Выбрать главу

Wreszcie, gdy była całkiem naga, popchnęły ją na łóżko. Położyła się, a one okryły ją tak, by nie zakrywać piersi. Znów pojawiło się to okropne ściskanie w brzuchu.

Chwyciła siostrę za suknię.

– Zabierz je stąd natychmiast. I bardzo powoli wracaj do sali. Potrzebuję trochę czasu.

Jak tylko Catherine wyprowadziła kobiety z sypialni, Anna wyskoczyła z łóżka i podbiegła do swego kufra. Wyciągnęła długą wełnianą nocną koszulę i szybko włożyła ją przez głowę. Zdmuchnęła dwie zostawione na noc świece i rozwiązała kotary przy łóżku. W całkowitych ciemnościach wsunęła się pod przykrycie.

Ci lordowie, ci obcy mężczyźni pewnie odprowadzą Morvana na górę. Prawdopodobnie będą się nawet upierać, by wejść do sypialni. Anna doszła do wniosku, że nie może na nich czekać. Nie będzie tutaj leżała!

Złapała suknię i pognała do drzwi prowadzących na balkon. Niech sobie szydzą do woli z Morvana i jego bojaźliwej dziewicy, jak wejdą do środka i stwierdzą, że uciekła. W końcu naprawdę była bojaźliwą dziewicą.

Morvan starał się ukryć niecierpliwość.

Ileż czasu może zająć dziewięciu kobietom rozebranie jednej dziewczyny? Pewnie siedziały dookoła łoża i opowiadały sobie pikantne historyjki o własnych nocach poślubnych. Spojrzał na koniec stołu, na zachmurzonego Haarolda i pogodnego Fouke’a. Boże, tylko nie to. Będzie mógł mówić o prawdziwym szczęściu, jeśli Anna nie rzuci się w morze.

Przez ostatni miesiąc trzymał się jakoś w ryzach. Trochę mu pomogło unikanie dziewczyny, a wyprawa do Brestu przyniosła nawet wymierne korzyści. Ale od chwili powrotu każdy dzień oczekiwania był dla niego nieustającą torturą.

Nawet kiedy siedział przy Annie podczas posiłków i brał udział w ogólnej rozmowie, wracał myślą do tej nocy w Reading. Ale teraz posuwał się o krok dalej. Kończył to, co wówczas rozpoczął. Kochał się z nią w wyobraźni z większą inwencją, niż mógłby to zrobić w rzeczywistości. Anna była już i tak zbyt przerażona. Czym? Nie miał pewności.

Uwagę Morvana przyciągnął ruch i hałas na schodach. Zerwał się z miejsca w chwili, gdy Catherine weszła do sali, na co wszyscy biesiadnicy zareagowali wybuchem śmiechu. Baldwin, Gaultier i kilku młodszych lordów ustawiło się za nim. Podszedł też Ascanio z małą buteleczką w ręku.

Towarzysze Morvana rozśmieszali się nawzajem, wchodząc po schodach. Robili różne aluzje do siły ramion Anny i podsuwali panu młodemu sposoby wykorzystania własnej, danej od natury broni. Troskali się, czy Anna nie jest aby za duża dla jednego mężczyzny, i oferowali swą pomoc. Morvan odpowiadał żartobliwie na ich kpiny, ale tak naprawdę wcale ich nie słuchał. Duchem był już w sypialni. Z nią.

Przy drzwiach uniósł dłoń.

– Tylko ksiądz. Pobłogosławi łoże. – Odpowiedział mu chóralny protest, ale Morvan stał nieporuszony, dopóki rozczarowani mężczyźni nie odeszli z ociąganiem.

– Będzie ci wdzięczna, że oszczędziłeś jej godność – powiedział Ascanio.

– Naszą godność. Co za dużo, to niezdrowo.

Morvan otworzył drzwi.

Nie było jej. Kotary wokół łoża zostały opuszczone, ale on, nie wiedzieć skąd, miał pewność, że Anny tam nie ma.

Zauważył nagły błysk ulgi w oczach Ascania. Cóż, niezależnie od tego, co knuła ta dziewczyna, oszczędziła jednemu z nich piekielnie ciężkich chwil.

Morvan zapalił stojące po obu stronach łoża świece, potem na powrót zawiązał kotary i wreszcie Ascanio mógł pokropić wszystko święconą wodą i wypowiedzieć słowa błogosławieństwa.

Ksiądz odwrócił się do świeżo upieczonego małżonka i uniósł brwi. Morvan wskazał ręką stojące otworem drzwi balkonowe.

– Mogę sobie wyobrazić, jak ona się boi – mruknął Ascanio.

– Tak, ale pomyśl także, jak ja się teraz czuję.

Ksiądz wzruszył ramionami.

– To przecież normalne. W tych sprawach ona jest jeszcze jak dziecko.

– Nie całkiem – powiedział Morvan po chwili zastanowienia, wpatrując się w łóżko.

– Ponieważ wszystko dobrze się skończyło, nie będę ci robił wymówek. – Ascanio roześmiał się i ruszył do drzwi.

– Gdybyś nie był księdzem, mógłbyś być teraz na moim miejscu – stwierdził nieoczekiwanie Morvan.

– Ale jestem księdzem, więc to ty tutaj stoisz.

Morvan wsłuchiwał się w oddalające się kroki księdza, a potem podszedł do drzwi balkonu.

19

Anna słyszała pomruk niskich głosów w pokoju, potem zapadła cisza. Mocniej objęła się ramionami, by uspokoić kłębiące się w niej sprzeczne emocje.

Zwracając się do Morvana, popełniła potworny błąd. Byłoby jej teraz łatwiej, gdyby została żoną kogoś obcego, do kogo nie żywiłaby żadnych uczuć.

Jak zawsze tak i teraz wyczuła obecność Morvana, która natychmiast wypełniła niewielką przestrzeń balkonu. Wbrew jej woli przeszył ją dreszcz oczekiwania. Oderwała wzrok od morza i spojrzała ku drzwiom. Morvan opierał się o framugę i patrzył na nią. Docierające z pokoju słabe światło świec obudziło w oczach mężczyzny tysiące iskier, które migotały jak rozsiane po niebie gwiazdy.

– Czy będzie mi potrzebny miecz? – zapytał.

Anna znów spojrzała na morze.

– Wyszli?

– Był tylko Ascanio, pobłogosławił łoże. Powinnaś wiedzieć, że innym nie pozwolę wejść.

Nadal stał w drzwiach, ale Annie wydawało się, że jest tuż przy niej, że otacza ją jak powietrze. Czuła, że coś groźnego, niebezpiecznego, co zwykle trzymał na uwięzi, teraz wyrwało się na wolność. Jak tej pierwszej nocy w szałasie. To dlatego chciała wówczas wyjść.

Teraz nie mogła tego zrobić.

– Okazało się, że wcale nie jestem jeszcze gotowa – powiedziała.

– Może nigdy nie będziesz gotowa.

To nieuniknione. Już teraz. Anna czuła się straszliwie bezbronna na tej niewielkiej przestrzeni balkonu, ale nawet bezmiar nieba i morza nie pozwoliłby jej się ukryć.

– Wejdź do komnaty, Anno. – Mówił cicho, ale wyczuła w jego głosie stanowczość.

Spojrzała na drzwi. Nie było w nich Morvana. Wyprostowała się i ruszyła naprzód.

Wśliznęła się do środka i zamknęła za sobą drzwi. Morvan stał przy palenisku i wpatrywał się w płomienie. Czekając na nią, zapalił świece po obu stronach łóżka i rozsunął zasłony. Anna zmarszczyła czoło. Przecież powinien zdawać sobie sprawę, że w ciemności byłoby mu łatwiej.

– Doszłam do wniosku, że nie masz racji, Morvanie. Nie musimy tego robić. Sfałszujemy dowód, a ja złożę ci uroczystą przysięgę, że nigdy nie wyjawię prawdy.

Odwrócił się, by spojrzeć na jej twarz. Opuścił powieki, ale nie zdołał ukryć błysku w oczach. Milczenie stało się przytłaczające. Z Morvana emanowała jakaś siła, wobec której Annie z najwyższym trudem udawało się wytrzymać jego wzrok.

– Niezbyt dobrze mnie znasz, skoro sądzisz, że mógłbym przystać na podobną propozycję – odparł. – Ceremonia ślubna i weselne obyczaje wytrąciły cię z równowagi, to wszystko. Podejdź do ognia. Rozgrzej się i napij się trochę wina.

Napełnił puchar i przyniósł go do paleniska. Anna nie odważyła się nawet drgnąć.

– Przestań się zachowywać, jakbyś była przerażonym i nietkniętym małym dzieckiem, które wydano za mąż, Anno. Chodź tu.

Przytyk i rozkaz odniosły skutek. Podeszła do Morvana, wzięła kielich i opadła na jedyne w komnacie krzesło. Wypiła duży łyk wina.

– Sądziłam, że nie zmuszasz kobiet siłą.

– Pewnie dlatego, że nigdy nie musiałem tego robić. Na przykład ty zawsze byłaś gotowa mi się oddać, ilekroć cię dotknąłem. I znów tak będzie.

To buńczuczne przypomnienie władzy, jaką nad nią ma, sprawiło, że Anna spojrzała na niego. Patrzyła z irytacją, nawet kiedy zaczęła czuć mrowienie w zdradzieckim ciele. On wykorzystywał to niewidzialne oddziaływanie, kiedy tylko zechciał, teraz także roztaczał je wokół siebie, by ją omotać.