Chodził wzdłuż ściany stajni i starał się zachować jakie takie panowanie nad gniewem. Przez dziedziniec biegli ku niemu Ascanio i Gregory.
– Przed godziną! – zawołał Gregory. – Strażnicy byli pewni, że dostała pozwolenie.
Morvan zdawał sobie sprawę, że tylko oświadczenie, iż Anna jest więźniem, mogłoby uniemożliwić jej zmuszenie straży do otwarcia bramy. Była przecież panią tego zamku i cieszyła się autorytetem. No i przewyższała strażników inteligencją. Ciekaw był, jakiego użyła fortelu.
– Może powinienem pojechać z tobą – zaproponował Ascanio.
– Wyglądam tak niebezpiecznie?
– Prawdę mówiąc, wyglądasz, jakbyś był gotów do morderstwa.
– W takim razie moja twarz pokazuje więcej, niż czuję. Nie skrzywdzę jej. Domyślam się, że pojechała do stadniny.
– To jej cała radość, całe życie. – Ksiądz wzruszył ramionami.
– Nie zakazałem jej tego.
– Jeszcze nie.
Stajenny przyprowadził wierzchowca i Morvan wskoczył na siodło. Spojrzał z góry na Ascania i trzymany dotąd w ryzach gniew eksplodował.
– Czyżbyś nie aprobował mojego sposobu postępowania z żoną, księże?
– Skoro pytasz, odpowiem. Pamiętaj, co sprawiło, że Anna stała się taka, jaka jest. Ona sama pamięta o tym doskonale i nie zapomni, niezależnie od tego, ile dasz jej rozkoszy.
Morvan miał ochotę przyłożyć Ascaniowi, ale kopnął tylko konia i ruszył ku bramie.
Patrzył wprost przed siebie, wbił wzrok w wysoki portal, ale czuł, że strażnicy i służba odwracają się i odprowadzają go wzrokiem. Wszyscy wiedzieli, że Anna zbuntowała się przeciwko jego woli i że jedzie jej szukać. Niektórym jej bunt sprawił ogromną przyjemność, szczególnie tym, którzy nie byli zachwyceni, iż angielski król narzucił im angielskiego lorda.
Galopem przebył dziedziniec. Bardzo chciał oddzielić to wydarzenie od ostatniej nocy, ale mu się nie udało. Jeszcze nigdy żadna kobieta nie odmówiła mu siebie w taki sposób. Dopiero jego żona, kobieta, która należy do niego, miała czelność to zrobić. Morvan zdobywał zawsze absolutną władzę nad kobietą, z którą poszedł do łóżka, ale stosunki z Anną nie sprowadzały się wyłącznie do rozkoszy, którą reagowała na najsłabszy jego dotyk.
Nie obchodziło go, dlaczego się od tego odwróciła. Wiedział tylko – i do diabła z kontraktem! – że nie ma zamiaru tolerować czegoś podobnego. Nie dopuści, by odmawiała mu chwil całkowitego zjednoczenia.
Miał zamiar wprowadzać zmiany w jej życiu stopniowo, żeby nie wzbudzać zbyt silnego oporu dziewczyny, ale okazała się za sprytna. Widziała próbkę i domyśliła się, dokąd ją to może zaprowadzić.
Cóż, dość tych subtelności. Próbował namiętności. Teraz posłuży się rozumem. A jeśli i to zawiedzie…
Zwolnił bieg konia, gdy trafił na leśną ścieżkę prowadzącą do stadniny. Uświadomiwszy sobie, w jakim kierunku podążają jego myśli, zatrzymał konia. Spróbował ochłonąć i podejść racjonalnie do swych chaotycznych reakcji.
Wiedział, w jaki sposób powinien się rozprawić z nieposłuszeństwem żony. Widywał już lordów uciekających się do pasa lub rózgi dla rozstrzygnięcia nieporozumień z żonami i córkami. Ale on nie należał do tych, którzy w takich przypadkach z aprobatą kiwają głowami, nigdy też nie użył siły w stosunku do kobiety. Sama myśl o ukaraniu Anny przyprawiała go o mdłości, szczególnie kiedy zaczął się zastanawiać nad konsekwencjami tego dla nich obojga, nad tym, co mógłby zniszczyć.
Z roztargnieniem spojrzał na ziemię i serce w nim zamarło.
Zauważył świeże ślady Chmurki na piaszczystej ścieżce prowadzącej przez pole. Na głównej drodze nakładały się one na wcześniejsze ślady, pewnie wierzchowca Carlosa. Teraz jednak dostrzegł, że ze znanymi mu już śladami krzyżują się ślady trzech czy czterech innych zwierząt.
Zarówno współczucie dla Anny, jak i próby odzyskania zdrowego rozsądku rozwiały się w mgnieniu oka i ustąpiły miejsca lodowatej trwodze, którą poznał już dawniej, w chwili gdy dziewczyna została ranna. Puścił konia kłusem, nie odrywając wzroku od plątaniny śladów, za którymi podążał.
Gdyby pozwolił Annie na tę przeklętą samowolę, mogłaby przez to zginąć. Za bardzo starał się nie zadrasnąć jej dumy. Zamknie ją, jeśli okaże się to konieczne.
Wreszcie ślady Chmurki zniknęły w gęstej trawie, kiedy koń skręcił ze ścieżki w stronę stadniny, natomiast pozostałe dalej widniały na dróżce. Dopiero wtedy Morvana opuściły straszliwe przeczucia. Pozostała natomiast decyzja zrodzona z potrzeby ochrony i posiadania.
Anna galopowała na Chmurce przez pastwisko.
Szybka jazda wprawiła ją w uniesienie. To już kilka tygodni. Tygodni! Dziewczyna napawała się prędkością, niebezpieczeństwem, siłą.
Samotna i wolna. To nie potrwa długo i przyjdzie jej za to zapłacić, ale, na Boga, jej dusza śpiewała ze szczęścia. Sądzą, że chcesz to zrobić, bo sprawia ci to przyjemność. Owszem, Morvanie, byłeś bardziej przenikliwy niż ja. Nie kaź mi wybierać między sobą a mną, bo nie wiem, co wybiorę. Nie proś mnie, bym dokonała wyboru między tobą a własną osobowością.
Skierowała klacz w stronę zabudowań farmy i wprowadziła ją do stajni. Zeskoczyła z siodła i podała wodze Louisowi, bo teraz była jego kolej pilnowania stadniny. Otrzepała się energicznie i wybiegła z budynku. Nadziała się na nadchodzącego Carlosa.
– Potrenuj trochę ze mną, Carlosie. – Anna podniosła dwa miecze ćwiczebne.
– Nie. Sir Morvan urwałby mi głowę.
– Nie zabronił tego.
– Nie trzeba mi mówić, żebym starał się trzymać z dala od krawędzi klifu, jeśli nie chcę wpaść do morza – odparł Carlos. – A co ty robisz, pani? Przecież nawet kiedy sir Morvan był tylko zwyczajnym rycerzem w twojej służbie, wiadomo było, że tego nie pochwala.
– Nie przyszłoby mi do głowy, że będziesz się go bał.
– Tylko głupiec by się nie bał. A boję się ze względu na ciebie, pani. Ujeżdżałaś już konie. Poćwicz teraz strzelanie z łuku. I to musi ci wystarczyć.
Anna nawet nie drgnęła. Za ten ranek przyjdzie jej drogo zapłacić, chciała więc, by okazał się wart swojej ceny. Choć na krótko chciała znów żyć swoim dawnym życiem.
Dostrzegła Louisa, który obserwował ich z korrala. Był jednym z kilku strażników, którym nie podobało się, że nowy lord pozbawił Annę dawnej pozycji. Jego oczy zalśniły z radości, gdy ujrzał ją znowu w dawnej postaci. Ale ten chłopak nie mógł stawić czoła nowemu panu, bo Anna nie objęła go ochroną w kontrakcie, tak jak Carlosa i Ascania.
– W takim razie poćwiczę sama i przynajmniej postaram się odzyskać dawną siłę. W ciągu ostatniego miesiąca zmieniłam się w słabeusza.
Carlos westchnął i potrząsnął głową.
– Istnieją sposoby, by kobiety mogły owinąć sobie takich mężczyzn jak sir Morvan wokół palca. Ty, pani, zdecydowanie źle do tego podchodzisz.
Dziewczyna zignorowała jego słowa i rzuciła jeden z mieczy na ziemię.
Carlos odwrócił się, żeby odejść, zrobił kilka kroków, ale nagle zatrzymał się i zaklął.
– Do diabła!
Anna spojrzała w tym samym kierunku co on. Na szczycie górującego nad stadniną i pastwiskiem wzgórza rysowała się nieruchoma sylwetka rycerza na koniu. Mężczyzna odziany był w czerń, a z pełnej napięcia postawy można było bez trudu domyślić się jego humoru.
– Wiedział, dokąd pojechałaś, pani, prawda?
Anna nie odpowiedziała.
– Do diabła! – Carlos zaklął ponownie i stanął na wprost Anny. – To jest twój mąż, pani, i ja nie mogę ci pomóc w rozgrywce z nim. A teraz podaj mi ten miecz.
Koń zaczął schodzić ze wzgórza. Dziewczyna wsunęła rękojeść miecza w dłoń Carlosa. Podniósł drugi z ziemi, pospieszył w stronę płotu i wsunął oba za koryto z wodą.