Gwałtownie otworzył drzwi, o wiele gwałtowniej, niż zamierzał, ale zawsze tak było, kiedy znajdował się w takim stanie jak teraz. Drzwi uderzyły o ścianę.
Anna siedziała na krawędzi łóżka, a Ruth rozczesywała jej włosy. Twarz służącej pobladła.
– Zostaw nas – powiedział Morvan.
Ruth zawahała się, ale jej pani położyła uspokajającym gestem rękę na ramieniu służącej i skinęła głową. Ruth wybiegła, a wtedy nieoczekiwanie wyłoniła się wyrwana z drzemki jej córka Marguerite. Odważniejsza od matki dziewczynka utkwiła w swym panu oskarżycielskie spojrzenie. Morvan z trudem powstrzymał się, by nie dać jej klapsa w chudy tyłek.
Zamknął za nią drzwi i stanął twarzą w twarz z żoną. Zdjęła już koszulę i spodnie, przebrała się w suknię. Zauważył, że zdążyła się także umyć. Włosy okalały jej twarz burzą niesfornych loków. Obrzuciła go przeciągłym spojrzeniem, w którym nie było ani przeprosin, ani prośby o wybaczenie.
Anna zrobiła niewyraźny gest i ten ruch odsunął na bok wszystko. Jego gniew i jej nieposłuszeństwo, ich przeszłość i przyszłość, wściekłość, którą z trudem trzymał na uwięzi.
– Jeśli ma to ci przynieść ulgę, to proszę – powiedziała. – Nie będę cię powstrzymywać. Nie mogę cię nawet winić.
Wszystko inne, absolutnie wszystko, popchnęłoby go w ciemność, w mrok. Ale cichy, miękki głos podział jak balsam i złość Morvana ustąpiła, jak odpływ wściekle atakujących wybrzeże fal.
– Ja naprawdę zawróciłam konie, Morvanie.
– O mało nie zginęłaś.
– Podobnie jak ty.
– To co innego.
– Nie dla mnie. Kocham cię i nie widzę żadnej różnicy.
Po raz pierwszy mu to powiedziała. Ostatnia kropla wściekłości wsiąkła w suchy piasek jego duszy.
Anna nadal siedziała na skraju łóżka. Zmysłowe światło płonącego na palenisku ognia i świec igrało w jej włosach i błyszczało na jasnej skórze nogi, widocznej w rozcięciu koszuli. Fala wściekłości zniknęła już całkowicie, ale krew nadal szybciej krążyła w żyłach Morvana, choć burzyły ją już inne, nie mniej gwałtowne fale, fale podniecenia walką. A wraz z nimi pojawiły się wyobrażenia Anny, erotyczne wizje. I pojawił się głód, który potrafił być równie zimny jak furia. Morvan doskonale zdawał z tego sprawę.
Miał większe doświadczenie w panowaniu nad tego typu szaleństwem. Wiedział, jak sobie z nim radzić.
– Porozmawiamy jutro – powiedział i otworzył drzwi.
– Proszę, nie odchodź.
Ręka zatrzymała się, drzwi zostały na wpół otwarte. Spojrzał na Annę. Wstała. Lekko związana koszula w każdej chwili mogła się rozsunąć. Morvan przypomniał sobie, kiedy zobaczył w niej Annę po raz pierwszy, wysoką i odważną, z mieczem w dłoni, dziką i wolną. Wspaniałą.
– Lepiej będzie, jeśli wyjdę – rzucił.
Podeszła do niego. Oszołomił go widok nóg, rozsuwających poły koszuli, kiedy szła. Przestał oddychać. Powinien natychmiast wyjść.
Zatrzymała się na wyciągnięcie ramienia i spojrzała mu w oczy. Morvan nie mógł się pomylić w ocenie wyrazu twarzy Anny. Z najwyższym wysiłkiem zachowywał zdrowy rozsądek. Położyła dłoń na jego piersi.
– Chciałabym, żebyś został. Nie odwracaj się ode mnie z powodu dzisiejszych wydarzeń.
Ujął jej dłoń i podniósł ją do ust. Wstrząsnął nim nawet tak niewinny dotyk.
– Chcę wyjść nie dlatego, że się na ciebie gniewam, a dlatego, że nie nadaję się dziś na towarzysza damy. Nie jestem w odpowiednim nastroju do dwornego uwodzenia.
Anna zastanawiała się przez chwilę nad jego słowami.
– Ani ja. Zostań.
Postanowienie Morvana zaczęło się kruszyć. Podczas ich krótkiego małżeństwa starał się być wobec żony niezwykle delikatny, w końcu nadal pozostała bardzo naiwna.
– Nie. Po bitwie jest inaczej. Ja jestem inny. – Puścił jej rękę. – Pójdę.
Anna podbiegła do ognia, rozgniewana i zraniona. Morvanowi było przykro, ale postanowił zająć się tym później.
– Dobrze. Zostaw mnie, żebym przez całą noc krążyła nerwowo po komnacie, jak na dobrą żonę przystało.
– Anno…
– Właściwie po zastanowieniu doszłam do wniosku, że wolałabym, abyś przysłał mi tu mężczyznę. Jednego ze stajennych. Albo może sir Waltera.
Słowa żony wbijały się w mózg Morvana jak rozżarzone ostrza.
A więc to tak! Nie jest już taka niewinna i nieświadoma.
Poruszał się niemal po omacku, jakby brodził w mrocznym, nieprzejrzystym tumanie furii. Nagle okazało się, że stoi tuż przy niej. Lewą ręką chwycił jej włosy, a prawą mocno ujął twarz.
– Nigdy mi tak nie urągaj!
Odpowiedziała mu odważnym spojrzeniem. Jeśli sprawiał jej ból, nie dała tego po sobie poznać.
– W takim razie co mam robić, Morvanie? Mam jeździć konno? Ja także brałam udział w bitwie.
Ze zdumieniem wpatrywał się w jej twarz. Tak, ona czuła w tej chwili to samo co on. Czuł woń podniecenia i chwały, woń człowieka, któremu udało się uniknąć gwałtownej śmierci. Czuł zapach trwogi, na którą nie można sobie pozwolić podczas walki, a która wychodzi na jaw, kiedy mija zagrożenie. I zapach pragnienia, by poczuć, że się żyje. Namiętność Anny porwała go; samokontrola Morvana prysęła jak bańka mydlana.
– Nie wiesz, o czym mówisz, dziewczyno.
– Mam nadzieję, że mówię o kilku godzinach. – Anna roześmiała się cicho. – Cokolwiek to oznacza.
Humor i miłość dziewczyny opromieniły niezwykłym, nieznanym dotychczas Morvanowi światłem jego mroczną namiętność. Nagle uświadomił sobie, że nie wyjdzie. Nie musiał. Był z Anną, a z nią wszystko wyglądało inaczej niż zwykle.
Wsunął dłoń między jej uda; była już wilgotna. Wyprężyła się i zatopiła drobne ząbki w szyi Morvana. Pożądanie porwało go jak burza, domagało się natychmiastowego spełnienia. Osunął się z nią w objęciach na futrzany dywan, zdzierając z niej po drodze koszulę.
– Możesz mnie powstrzymać, kiedy zechcesz. – To było ostrzeżenie, które powtarzał zawsze tym wszystkim bezimiennym kobietom, które brał po bitwie, turnieju czy walce. Ale to przecież Anna, przypomniał sobie jak przez mgłę, ogarnięty ogniem namiętności. Wiedział, kiedy osiągnęła szczyt.
Nie robisz wrażenia zaskoczonej – stwierdził.
Leżała twarzą do ognia, czuła go nadal w sobie, byli złączeni jak w chwili, gdy osunęli się na podłogę.
Nie, nie była zaskoczona. Wiedziała, co Morvan ma zamiar zrobić już w chwili, gdy w dzikiej żądzy pociągnął ją na dywan. Dzisiaj po raz pierwszy osiągnęła szczyt bez żadnej gry wstępnej, tym razem żadnemu z nich nie była potrzebna. Gwałtowne, szaleńcze pchnięcia ukoiły trawiący ją niepokój.
Obejrzała się. Morvan był nadal ubrany. Na rozebranie się także nie starczyło czasu.
– Nie jestem tak zupełnie niedoświadczona, Morvanie.
– Niektóre kobiety tego nie lubią. Czują się wykorzystane. – Pogładził jej ramię.
– Nie martw się o mnie tak bardzo. Nigdy nie czułam się przez ciebie wykorzystywana.
Otoczył ją ramionami i ukrył twarz w jej włosach. Anna czuła, jak nabrzmiewa wewnątrz niej, i ogarnęło ją podniecające oczekiwanie.
– Znowu. – Wyciągnął rękę, uniósł kolano Anny i przycisnął je do jej piersi. – Potem każemy przygotować sobie kąpiel i zmyjemy z siebie ślady bitwy.
Było już bardzo późno, kiedy kazali przygotować sobie kąpiel. Gdy ostatnie wiadro wody zostało wlane do wanny, Morvan odsunął zasłonę łoża, za którą skryła się Anna, i na rękach zaniósł ją do kąpieli. Mył ją sam, a pieszczotliwy dotyk jego dłoni działał kojąco i pobudzająco równocześnie. Namydlał ją powolnymi, zmysłowymi ruchami, jego dłonie przesuwały się po ciele Anny, krążyły rozkosznie wokół piersi, zsuwały się po udach. Uklękła, kiedy spłukiwał z niej mydło i łowił językiem strumyczki wody, spływającej po jej ciele. Kiedy wyjął ją z wanny i zaczął wycierać, znów zaczęła drzeć, niezaspokojona, jakby nie miała go od tygodni.