Anna zdjęła płaszcz i otuliła nim Carlosa.
– Niedługo wrócę z pomocą.
– Nie, niech się tym zajmą rycerze i żołnierze.
– Mówisz jak Morvan. Niedługo się spotkamy.
Skierowała konia na ścieżkę i wzięła wodze w jedną rękę, by drugą wyjąć spinki z włosów. Chciała, by jej ludzie już z daleka rozpoznali, że to nadjeżdża ich pani, a nie ktoś obcy. Nie chciała tracić czasu na tłumaczenia i powolne otwieranie bramy.
W połowie łąki zaczęła machać ręką i krzyczeć, by otwarto bramę. Zanim dojechała do fosy, droga stała już otworem i Anna galopem wpadła na dziedziniec.
Dwukrotnie zawołała Ascania, nim jeszcze zeskoczyła z siodła u stóp schodów. Zawołała jeszcze raz i wbiegła do sieni.
Wpadła wprost na męską pierś. Mocne ręce Morvana objęły ramiona Anny i niemal uniosły dziewczynę nad ziemię.
– Dzięki Bogu, wróciłeś – wysapała, z trudem łapiąc oddech.
Ciemne oczy jej męża zapłonęły, gdy dostrzegł zabroniony strój Anny. Poza gniewem pojawiło się w nich jednak coś więcej, gdy zauważył ślady krwi na rąbku jej koszuli i spodniach. Ludzie, którzy wyjechali z nim na objazd dóbr, podeszli bliżej. Nadbiegł także Ascanio, zaalarmowany jej krzykiem.
– Złodzieje opanowali stadninę – powiedziała. – Dwóch ludzi najprawdopodobniej nie żyje, a śmiertelnie ranny Carlos leży obok ścieżki.
– Ilu? – zapytał Morvan, nie wypuszczając Anny.
– Carlos doliczył się dziesięciu. Mówi, że pewnie zaczekają do rana, zanim wyprowadzą konie.
– Wszyscy pod broń – rozkazał Morvan. – Ascanio, powiedz Gregory’emu, by natychmiast wziął dwóch ludzi i pojechał po Carlosa. On i jeszcze czterej ludzie mają zostać potem przy bramie. Reszta wyrusza ze mną za godzinę.
Mężczyźni rozbiegli się, a Morvan ruszył w stronę schodów, nie puszczając ramienia Anny.
– Josce, znajdź służącego i przyślij go do mnie, żeby mi pomógł włożyć zbroję – rzucił przez ramię. – Pociągnął żonę ze sobą na górę, do swojej komnaty, rzucił ją na krzesło i zaczął zdejmować kaftan, by przywdziać zbroję.
– Znów zbuntowałaś się przeciwko mnie.
– Na szczęście, bo w przeciwnym razie Carlos by umarł i stracilibyśmy konie. Na litość boską, Morvanie, dwóch ludzi zginęło, majątek jest zagrożony, a ty się wściekasz, bo twoja żona była niegrzeczna.
– Gniewam się, bo moja samowolna, nieposłuszna żona jest umazana krwią i mało brakowało, a zginęłaby.
– Ani przez chwilę nie byłam w niebezpieczeństwie.
– I dlatego, że tym razem los cię oszczędził, uważasz to za dopuszczalne? – Ujął jej podbródek. – Powiedz mi, żono, co byś zrobiła, gdybyś nie zastała mnie tu po powrocie?
– Wysłałabym Ascania i innych, żeby oczyścili majątek z tych złodziei.
– A ty siedziałabyś tutaj, haftując? Bardzo wątpię.
Rozległo się pukanie do drzwi i do komnaty wszedł Josce ze służącym. Morvan nie zdjął ręki z brody żony.
– Później się z tobą rozprawię, Anno. Nie zapomnę. I nie myśl, nie waż się nawet pomyśleć, że weźmiesz udział w tej akcji.
Puścił ją i odsunął się, żeby służący i Josce mogli przystąpić do dzieła. Dziewczyna wstała i podeszła do drzwi.
– Anno – odezwał się bardzo spokojnym głosem, który jednak wydał jej się bardzo niebezpieczny. – Skoro już mówimy o twoim nieposłuszeństwie, może byś mi wyjaśniła, jak to się stało, że masz na sobie ubranie sir Waltera.
– Wzięłam je do naprawy. Nie jestem jedną z tych twoich szlachetnie urodzonych ladacznic, Morvanie. Bóg z tobą, mężu.
Kiedy Morvan był już zakuty w zbroję, odesłał służącego i wysłał Josce’a, by przygotował Diabła. Został sam w komnacie i przez chwilę stał w zamyśleniu, a potem podszedł do wielkiej skrzyni. Otworzył ją, wyjął miecz, łuk i kołczan, potem zatrzasnął wieko i ułożył na nim broń.
Nie chciał pozostawiać żony bezbronnej ani zmuszać do korzystania z nieznanej broni, na wypadek gdyby go jednak nie posłuchała.
Długo wpatrywał się w przedmioty, które zawsze były w jego oczach symbolem odrzucenia przez Annę władzy mężczyzny nad sobą. Odrzucenia męskiej opieki i męskiej dominacji. Odrzucenia jego.
Mógł kazać służbie jej pilnować. Mógł ją przywiązać do krzesła.
Zostawił broń na wieku skrzyni.
22
Anna wprowadziła Chmurkę pomiędzy drzewa na skraju wzgórza, które górowało nad stadniną. Poprawiając łuk i zawieszony na plecach kołczan, wpatrywała się w scenę u swych stóp.
Morvan stał przed budynkiem stadniny, jego broń i zbroja lśniły w promieniach nisko już stojącego słońca. Pozostali rycerze stanęli w szeregu wzdłuż zabudowań. Reszta ludzi została rozmieszczona przed domem i po obu jego bokach.
Zdenerwowane konie zbiły się w stado w najodleglejszym zakątku korrala. W pobliżu poidła rozniecono już ogień; w razie potrzeby Morvan gotów był podpalić budynek.
Anna wmawiała w siebie, że ponieważ nie znajduje się w niebezpieczeństwie, to właściwie wcale nie jest nieposłuszna mężowi. Zabronił jej włączyć się do akcji, więc się nie włączała. Nie mogła spokojnie siedzieć i czekać na wieści. Przecież zagrożone były jej konie. No i Morvan.
Na razie próba odbicia zabudowań stadniny znalazła się w impasie. Ale nastał już wczesny wieczór, zaczęło się ściemniać i wiadomo było, że niezależnie od tego, co ma się wydarzyć, musi nastąpić to wkrótce.
Anna znów spojrzała w dół. Czegoś brakowało. Wkrótce zorientowała się czego. Konie złodziei nie były już uwiązane przed wejściem. Ruszyła skrajem lasu, aż okrążyła dom i zobaczyła jego tyły. Teraz dostrzegła stojące za budynkiem osiodłane wierzchowce.
Zauważyła także, że w tym miejscu nie ma ani jednego z jej żołnierzy. Z ogrodzonego pastwiska za domem, po którym konie mogły swobodnie biegać, nie było żadnego wyjścia, bo kończyło się stromym stokiem wzgórza, zamykającego dolinę. To wzniesienie stanowiło naturalną zagrodę dla koni. Zatrzyma także złodziei.
Nagle uwagę Anny przykuł ruch w dwóch miejscach równocześnie. Starała się każde poruszenie śledzić jednym okiem.
Stojący przed budynkiem Morvan przesunął się i stanął twarzą do niej. Patrzył wprost w miejsce, w którym się znajdowała, jakby wyczuł jej ukrytą obecność.
Natomiast z tyłu budynku jakaś ciemna postać wyskoczyła oknem i, widoczna jedynie dla Anny, przekradała się w stronę osiodłanych koni. Jeden ze złodziei postanowił uciekać, by wyrwać się na wolność.
Wskoczył na siodło, ale wbrew oczekiwaniom dziewczyny wcale nie próbował objechać domu dookoła. Ruszył galopem przez pastwisko. Jak tylko nieco się oddalił, z okna wyskoczył następny.
Anna spojrzała na Morvana i pozostałych. Nie mogła ostrzec ich krzykiem, dzieliła ich zbyt wielka odległość.
W stronę koni przekradał się już trzeci złodziej. Pierwszy zdążył dotrzeć w pobliże pasącego się stada. Miał zamiar je spłoszyć, by w powstałym zamieszaniu dać bandytom czas na ucieczkę.
Krew w Annie zastygła, gdy wyobraziła sobie pędzące po stoku spłoszone konie, które rozbiegają się po lasach. Już nigdy nie udałoby się ich wyłapać.
Wprowadziła Chmurkę na ścieżkę i ruszyła grzbietem wzgórza. Kiedy jej uszu dobiegł grzmot kopyt spanikowanych koni, dała swemu rumakowi sygnał do galopu.
Zdjęła łuk i kołczan i rzuciła je na ziemię. Puściła wodze i rozpięła pas. Miecz zsunął się, dzięki czemu mniej obciążony wierzchowiec, mógł osiągnąć większą szybkość. Popędziła w dół wzgórza jak wiatr.
Zbite w stado po jednej stronie doliny konie, masywne wierzchowce bojowe i smukłe rumaki, zostały spłoszone i ruszyły przed siebie galopem z przekrwionymi oczami i drgającymi mięśniami. Na czele biegł ogromny biały ogier. Anna dostrzegła głowy ukrytych w pędzącym na oślep stadzie złodziei, a sto metrów za nimi rycerzy z tylnej straży Morvana i zbrojnych, nisko pochylonych nad szyjami rumaków.