Выбрать главу

Każdy następny bunt Anny mógłby opóźnić moment umocnienia się Morvana jako pana na włościach. Ale następnej rebelii nie było. Ulżyło mu bardzo, kiedy zauważył, że żona podejmuje nowe obowiązki i zajmuje się gospodarstwem domowym. Uznał, że dobrze rozegrał ostatni epizod, dzięki czemu dziewczyna zrozumiała wynikającą z logiki konieczność zmian. Zaczęła nawet zwracać się do niego „mój panie”, czego nigdy od niej nie wymagał. Co prawda wymawiała te słowa w pewien specyficzny sposób, jakby skandowała je do wtóru werbli, ale uśmiechała się zawsze przy tym tak słodko, że Morvan uznał, iż sarkastyczne brzmienie jest przypadkowe i niezamierzone.

Nazajutrz po przyjeździe rycerzy pojawił się posłaniec od kuzyna Gurwanta, Roberta de Beaumanoira. Przywiózł wiadomość, że okup zostanie zapłacony w tygodniu po Wielkanocy, a to oznaczało, że Gurwant jeszcze co najmniej przez miesiąc pozostanie w zamknięciu.

A potem, całkiem niespodziewanie, zniknął młody Louis. Straż w stadninie pełnił wówczas Carlos, był to ostatni dzień jego zmiany. Wysłał Louisa wcześniej do domu i dał mu jednego z najlepszych wierzchowców, którego chłopak miał po drodze zaprowadzić do zamku. Następnego dnia wyszło na jaw, że Louis tam nie dotarł. Morvan wziął pięciu ludzi i pojechał na poszukiwania, ale nie udało im się odnaleźć ani chłopaka, ani dwóch koni.

– On uciekł, Anno. I zabrał dwa wierzchowce – powiedział żonie wieczorem w łożu.

– Louis nie jest złodziejem.

– Wygląda na to, że jednak jest. Gdyby przydarzyło mu się coś złego, znaleźlibyśmy konie. Albo jego zwłoki. To oczywiste, co się stało.

– Dla mnie to nie jest oczywiste. Dlaczego miałby uciec? Tutaj było jego miejsce.

– Pewnie nie był już z niego zadowolony.

– Z czasem pogodziłby się z faktem, że jego panem jest Anglik.

– Owszem. Ale nie mógł pogodzić się z twoim małżeństwem. Był w tobie zakochany.

Anna spojrzała na męża z osłupieniem i wybuchnęła śmiechem.

– To niedorzeczne!

– Uwielbiał cię.

– Pochlebiasz mi, Morvanie, ale to brzmi jak słowa podejrzliwego, zazdrosnego męża. Zaraz mi powiesz, że Carlos, Ascanio i Gregory też się we mnie kochają! – Zaśmiała się znowu i dała mu żartobliwego kuksańca.

Morvan mocniej ją przytulił. Nadal była taka naiwna! Dziwił się, że Anna nie dostrzega prawdy.

W końcu dał jej nawet lustro, choć przedtem poważnie zastanowił się, czy aby na pewno chciałby, żeby dowiedziała się prawdy o sobie. Niepotrzebnie się martwił. Patrzyła, ale nie widziała. Nadal ze zwierciadła spoglądała na nią niezdarna dwunastoletnia dziewczynka.

Następnego dnia Morvan wyruszył na objazd majątku. Robił to dość często, bo chciał, by ludzie się z nim oswoili, a ponadto miał dzięki temu sposobność dowiedzieć się, kto przybył do jego dóbr. W ciągu następnych sześciu dni wyjeżdżał o świcie i wracał w nocy, nie wiedział więc, co się w zamku dzieje.

Na samym końcu kontrolował tereny położone najbliżej domu, więc ostatniego dnia wrócił kilka godzin przed zapadnięciem zmroku. Zaprowadził ludzi do wielkiej sali i kazał podać piwo. Stali wokół jednego ze stołów i rozmawiali.

Nagle jego wzrok spoczął na kilku przykrytych białymi welonami głowach, które wysuwały się z drzwi tkalni. W pewnej chwili kobiety wyszły z pomieszczenia i ustawiły się w szeregu.

Ruszyły w jego stronę z ponurą determinacją. Na czele kroczyła tęga niewiasta w średnim wieku. Morvan przypomniał sobie, że pracowała przy szyciu strojów weselnych i miała na imię Eva.

– Panie, musimy z tobą porozmawiać – oznajmiła.

Dał znak mężczyznom, że mają wyjść. Opuszczali wielką salę z ociąganiem, bo żal im było stracić coś, co zapowiadało się na niezłe przedstawienie.

– O co chodzi?

– To dotyczy lady Anny, panie. Przejęła pieczę nad gospodarstwem domowym. Na twoje polecenie, jak twierdzi.

– To jej prawo – stwierdził ostrym głosem.

Eva oblizała wargi i zawahała się. Zza jej pleców wyjrzała młodsza dziewczyna.

– Ale ona wszystko zmienia, panie.

Eva odzyskała rezon.

– Właśnie. Zmienia to, co nie wymaga żadnych zmian. Ustawiła wszystkie warsztaty tkackie w rządkach, więc nie możemy ze sobą rozmawiać. Twierdzi, że dzięki temu więcej wyprodukujemy.

– A nici do haftowania położyła w jednym miejscu i poukładała według kolorów – włączyła się kolejna kobieta. – A my przywykłyśmy mieć je w swoich koszykach i układać, jak nam się podoba.

– I sama pracowała z nami! – zawołała następna. – Pracowała przy twoich ubraniach, panie! – Kilka par oczu zaokrągliło się ze zdumienia. Kobiety patrzyły na Morvana znacząco, jakby ten punkt zasługiwał na szczególną uwagę.

– Pokażcie mi.

Gromadka kobiet rozstąpiła się, by go przepuścić. Wkroczył wśród łopoczących welonów do tkalni. Warsztaty rzeczywiście zostały ustawione rzędem, jeden za drugim. Stołki dla szwaczek i hafciarek stały w taki sam sposób, co niemal uniemożliwiało ploteczki przy pracy. Na ścianie za rogiem na drewnianych kołkach wisiały ułożone z idealną precyzją nici.

Teoretycznie było to rozwiązanie optymalizujące wydajność pracy, w praktyce zaś niezadowolone kobiety pracowały gorzej. Morvan pomyślał, że tylko głupiec mógł w taki sposób zmienić ustalony od lat system pracy.

A Anna nie była głupia. Zaniepokoił się.

– Spójrz na to, panie – powiedziała Eva. Pokazała mu jedną z jego koszul. Ktoś próbował wykonać haft wzdłuż rękawów. To była brązowa koszula, za którą nie przepadał. Ale porządna. Haft wyraźnie zbaczał z linii prostej, szedł na ukos. A ścieg był rzeczywiście wyjątkowo nieudolny.

– Cały tydzień nad tym pracowała. Dwukrotnie musiałam wszystko spruć, co zajęło mi kilka godzin. Jeśli to jeszcze trochę potrwa, ubranie będzie na nic.

– Powszechnie wiadomo, że lady Anna nie nadaje się do igły jak żadna kobieta w Bretanii – dodała inna szwaczka. – Byłyśmy przerażone, kiedy się dowiedziałyśmy, że ma zamiar sama zajmować się twoją garderobą, panie.

– A co mówi na to lady Catherine?

– Nie chciała nas wysłuchać. Mówi, że lady Anna jest tu panią i musi być jej posłuszna.

To była konspiracja!

– Porozmawiam z nimi. – Z uśmiechem, który miał kobietom dodać ducha, Morvan wyszedł ze szwalni przy akompaniamencie dodatkowych skarg i biadań.

Uciekł do wielkiej sali, w której zastał pomywaczkę, stojącą z kuflem jego piwa w dłoni.

– Panie, kucharz zauważył, że dzisiaj wróciłeś wcześniej – powiedziała.

– Owszem. Nie spodziewano się nas tak wcześnie. Czy to stwarza jakiś problem?

– Nie, panie, ale kucharze chcieliby z panem porozmawiać.

Morvan wyszedł za pomywaczką z wielkiej sali, przemierzył dziedziniec i wkroczył do kuchni. Już przy drzwiach uderzyły go panujące wewnątrz wilgoć, gorąco i pandemonium. Kiedy został zauważony, ustała wszelka aktywność i zapadła pełna napięcia cisza. Z ciemnych kątów wyłoniły się trzy sylwetki, które zmierzały ku niemu jak duchy. Dwóch mężczyzn i kobieta ustawili się przed nim w rzędzie i niemal zaryli obcasami w podłogę.

W środku stał niski łysy mężczyzna z oczami pełnymi oburzenia. Jego ubranie splamione było krwią, a w ręku nadal ściskał wielki rzeźniczy nóż.

– Lordzie Morvanie, jestem Pierre, główny kucharz – oznajmił wyniośle. – Od dwudziestu lat służę tej rodzinie. Karmiłem armie. Karmiłem wielkich panów i książąt. Gotowałem w czasie zarazy. Moi pomocnicy i czeladnicy padali wokół mnie jak muchy, ale czy ja pomyślałem, by stąd odejść? Nie. Nadal karmiłem wszystkich, chorych i zdrowych. – Nóż uniósł się w górę oskarżycielko. – Czy nie smakuje ci moje jedzenie, panie?