Выбрать главу

– Nie trudź się. On je zauważył. – Anna śledziła zbliżającego się wierzchowca. Morvan celowo jechał tak wolno. Chciał ja przestraszyć. I w pełni mu się to udało.

– Przynajmniej nie masz ich, pani, w ręku ani u stóp – odpowiedział Carlos, odwracając się do dziewczyny. – Postaraj się być w stosunku do niego słodka jak miód.

– Spodziewasz się, że poddam się ot tak sobie? – Poczuła smak wolności, który umocnił tylko jej wolę. Nie była w nastroju do słodkich minek. Właściwie nie była nawet pewna, co to znaczy: bądź słodka jak miód. Potulna? Błagająca? Czułaby wstręt do siebie, gdyby coś podobnego udawała. Czym innym jest zostać podbitą, a czym innym żebrać na kolanach o łaskę.

– Ty już przegrałaś, pani – odrzekł Carlos. – Przegrałaś w dniu, w którym za niego wyszłaś.

Morvan był już tak blisko, że mogli dostrzec iskry w jego oczach i surowy wyraz twarzy.

– Święci pańscy, kobieto, co ty zrobiłaś?

– Przyjechałam tutaj, to wszystko – odpowiedziała, a w duchu dodała: i odmówiłam ci wspólnoty łoża. Zastanawiała się, jaka część gniewu męża jest skutkiem tej nocy, a jaka jej porannego nieposłuszeństwa. – Jesteś arogancki i władczy. Jak zwykle. Powinieneś odjechać.

– Nie. Powinienem zostać. Dla twojego dobra.

Wierzchowiec wjechał na dziedziniec. Morvan siedział przez chwilę w siodle i patrzył z góry na Annę, wreszcie zsiadł. Podszedł do niej, ale zatrzymał się na wyciągnięcie ramienia.

Wszystko zamarło w bezruchu. Dziewczyna wyprostowała ramiona, dumnie podniosła głowę i odważnie spojrzała mu w oczy.

Na widok jej zuchwalstwa rysy Morvana stwardniały. Zrobił kilka kroków naprzód, pochylił się i wyprostował. Anna nagle stwierdziła, że przerzucił ją sobie przez ramię, jej nogi zwisają mu na piersi, a twarz spoczywa na jego plecach.

– Postaw mnie na ziemi – syknęła.

– Przygotuj jej konia – polecił Morvan Carlosowi.

Ze swej upokarzającej pozycji Anna obserwowała, jak koniuszy zmierza w stronę Louisa. Gdy obaj odeszli z niepewnymi minami, zaczęła z wściekłością okładać pięściami plecy męża. Morvan w ogóle nie zwracał na to uwagi.

Ruszył z nią do zabudowań stadniny. Wyrywała mu się ze wszystkich sił. Nie dopuści, by traktował ją jak dziecko! Wyprostowała się na jego ramieniu. Złożyła razem ręce i uniosła je najwyżej, jak mogła. A potem opadła z całą siłą bezwładności i uderzyła go zaciśniętymi pięściami w plecy.

Morvan gwałtownie wciągnął powietrze i zatrzymał się w pół kroku.

– Dziękuję – powiedział przez zaciśnięte zęby, wymierzając jej solidnego klapsa w pośladek.

Była tak zaszokowana, że zaparło jej dech w piersiach. Morvan ruszył znowu. Furia i upokorzenie zaćmiły mózg Anny. Zacisnęła zęby i zaczęła kopać, by uwolnić nogi. Morvan znów wziął zamach ręką. Dojrzała katem oka, że Louis zmierza w ich stronę, a Carlos wyciąga ramię, żeby zablokować uderzenie.

Morvan kopniakiem otworzył drzwi budynku.

– Precz! – krzyknął.

Strażnik wyszedł pospiesznie. Morvan rzucił Annę na ławę przy palenisku. Zaczęła wstawać, ale natychmiast zmusił ją, by usiadła.

– Nie ruszaj się. Nie odzywaj się.

Znieruchomiała bez słowa, czując na ramieniu silny nacisk męskiej ręki. Stał na wprost niej jak jakiś diabeł przysłany wprost z piekieł.

– Nie ruszaj się – powtórzył. – Ani mi się waż, bo mogę posunąć się do przemocy.

Dała znak, że nie będzie go prowokować. Nie poruszył się przez kilka ciągnących się w nieskończoność, pełnych napięcia minut. Anna wpatrywała się w podłogę, ale bezbłędnie wyczuła moment, kiedy Morvan odzyskał panowanie nad sobą.

– Posunęłaś się za daleko. Obiecałaś, że nie będziesz podrywać mojego autorytetu.

– Miałam na myśli twoje polecenia wydawane innym. Nigdy nie przyjęłam do wiadomości praw, które wprowadzasz. A nie można przecież łamać praw, które nie istnieją. – Mało brakowało, a powiedziałaby: „głupich praw”, ale zdążyła ugryźć się w język.

– Nie mam w tej chwili nastroju do kłótni. Omówimy to później.

Podszedł do stołu. Kiedy weszli do domu, strażnik przygotowywał sobie posiłek. Morvan sięgnął po chleb i jedząc go, podszedł do ognia.

Anna wierciła się niespokojnie na ławie; bolał ją pośladek. Pomyślała z oburzeniem, że Carlos i Louis widzieli jej upokorzenie. Z drugiej jednak strony, ona pierwsza uderzyła męża.

Morvan opadł na jeden ze stołków przy stole, oparł się plecami o krawędź blatu i wyciągnął nogi przed siebie. Jego gniew ulotnił się jedynie częściowo.

– Co ty tu robisz? – zapytała Anna.

– Czekam, by upłynęło dość czasu.

To nie miało sensu. Dziewczyna zaczęła podnosić się z miejsca.

– Nie ruszaj się – powiedział spokojnie. Zbyt spokojnie.

– Dość czasu na co? – zapytała zirytowana.

– Na to, bym cię ukarał. Carlos i pozostali są przekonani, że teraz albo cię biję, albo biorę cię siłą. Najprawdopodobniej to drugie, skoro nie krzyczysz.

Bunt i gniew na nowo zapłonęły w duszy dziewczyny. Morvan miał rację. Strażnicy niewątpliwie to rozgadają, a jutro cały majątek będzie już wiedział, że pan dał żonie nauczkę.

Anna postanowiła uniemożliwić mu odniesienie tak łatwego zwycięstwa. Zerwała się gwałtownie i ruszyła do drzwi.

Już w progu dobiegł ją głos Morvana.

– Nie zmuszaj mnie do publicznego ukarania cię, Anno. Moja władza nad tutejszymi ludźmi jest jeszcze bardzo świeża i przez niektórych nie do końca akceptowana. Nie mogę puścić płazem nawet najmniejszych prób podrywania mojego autorytetu, zwłaszcza przez ciebie. Otwórz te drzwi, a przekonasz się, że zrobię dokładnie to, czego ode mnie oczekują.

– I naprawdę sądzisz, że to cokolwiek zmieni?

– Nie. Ale Carlos i Louis najprawdopodobniej będą próbowali ci pomóc i wskutek twojej samowoli rozpęta się tu piekło.

Wyciągnięta do klamki ręka Anny opadła. Dziewczyna wróciła na ławę.

Upłynęło sporo czasu, zanim Morvan wyprowadził ją na dwór. Carlos przyprowadził konie, rzucając Morvanowi nieprzyjazne spojrzenie. Najwyraźniej wybieg nowego pana odniósł spektakularny sukces.

– W drodze powrotnej będziesz jechała na moim koniu. Posadzę cię na siodle przed sobą – oświadczył Morvan.

– Od dzieciństwa nie jeździłam w ten sposób. Nie będę…

– Owszem, będziesz. Albo pojedziesz jak dama, albo przewieszona przez siodło twarzą do dołu z moją ręką na karku.

Mówił poważnie. Anna przełknęła zranioną dumę i wsiadła na konia męża.

Nie odzywał się do niej przez całą drogę, a jego ponury nastrój spowijał ich oboje jak szorstki wełniany płaszcz. Anna przypomniała sobie swój niepokój, gdy Morvan jechał u jej boku do Reading jak uosobienie bezlitosnego potępienia. Teraz otaczała ich ta sama aura niezałatwionej do końca sprawy i ta sama drapieżna zmysłowość.

Morvan zatrzymał konia przed bramą.

– Kiedy wjedziemy do środka, masz wyglądać na pokonaną. Nie podnoś wzroku. Jeśli pokażesz im cień uśmiechu, źle się to dla ciebie skończy. Idź do swojej komnaty i czekaj tam na mnie.

Anna zrozumiała, że mąż stara się odzyskać autorytet, ale równocześnie pragnie oszczędzić jej prawdziwego upokorzenia. Większość mężczyzn na jego miejscu po prostu zlałaby żonę w wielkiej sali, na oczach wszystkich. Postanowiła udawać pokorę, której nie czuła, i zastosowała się do jego instrukcji.

Kiedy otworzyła drzwi swojego pokoju, zrozumiała, że ten poranek był najgorszym z możliwych pociągnięć.

Kufry Morvana znów stały na poprzednim miejscu. Obok, ustawione w równym szeregu, stały długie buty i pantofle. W kącie zobaczyła opartą o ścianę broń męża.