– Smakuje. Jest znakomite.
Nóż zaczął dźgać powietrze.
– Jestem wolno urodzonym człowiekiem! Nie muszę tu zostać. I nie zniosę takich zniewag!
– Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć, co się stało? – Morvan pochylił się nad stołem.
– Pięć dni temu ona przychodzi tu – zaczął Pierre, rzucając spode łba wrogie spojrzenie. Morvan nie musiał pytać, co to za „ona”. – Siada. Patrzy. Myślę sobie: świetnie. Dama jest zainteresowana albo może się nudzi. Mąż zabrał jej zabawki i musi znaleźć sobie coś do roboty, dopóki nie będzie miała dziecka. Zdarza się. Czasem damy mają nawet ochotę same coś prostego ugotować. Ale nie ona. Siedzi. Patrzy. Czasem zada jakieś pytanie. – W okrągłych oczach kucharza zapłonął ogień. Nóż trząsł mu się w dłoni. – Dwa dni temu przychodzi i woła nas wszystkich. Zdecydowała, że będziemy bardziej wydajni w pracy, jeśli podzielimy między siebie zadania. Jeden piecze. Drugi przygotowuje ryby. Trzeci gotuje zupy. Zawsze! Te same potrawy, dzień po dniu, całe życie. Koniec! – Nóż opadł w dół z emfazą i wbił się w drewnianą deskę o centymetry od ręki Morvana. – I mamy zdradzić swoje sekrety! Ja mam powiedzieć temu tu idiocie, jak gotuję moją wspaniałą zupę rybną. – Pierre wskazał stojącego na lewo od niego mężczyznę, po czym skrzyżował ramiona na piersi. – Nikt poza Pierre’em nie będzie gotował zupy rybnej Pierre’a!
Dwoje pomocników kucharza nie odezwało się ani słowem, swe poparcie wyrażali kiwaniem głowami, nawet kiedy Pierre nazwał jednego z nich idiotą.
Morvan potarł czoło i powtórzył jak refren:
– Porozmawiam z nią.
– Oddaj jej zabawki! – wrzasnął łysy kucharz. – Niech mi się tu nie wkręca we włosy jak nietoperz.
Powinien był wiedzieć. Anna miała zamiar go wykończyć. Kiedy wracał do wielkiej sali, przyłączył się do niego Gregory.
– Wcześnie dzisiaj wróciłeś, panie.
– Tak, ale żałuję, że nie rozbiłem obozu na drodze.
Oczy Gregory’ego zabłysły.
– Lepiej chodź ze mną. Powinieneś coś zobaczyć. – Wskazał w górę, na sam szczyt murów obronnych.
Morvan poczuł się pokrzepiony na duchu. Blanki. Mury obronne. Odpowiednie dla niego problemy. Podążył za Gregorym na dach. Przyjaciel obdarzył go szerokim uśmiechem, otworzył drzwi i z dwornym ukłonem przepuścił go przodem – Morvan wyszedł na zewnątrz.
Na dachu, w idealnym kręgu, stały zakurzone drewniane beczki i cebrzyki. Mniejsze naczynia stały w przejściu pod ścianą.
– Co to jest, do diabła?!
– To – Gregory zrobił szeroki ruch ręką – jest ogród.
– Ogród?
– Owszem, na wiosnę w tych cebrzykach zostaną posadzone róże. Możesz sobie wyobrazić, z jakim podnieceniem żołnierze wyglądają nadchodzących zmian. Ich entuzjazm, gdy dźwigali cebry ziemi po tych wszystkich schodach aż na dach, był godny podkreślenia. – Gregory zarechotał i potrząsnął głową. – Czy wiesz, panie, że żołnierze i służba w tym zamku potrafią kląć w siedmiu różnych językach?!
– Ogród różany! – Morvan rozejrzał się i poczuł się całkowicie i zupełnie pokonany. Anna była niesamowita. Bezlitosna. – Idę do swojej komnaty, Gregory. – Zamilkł, odwrócił się i spojrzał podejrzliwie na przyjaciela. – Czy jest jeszcze coś, co powinienem zobaczyć albo coś, o czym powinienem wiedzieć?
– Cóż, poza projektem, by cały zamek pomalować na biało i buntem służby nie ma już nic, co mógłbyś uznać za interesujące czy godne uwagi.
– Pomalować zamek na biało?!
– Zdaje się, że to dość popularne we Francji i w Anglii.
– Tylko jeśli kamień jest słaby, doskonale o tym wiesz. A to jest dobry granit. – Morvan westchnął głęboko. – Nie muszę chyba pytać, czyj to pomysł, prawda?
– Raczej nie ma takiej potrzeby.
– Czy dobrze się tym wszystkim bawisz, Gregory?
– Ja? Czuję się urażony podejrzeniem, że mógłbym się bawić twoim kosztem, panie. Natomiast ojciec Ascanio robi wrażenie uszczęśliwionego.
– Nie wątpię.
– I koniuszy, Carlos, także nie mógł się już doczekać, kiedy skończysz objazd majątku.
– Oczywiście.
– A lady Anna, panie, jest w znakomitym humorze. Przyjemnie na nią spojrzeć.
– Mogę to sobie wyobrazić. – Morvan zbiegł po schodach co sił w nogach, by schronić się w zaciszu swojej komnaty, zanim stanie mu na drodze kolejna ofiara racjonalizacji jego żony.
Do licha! Znów jej nie docenił.
Robisz to wszystko celowo – stwierdził, kredy znaleźli się wieczorem w sypialni. Najpierw się kochali, a dopiero potem poruszył sprawę skarg służby.
– Co masz na myśli, mój panie?
Morvan znów dosłyszał wybijany przez werble rytm. Gdy spojrzał na Annę podejrzliwie, uśmiechnęła się słodko.
– Doskonale wiesz, co mam na myśli.
– Robię tylko to, czego sobie życzysz, Morvanie. A może będziesz mi teraz mówić, w jaki sposób mam kierować gospodarstwem domowym?
Zrozumiał, że jest na straconej pozycji. Gdyby się teraz wtrącił, zaczęliby przychodzić do niego z każdym drobiazgiem. Jeśli jednak się nie wtrąci, zapanuje kompletny chaos. W każdym zakątku zamku słychać szmer narzekań. Z drugiej jednak strony ludzie przestali szemrać przeciwko angielskiemu lordowi.
– To nie działa, Anno.
– Jestem pewna, że masz rację, mój panie, niezależnie od tego, co masz na myśli. – Mówiła jak potulna, bezwolna dziewczynka. Nie był jeszcze ogłupiały do szczętu.
– Musisz załatwić sprawy ze służbą – polecił.
Spojrzała mu prosto w oczy.
– Robię tylko to, czego sobie życzysz. Kazałeś mi zajmować się kobiecymi zajęciami. Czy chcesz mi powiedzieć, że się do tego nie nadaję? Może powinnam robić coś innego?
Został złapany w pułapkę.
– Nie, droga żono, nigdy bym ci czegoś podobnego nie zasugerował. Robisz to, co uważasz za najlepsze. Mam absolutne zaufanie do twojej doskonałości w tych kwestiach. – Nagle go olśniło. – Mam tak głębokie zaufanie, że postanowiłem złożyć wizytę sir Baldwinowi. Powinienem sprawdzić, co się dzieje w najbardziej oddalonych lennach, zanim Gurwant wyjdzie na wolność.
Twarz Anny drgnęła. Uśmiechnęła się z przymusem. Zostawia ją, by wypiła piwo, którego nawarzyła.
– Jak długo cię nie będzie?
– Myślę, że trzeba liczyć co najmniej tydzień.
– Tydzień – powtórzyła w zamyśleniu.
– Przynajmniej. Wezmę ze sobą Josce’a i czterech innych. Tu nie powinno być niebezpiecznie. Ale nie wolno ci wychodzić poza obręb murów obronnych.
Anna w ogóle nie zareagowała na te słowa. Uśmiechnęła się niezwykle słodko i pocałowała go w usta.
– Będę za tobą tęskniła, mój panie.
Znów te werble. To było celowe; teraz Morvan nie miał już najmniejszych wątpliwości.
Przez cztery dni Anna krzątała się wokół swych obowiązków radośnie, z uśmiechem na twarzy. Jedynym wyłomem w jej rozkładzie zajęć od chwili wyjazdu męża stały się systematyczne wizyty w jego komnacie, skąd obserwowała bramę po drugiej stronie dziedzińca. Na rozkaz Morvana krata cały czas była opuszczona, a zwodzony most podniesiony.
Wszyscy strażnicy zostali przez niego poinstruowani, że kobietom nie wolno wychodzić poza obręb murów. Oznaczało to, że Annie nie uda się dołączyć do grupy służących i wyjść z nimi niepostrzeżenie. Mąż przewidział, że znów będzie próbowała nieposłuszeństwa, jak tylko on odwróci się do niej plecami, i dopilnował, by nie mogła wyjść. Ale ona jednak wyjdzie, przysięgła to sobie. Stało się to dla niej punktem honoru.