– Czy to znaczy, że chcesz mnie tam odesłać?
– To znaczy, że pozwolę ci odejść. Nigdy nie sądziłem, że się na to zdobędę, ale nie wyobrażam sobie, że moglibyśmy nadal żyć tak jak teraz. Nie lubię się gniewać, Anno, ale jeszcze bardziej nie lubię świadomości, że jesteś nieszczęśliwa. W Rennes będziesz mogła żyć tak, jak dawniej żyłaś tutaj. Prosiłbym tylko, żebyś nie narażała się na niebezpieczeństwo, ale jeśli nawet będziesz to robić, ja przynajmniej nie będę o tym wiedział.
Anna odwróciła wzrok; była jak ogłuszona. Morvan czekał, by o to poprosiła. I znał już swą odpowiedź. Ale dlaczego poruszył tę sprawę teraz? Czyżby ich rozmowa o Saint Meen otworzyła jakąś furtkę, która aż się prosiła, by przez nią wejść? A może już się nią znudził?
– A jeśli cię o to nie poproszę?
– Wówczas zmuszę cię, byś była moją żoną w pełnym tego słowa znaczeniu. Bez żadnych kontraktów. Bez żadnych następnych gierek.
Anna chciała negocjować jakąś formę kompromisu. A on postawił jej ultimatum. Właśnie to zrobił. Żądał, żeby dokonała wyboru pomiędzy nim a samą sobą.
Wyczuwała jego uczucia, wiedziała, że mąż jest absolutnie pewien, że przyjmie jego dar. Wystarczyło wypowiedzieć kilka słów, a dostanie wszystko, na czym jej zależało, gdy negocjowali kontrakt. Anna wyobraziła sobie przyszłe życie w Rennes, zarządzanie majątkiem, jazdę konną do woli, kierowanie się własnym osądem, a nawet używanie broni. Niezależna. Wolna. Samodzielna.
Zastanawiała się, czy Morvan chce, by podjęła decyzję tu i teraz. Obawiała się, że będzie próbował ją do tego zmusić.
Rozległo się pukanie do drzwi. Po chwili Josce wsadził głowę.
– Przybył posłaniec od sir Haarolda.
– Jest bardzo późno. Musiał jechać przez cały dzień – stwierdził Morvan. – Wprowadź go tutaj.
Anna zeszła z kolan męża i wróciła na swój stołek przy palenisku.
– Czy sir Haarold ma kłopoty? – zapytał Morvan, kiedy tylko wszedł posłaniec. Anna domyślała się, że męża martwi rodzina Gurwanta, chociaż przecież zgodziła się zapłacić okup.
– Nie, panie. Ale dotarło do nas twe ostrzeżenie o złodziejach i przysłano mnie, bym zawiadomił, że jednego udało nam się pochwycić.
– Jesteś pewien?
– Tak. Został złapany z trzema końmi. Sir Haarold rozpoznał siodło i jest przekonany, że zostało zrobione tutaj. Rozpoznał też człowieka, który był tu niegdyś w służbie. To młody strażnik imieniem Louis.
– Wie coś o pozostałych?
– Mówi tylko, że nadal przebywają w okolicy i że jest gotów powiedzieć wszystko, co wie, ale tylko lady Annie osobiście. Sir Haarold chciałby wiedzieć, czy lady Anna przybędzie, czy też wystarczy po prostu powiesić tego chłopaka.
– Idź coś zjeść. Rano dam ci znać, jaką podjąłem decyzję.
Po wyjściu posłańca Morvan w zamyśleniu wpatrywał się w płomienie.
– Wygląda na to, że myliłaś się co do tego chłopca, Anno.
– Z pozoru tak. Chciałabym jednak usłyszeć to z jego własnych ust. A jeśli on mógłby doprowadzić cię do pozostałych… Oni znają drogę do stadniny. Nigdy nie będzie bezpieczna, dopóki pozostają przy życiu.
– Tylko dlatego, że ten chłopak zawiódł twoje zaufanie.
– Jestem tego w pełni świadoma.
– Wiesz, że niezależnie od tego, co teraz powie, będzie wisiał?
Wiedziała.
– Ja pojadę, ale ty nie – postanowił Morvan. – Wezmę ze sobą kilku ludzi, resztę pożyczę od sir Haarolda i poszukamy przyjaciół Louisa. W drodze powrotnej zabiorę ze sobą Gurwanta. I tak czas już sprowadzić go tutaj.
– Louis mówił, że będzie rozmawiał wyłącznie ze mną.
– Więc zawiśnie, nic nie mówiąc. Ty nie pojedziesz.
Podszedł do Anny i podniósł ją ze stołka.
– Jeśli załatwię to w ten sposób, Gurwant będzie na zamku przez tydzień, zanim po Wielkanocy nadejdzie okup. Czy zniesiesz jego obecność tutaj? Jeśli nie, powiedz, a pojadę po niego później.
Anna miała wrażenie, że wieki upłynęły od chwili, gdy po bitwie stanęła twarzą w twarz z jasnowłosym olbrzymem. Stwierdziła, że przestała się go bać. A powód tego stał teraz przed nią, delikatnie obejmując jej policzek.
– Przywieź go. Ale nie będę czekała na dziedzińcu, by cię powitać. Powiedziałam mu, że już się nie zobaczymy.
Morvan znów pociągnął ją w stronę krzesła. Pozwoliła mu się objąć, ale nie myślała o biednym Louisie, ani nawet o Gurwancie. Obliczała, ile ma jeszcze czasu, zanim będzie zmuszona dokonać wyboru.
Morvan wyjechał następnego dnia w towarzystwie posłańca Haarolda i czterech swoich ludzi. Nie było wiadomo, kiedy wróci. Nawet jeśli Louis nie zaprowadzi go do pozostałych rabusiów, chciał ich sam odszukać. Niezależnie jednak od przebiegu wypadków obiecał Annie, że może się go spodziewać na początku Wielkiego Tygodnia.
Propozycja męża wisiała nad nią jak ciemna chmura przez te wszystkie dni, kiedy go nie było. Próbowała sobie wyobrazić swe życie w obu sytuacjach i czekała na jakieś drgnienie serca, które pozwoliłoby jej zrozumieć, czego naprawdę pragnie. Chwilami nienawidziła go za to, że postawił ją przed takim wyborem. Ona nigdy nie kazała mu wybierać między sobą a czymkolwiek innym.
Jej mała zabawa w bunt straciła wszelki urok i Anna całe jedno popołudnie strawiła na przesuwaniu warsztatów tkackich i stołków w szwalni na dawne miejsca. Kucharze nigdy nie przyjęli do wiadomości jej poleceń, nie musiała więc przywracać w kuchni poprzedniego stanu. Uznała jednak, że ogród na dachu może zostać. Ten pomysł zaczął jej się naprawdę podobać.
W piątek poprzedzający Niedzielę Palmową Anna wiedziała już, jaką podejmie decyzję. Ten wybór napełnił ją smutkiem, bo doskonale zdawała sobie sprawę zarówno z tego, co ocali, jak i z tego, co straci. Kiedy podjęła decyzję, nie poczuła ani szczęścia, ani triumfu, była jedynie usatysfakcjonowana, że wreszcie udało jej się coś postanowić.
W poprzedzającą Wielkanoc Niedzielę Palmową była rozczarowana, że Morvan jeszcze nie wrócił. Krążyła bezustannie po zamku, czekając na niego, wyglądając jego przybycia. Nawet świadomość, że wraz z nim przybędzie Gurwant, nie zmniejszała narastającego w niej oczekiwania. Rozpaczliwie chciała kochać się z Morvanem jeszcze ten jeden ostatni raz, zanim mu powie, jaką podjęła decyzję, zanim wszystko w jej życiu zmieni się raz na zawsze.
Kiedy minął wtorek, a Morvan nie wrócił do domu, niepokój zastąpił oczekiwanie. W Wielki Czwartek po południu Anna nie miała już wątpliwości, że musiało się stać coś bardzo złego.
Morvan wstał, przeciągnął się i uniósł głowę ku wysoko umieszczonemu okienku, przez które sączyło się słabe światło. Przeciągnął ręką po brodzie i poczuł wdzięczność, że jego zmysły już dość dawno temu przestały reagować na smród panujący w tym wilgotnym lochu.
Dziesięć dni. Ten sukinsyn trzymał go tu już dziesięć dni. Ale był Wielki Czwartek i Anna musiała się wreszcie domyślić, że pojawiły się kłopoty. Modlił się, żeby nie przyjechała osobiście sprawdzić, co się stało. Gurwant liczył, że tak właśnie zrobi. Natomiast Morvan miał nadzieję, że jest zbyt bystra, by dać się wciągnąć w pułapkę.
On sam nie okazał się tak bystry, ale nigdy by mu nie przyszło do głowy, że Haarold zdradzi. Dopiero kiedy wjechał na dziedziniec jego zamku, zdał sobie sprawę, że coś jest nie w porządku. Został powitany z wszelkimi honorami przynależnymi suwerenowi, ale na blankach dostrzegł zbyt wielu ludzi ustawionych na pozycjach bojowych. Instynktownie sięgnął po broń, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Kiedy było już po wszystkim i został zawleczony do zamkowej sieni, dwóch jego ludzi leżało martwych na dziedzińcu.