morvana była już w pół drogi do celu, zanim uświadomił sobie, że zna ten głos.

– Co tu robisz, Davidzie? – spytał.

– Twoja siostra postawiła sprawę jasno: albo cię znajdę, albo będę spał sam. Niepokoiła się o ciebie, bo wypadłeś z domu bez słowa, i podejrzewała, że pobiegłeś szukać kłopotów. A więc: ilu ich jest?

– Przynajmniej trzech. Może czterech.

– Mam miecz. Machniemy nim parę razy i będzie po wszystkim – powiedział David.

– Nie. Oni nie mają broni. Jesteś w tym dobry? – Odgłos kroków zbliżał się, więc Morvan i David wycofali się wąską uliczką.

– Mam w tej chwili takie doświadczenie, jakie ty miałeś w wieku szesnastu lat.

– Jestem pod wrażeniem.

– Zarozumiały sukinsyn. A więc nie możemy skorzystać z mieczów i domyślam się, że ucieczka okryłaby nas hańbą.

– Straszliwą hańbą. I nie ma w tym nic zabawnego.

Dotarli do końca uliczki. Można już było tylko wejść w krótki ślepy zaułek.

– Masz szczęście, bracie. W walce na pięści jestem o wiele lepszy niż w posługiwaniu się mieczem. Podczas gdy ty jako chłopak ganiałeś dookoła słupa z mieczykiem, ja musiałem nauczyć się przetrwać na ulicach Londynu. To mi przypomina dawne czasy.

– Po lewej, Davidzie.

– Widzę go. Tylko jedno pytanie. Jeśli okaże się, że jest ich czterech, i zaistnieje niebezpieczeństwo, że zatłuką nas na śmierć, czy w tej sytuacji możemy użyć miecza?

– Tak.

Cienie dotarły do końca uliczki, gdzie nie dochodziło światło księżyca.