Выбрать главу

Ogier przywódca prowadził rozpędzone stado wprost na Annę. Zawróciła Chmurkę i pognała w tym samym kierunku. Modliła się, by jej plan się powiódł. Jeśli się nie uda, konie pokonają niższe wzgórze zamykające dolinę z tej strony i pogubią się pośród drzew.

Poczuła na nodze oddech przywódcy stada i zwolniła biegu swego konia, by biały ogier się z nim zrównał. Zmusiła oba rumaki, by szły obok siebie, choć wyczuwała wściekłość ogiera i pełne lęku drżenie Chmurki. Przykucnęła na grzbiecie swego konia, a potem nagle przeskoczyła na prowadzącego stado ogiera. Mocno objęła nogami jego boki i chwyciła się grzywy, walcząc o życie.

Uczepiła się mocno jego łba i odwróciła go. Rękami i uciskiem nóg dawała mu sygnał, by skręcił w lewo, w stronę strumienia. Wzbił się w górę, by go przeskoczyć.

Stado podążyło za nim. Anna znów ściskała i ciągnęła, zastępując ramionami nieistniejące wodze. Zwierzę podporządkowało się jej w końcu i ruszyło z powrotem w stronę zabudowań stadniny, nie zwalniając szaleńczego galopu.

Złodzieje w pierwszej chwili osłupieli na widok zawracającego stada, ale wkrótce dostrzegli jadącą wzdłuż strumienia Annę. Dwóch z nich wyprowadziło konie ze stada i sforsowało wodę.

Promienie zachodzącego słońca odbiły się w ostrzu wzniesionego miecza. Anna wpatrywała się jak zahipnotyzowana w pomarańczowy błysk, kiedy broń zaczęła powoli opadać, stwarzając dla niej śmiertelne zagrożenie. W rezultacie nie zauważyła, że zbliża się inne niebezpieczeństwo. Drugi złodziej pochylił się w siodle i zepchnął ją z końskiego grzbietu.

Dziewczyna trzymała się grzywy, jak długo tylko się dało, dzięki temu ześlizgnęła się łagodnie na ziemię, a nie spadła jak kamień. Miała dość rozsądku, by odturlać się w stronę strumienia, gdzie było najbezpieczniej. Poszczęściło jej się niewiarygodnie, bo dwa najbliżej biegnące konie przeskoczyły, nie tratując jej.

Wpadła do strumienia głową naprzód. Ubranie natychmiast nasiąkło zimną wodą. To był szok. Przez długą jak wieczność chwilę leżała w wodzie, oszołomiona i bezradna. A potem stalowa dłoń chwyciła ją za ubranie na karku i postawiła na nogi na brzegu.

Anna przetarła oczy. Morvan, którego broń płonęła krwawo w blasku zachodzącego słońca, zasłonił ją własnym ciałem przed wzrokiem swoich rycerzy i żołnierzy, którzy właśnie nadjechali, by rozprawić się ze złodziejami.

Starał się cały czas odgradzać Annę od bitwy, a jego miecz spadał na każdego zbója, któremu przyszło do głowy, by uciekać przez potok lub też by rzucić wyzwanie pieszemu rycerzowi i damie.

Anna, która otarła się o śmierć i poczuła jej oddech na karku, słaniała się na nogach. Rozgrywająca się wokół rzeź sprawiła, że czuła w ustach gorycz żółci. Morvan stał z uniesioną przyłbicą, więc widziała blask płonący w jego oczach, kiedy starał się przewidzieć ruchy ludzi i koni. Stado już dawno zniknęło w odległej części pastwiska.

I nagle było po wszystkim. Na ziemi leżało sześciu martwych mężczyzn i trzy ranne konie. Czterech złodziei i kilka wierzchowców zniknęło w porastającym wzgórze lesie.

Morvan zacisnął rękę na ramieniu żony i popchnął ją w stronę Ascania.

– Zabierz ją do stadniny, żeby wysuszyła się przy ogniu. A potem wracaj z nią do zamku.

Oczy księdza wydały jej się twardsze i bardziej błyszczące niż kiedykolwiek. Zdjął rękawicę i wyciągnął do niej rękę. Dziewczyna uchwyciła się jej i ruszyła za nim.

W milczeniu dotarli do budynku. Zostawił ją przy ogniu i wyszedł, by pomóc strażnikom zapędzić stado na pastwisko. W końcu wrócił, prowadząc konia dla Anny.

– Ty też jesteś na mnie zły, Ascanio? – zapytała, kiedy przedzierali się przez las.

– Tak. A skoro moje serce stanęło na moment, kiedy znalazłaś się o włos od śmierci, możesz sobie wyobrazić, co czuł twój mąż.

– Nie byłam w aż takim niebezpieczeństwie.

– Widzieliśmy, jak spadłaś wprost pod kopyta rozpędzonego stada. Widzieliśmy wiszący nad tobą miecz. Morvan był tuż przy mnie. Słyszałem jego krzyk. I widziałem jego twarz.

– Gdybym tego nie zrobiła, konie by przepadły, rozbiegłyby się po lasach.

– Myślisz, że to mnie choć trochę obchodzi? Myślisz, że to obchodzi Morvana? On od początku gotów był oddać za ciebie życie, Anno. Czy myślisz, że przedłożyłby stado koni nad twoje bezpieczeństwo?

Powinien bardzo wysoko je cenić. Te konie były prawdziwym bogactwem La Roche de Roald. Bez nich to małżeństwo przyniosłoby mu o wiele mniejszy profit.

Nawet w chwili, gdy o tym myślała, zdawała sobie sprawę, że logika nie waży zbyt wiele na skali wartości Morvana. Na drugiej szali tej wagi spoczywało zbyt wiele istotnych dla niego wartości. Jego ślubowanie, że będzie jej bronił. Jego autorytet i jej bunt.

– Anno, kiedy była nas tylko garstka, to sprawy wyglądały inaczej. Ale nawet wtedy umierałem ze strachu za każdym razem, kiedy rzucałaś się w niebezpieczeństwo. A przecież dla mnie twój udział w walce nie stanowił aż takiej zniewagi jak dla Morvana. Twoja zabawa w rebelię to jedno, a dzisiejszy wyczyn to całkiem co innego.

Razem wjechali na dziedziniec. Anna czuła w głowie straszliwą pustkę, w której tylko w kółko odbijały się echem słowa Ascania.

Ciągle miała wrażenie, że czuje na karku rękawicę Morvana, kiedy wyciągał ją z lodowatej wody, ciągle widziała jego zakutą w zbroję postać, która stała jak opoka pomiędzy nią i śmiercią. Nie odczuwała właściwie prawdziwego zagrożenia, bo on tam był. I w tej chwili prawdy musiała przyznać, że cieszyła się z poczucia bezpieczeństwa, jakie dawała jej opieka Morvana, choć przecież odrzucała męską opiekę jako taką.

Zastanawiała się, jak długo przyjdzie jej czekać na powrót męża i czy on w ogóle wróci jeszcze tej nocy do domu. Idąc po schodach do swej sypialni, rozpaczliwie czepiała się nadziei, że jednak wróci. Miała straszne przeczucie, że jeśli Morvan nie przyjdzie do niej tej nocy, z gniewu czy z jakiegokolwiek innego powodu, to jakaś część jego istoty nie wróci do niej już nigdy.

Morvan został w stadninie do późnej nocy, nadzorując pochówek złodziei. To pomogło mu trochę ochłonąć.

W końcu nie zostało już nic do zrobienia. Rozkazał dwóm dodatkowym strażnikom zostać w stadninie. Rano mieli udać się do Haarolda i Fouke’ego i uprzedzić ich, by mieli się na baczności przed zbiegłymi bandytami. Zastanawiał się nawet, czyby nie zostać na noc w stadninie, ale zanim się zdążył zorientować, co robi, już wsiadł na konia.

Wszedł do wielkiej sali pełnej ochrypłych śmiechów i hałaśliwej wesołości. W nim nie było ani śladu w radości. Musiało się to wyraźnie rzucać w oczy, bo kiedy został zauważony, jakby żałobny welon opadł na zgromadzonych.

Spojrzał na Ascania pytająco. Ksiądz wskazał wzrokiem sufit, by dać mu do zrozumienia, że Anna poszła do swojej komnaty.

Morvan podszedł do jednego ze stołów i wypił trochę piwa. Spokój, który okazywał na zewnątrz, był jedynie pozorny. W ciągu ostatnich godzin jego myśli cały czas krążyły wokół Anny, a nie były one bynajmniej spokojne. Tylko odsuwając od siebie szczegóły niebezpieczeństwa, w jakim żona się znalazła, był w stanie zachować na zewnątrz pozory panowania nad sobą.

Wypił kolejny kufel piwa, jakby samemu sobie chciał udowodnić, że nie jest niebezpieczny. Potem skinął na Josce’a i poszedł z nim do swojej komnaty, by pozbyć się zbroi.

Morvan szedł w stronę sypialni, choć czuł, że nie powinien się z Anną teraz spotykać. To była jedyna trzeźwa myśl, która kołatała mu się w głowie, pękającej od gniewu zabarwionego przelaną podczas bitwy krwią. Wiedział, że nie powinien tam iść, a jednak szedł, bo zdawał sobie sprawę, że nie zazna spokoju, jeśli tego nie zrobi.