Czwartego dnia rozszyfrowała schemat. Popołudniami Gregory wyznaczał do służby przy bramie nowych ludzi. Snuła plany, nie przestając dezorganizować pracy na zamku.
Tego wieczoru podczas kolacji przyglądała się siedzącym przy stole rycerzom. Wreszcie jej wzrok zatrzymał się na sir Walterze. Był jednym z nowych ludzi i został, by wspomagać Ascania w obronie twierdzy.
Anna guzdrała się z jedzeniem, dopóki inni nie zaczęli odchodzić od stołu. Jak tylko Ascanio opuścił swe miejsce u jej boku, zaprosiła gestem sir Waltera, by usiadł przy niej. Zaskoczony takim zaszczytem rycerz wziął swój kufel i przysiadł się do Anny.
Był sympatycznym mężczyzną mniej więcej w wieku Morvana. Miał nieco zbyt wąską twarz, a włosy rozwichrzone, ale z jego oczu wyzierała dobroć i szczerość. Anna poczuła wyrzuty sumienia, że ma zamiar go wykorzystać.
Kiedy wielka sala opustoszała i służba zabrała się do zbierania naczyń, Anna wciągnęła mężczyznę w rozmowę.
– Stwierdziłam, że niezbyt dobrze wywiązywałam się ze swych obowiązków w stosunku do nowych rycerzy, sir Walterze.
– Przyjęłaś nas wspaniale, pani.
– Nie, nie, jesteś zbyt łaskawy. Zostawiłam was samych sobie po przyjeździe, nie pomogłam wam się zadomowić, a przecież wiem, że z początku człowiek krępuje się prosić obcych służących o jakąkolwiek usługę.
– Zapewniam, pani, że żaden z nas nie ma powodów do skarg. – Wyraz twarzy rycerza był rzeczywiście niezwykle szczery.
– Niemniej jednak ta sytuacja musi się zmienić. Czy, na przykład, jakaś kobieta zadbała o waszą garderobę? Czy przysłano którąś, by zajęła się reperacją ubrań? Nie? No to weźmy się za to od razu. – Wstała z miejsca. – Mieszkasz w dawnej komnacie mojego męża, prawda?
Szybko przemierzyła wielką salę i otworzyła drzwi.
– Tak właśnie myślałam, nie dostałeś nawet skrzyni. – Przeglądała ułożone na łożu ubrania, cmokając z ubolewaniem. Niestety, ku jej rozczarowaniu, znakomita większość garderoby znajdowała się w idealnym stanie.
– Pani, nie sądzę…
– Wejdź, wejdź. Usiądź. Czyż dbałość o wygodę ludzi mojego męża nie należy do moich obowiązków? – Anna z ulgą znalazła w stosie ubrań przybrudzoną koszulę i rozdarte w jednym miejscu spodnie. Sięgnęła po kaftan.
Sir Walter nie odpowiedział, nie usiadł, nawet nie drgnął. Dziewczyna rzuciła mu przez ramię roztargnione spojrzenie i uśmiechnęła się. Wróciła do kaftana, ale coś nie dawało jej spokoju. Sir Walter po prostu wpatrywał się w nią, oparty plecami o ścianę obok przymkniętych drzwi, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Co było nie w porządku? Oczy. Tak, z oczami rycerza było coś nie tak. Pojawił się w nich dziwny błysk, przypominający…
O Boże!
Anna nerwowo grzebała w odzieży, odkładając na bok potrzebne jej sztuki garderoby. Ale jej myśli krążyły wokół wlepionych w nią szczerych oczu sir Waltera i nagle przypomniał jej się młody Ian. Wreszcie zrozumiała pewne zachowania, z którymi stykała się w Windsorze. Stanęło jej przed oczami spojrzenie, jakim obrzucił ją Gurwant w czasie pertraktacji.
Niektórzy będą, cię pożądać. Inni pokochają cię prawdziwie.
No, no!
Wspomnienia trzeba odłożyć na później. Teraz musi stawić czoło nieoczekiwanym konsekwencjom tego zadziwiającego odkrycia.
Złapała wybrane części garderoby, przycisnęła je do piersi i odwróciła się do sir Waltera z obojętnym i, miała nadzieję, odbierającym odwagę uśmiechem.
– Dopilnuję, by doprowadzono to do porządku i zwrócono ci jak najszybciej – powiedziała, podeszła do drzwi i otworzyła je szeroko.
– Czy zrobisz mi ten zaszczyt, pani, i zajmiesz się nimi osobiście? – Sir Walter wyglądał na przejętego niemal nabożnym lękiem. Tak właśnie zwykł patrzeć na nią Louis.
O Boże!
– Mówiąc prawdę, sir Walterze, powinieneś prosić, bym tego nie robiła. Musiałeś przecież słyszeć, jak okropnie poniszczyłam odzienie męża.
– Jestem przekonany, że cokolwiek zrobią te piękne ręce, musi być absolutnie doskonałe, pani.
Anna o mało nie zaczęła gapić się na niego z otwartymi ustami. Z pewnością ten miły rycerz nie mógł robić lubieżnych aluzji.
Postarała się przybrać autorytatywny, wyniosły i bardzo wielkopański wygląd, opuściła izbę i spiesznie przeszła przez wielką salę.
Anna zwolniła bieg konia do stępa, kiedy znalazła się pod osłoną drzew. To nie była Chmurka, którą ktoś mógłby rozpoznać. Zrobiła w stajni małą dywersję i osiodłała wierzchowca, kiedy chłopcy stajenni byli zajęci.
Poszło łatwo, niemal zbyt łatwo. Po prostu krzyknęła, by otwarto bramę, i najspokojniej w świecie wyjechała. Nowi strażnicy nigdy nie widzieli jej w męskim stroju, więc nie rozpoznali swej pani.
Skierowała konia na wzgórze, z którego miała widok na stadninę. Ogarnęło ją uniesienie, gdy spojrzała na swe najbardziej ukochane miejsce pod słońcem.
A potem całe jej ciało stężało. Serce zaczęło jej walić, a krew tętniła w żyłach. Dziewczyna odruchowo dała łydką sygnał i koń cofnął się pomiędzy drzewa.
Przed budynkiem stadniny nieruchomo leżały dwa ciała.
Do płotu uwiązane były nieznane jej konie. Liczyła je, gdy nagle otwarły się drzwi budynku i wyszedł z nich mężczyzna. Przy narożniku, ukryty w cieniu, stał na straży drugi.
Początkowy szok ustąpił miejsca lodowatemu przerażeniu. Dziś w stadninie powinni być Carlos i jeszcze dwaj jej ludzie. Czy na dziedzińcu leżało jeszcze jedno ciało, ukryte przed jej wzrokiem pod osłoną płotu albo poidła dla koni? Anna zaczęła się gorąco modlić, by nie wszyscy byli martwi, by choć jeden z nich przeżył.
Zawróciła konia i popędziła ścieżką z powrotem. Spojrzała na ziemię i dostrzegła świeże ślady, świadczące o tym, że przeszło tędy spore stado koni. Jadąc w tamtą stronę, była tak zajęta sobą i swym idiotycznym zwycięstwem nad Morvanem, że nie zwróciła na nie uwagi.
Przejechała jeszcze z pięćdziesiąt metrów i ściągnęła wodze konia. Kątem oka dostrzegła jakiś ruch.
Krzak poruszył się znowu. Dziewczyna dostrzegła ukryty pod nim jakiś ciemny kształt. Ścisnęła w ręku sztylet i zeskoczyła z konia. W połowie drogi rozpoznała ubranie, czarne włosy i brodę.
Upadła na kolana przy nieruchomym ciele. Bardzo delikatnie uniosła głowę Carlosa i położyła ją sobie na kolanach. Ogarnął ją nieopisany żal, żal, jakiego nie czuła od czasu wybuchu zarazy.
Strzała wbiła się głęboko w bok Carlosa, druga utkwiła w nodze. Strużka krwi wiodła wprost do krzaka, pod którym zdążyła już się zebrać spora kałuża.
Usta mężczyzny wykrzywił grymas bólu. Czarne oczy otwarły się.
– Żyjesz – stwierdziła Anna z wdzięcznością.
– Owszem. Ledwo ledwo – wyszeptał. – Przyjechali niemal w samo południe. Kiedy obaj strażnicy padli, udało mi się uciec, ale strzały napastników dosięgły mnie na wzgórzu. Zdołałem się tu doczołgać, ale znaleźli mnie. Najwyraźniej oni także uznali mnie za martwego.
– Jesteś ciężko ranny, Carlosie.
– Złodzieje jeszcze są w stadninie?
– Tak.
– Pewnie chcą wyprowadzić konie rano. – Ścisnął rękę dziewczyny. – Jedź i sprowadź pomoc. Powiedz Ascaniowi, że jest ich co najmniej dziesięciu.
– Nie zostawię cię tu samego w tym stanie.
– Gdyby te strzały miały mnie zabić, już bym nie żył. Jedź. To naprawdę nie najlepszy czas, by córka Roalda de Leon zaczęła się nagle zachowywać po kobiecemu.