– Mężczyznom często się to zdarza.
Gurwant wskazał ręką Morvana.
– Więc? Teraz widzisz, że ten angielski złodziej żyje.
– Wiele można powiedzieć o sir Morvanie, ale nie to, że jest złodziejem.
– Ukradł to, co mnie się należy. Byłoby o wiele prościej, gdyby Anna przyjechała z tobą, ale to tylko przedłuży nieco sprawę. Zaniesiesz jej moje żądania.
– Jedyne żądania, jakich Anna gotowa jest wysłuchać, dotyczą warunków uwolnienia męża.
– On umrze. Powieszę go jako złodzieja, bo jest złodziejem.
– W takim razie ten zamek stanie się twoim grobowcem. I twoim także, Haaroldzie. Już w tej chwili Anna zbiera armię.
Pomimo nieustannego marsa na czole twarz Haarolda bywała chwilami niezwykle wyrazista. W tej chwili wyrażała zniecierpliwienie.
– Podaj mu warunki, Gurwancie. Dość już tych potyczek słownych.
Gurwant spojrzał na niego tak, jakby Haarold był nudnym dorosłym, który odbiera dziecku ulubioną zabawkę. A potem przeniósł wzrok na Morvana i lekko się uśmiechnął.
– Myślisz, że ona jest twoja? Zobaczymy. Przekonamy się, co jest gotowa za ciebie oddać.
Tego Morvan nie przewidział. Utkwił wzrok w twarzy Ascania i miał nadzieję, że ksiądz odczyta z jego oczu polecenie, które próbował mu przekazać bez słów.
– Powiedz jej, że może ocalić męża w zamian za skarb La Roche de Roald.
Ascanio nawet nie drgnął.
– To wszystko? Skarb zostanie ci dostarczony.
– To nie wszystko. Anna ma go przywieźć osobiście. Ma do mnie przyjechać. Bez straży. – Zamilkł na chwilę i zamyślił się. – Naga.
– Wielki Boże, człowieku! Dosyć! – zareagował Haarold. Wyłącznie Haarold.
– Dobrze, przyjacielu. Zastosuję się do twojej rady. Ma mieć na sobie wyłącznie koszulę. – Odwrócił się do Morvana. – Jeśli po wypuszczeniu na wolność wykorzystasz przeciwko mnie zebraną przez nią armię, zabiję ją.
– Dlaczego nie zażądałeś dziecka, skoro już o tym mowa, Gurwancie – sarkastycznie warknął Morvan.
– Rzeczywiście, dlaczegóż by nie? Tak, ma przywieźć ze sobą dziewczynkę służebną.
Szok Ascania zniknął niemal w tej samej chwili, gdy się pojawił. Spojrzał na Morvana porozumiewawczo. Anna mogła przyjechać sama, ale w żadnym razie nie poświęciłaby dziecka.
Gurwant wyciągnął nogi przed siebie z miną człowieka bardzo z siebie zadowolonego.
– Czekam sześć dni. Jeśli nie przyjedzie, powieszę go.
– Ona nie wejdzie do tego zamku, dopóki on jest tu przetrzymywany. Jeśli zdecyduje wymienić go za siebie, musi się to odbyć poza obrębem murów.
– Zrobimy to na otwartym polu przed zamkiem.
– Poza zasięgiem stojących na blankach łuczników. Jeśli Anna zrobi to dla niego, nie będzie ryzykować podstępu.
– Za sześć dni. O świcie. Jeśli zobaczę armię czy jakichkolwiek rycerzy, jeśli przyprowadzi ze sobą kogokolwiek poza służącą, on będzie martwy.
– A zatem za sześć dni. – Ascanio skinął głową, a potem wskazał na Morvana. – Na waszym miejscu dopilnowałbym, by był umyty. Annę fascynuje piękno jego ciała, więc jeśli zobaczy go w takim stanie, trudno przewidzieć, jak zareaguje.
– A zatem przyjedzie? – dopytywał się z niepokojem Haarold.
– Kto wie? – Ascanio wzruszył ramionami. – Nigdy nie chciała wychodzić za mąż i była całkiem zadowolona bez niego. Nawet teraz natychmiast zajęła pozycję, której po ślubie musiała mu ustąpić. Ale on przywiązał ją do siebie, dając jej rozkosz, i może być tak ogłupiała na jego punkcie, że to dla niego zrobi. Ale równie dobrze może pozwolić mu umrzeć, a potem pomści go z ogromną przyjemnością. Dla własnego dobra, Haaroldzie, powinieneś się modlić, by Anna rzeczywiście okazała się świętą.
24
Anna wysłuchała raportu Ascania. Byli z nią Josce, Catherine, Carlos i rycerze. Cały zamek odetchnął z ulgą, gdy ksiądz oznajmił, że Morvan jeszcze żyje, ale kiedy wyszczególnił żądania Gurwanta, wróciła ponura martwota.
Anna bez trudu wyobraziła sobie jego spotkanie z Gurwantem i Haaroldem, widziała oczami duszy męża, znoszącego to wszystko w milczeniu, zachowującego chłodną obojętność podczas pertraktacji o swoje życie.
Przez okno wdarł się do gabinetu hałas, zwiastujący przybycie Fouke’ego i jego drużyny. Rano mieli nadciągnąć Baldwin i Gaultier. Angielski garnizon już przysłał dwudziestu łuczników z Brestu. Anna spotkała się także ze starszyzną miasta i zażądała, by oddali jej do dyspozycji strażników.
Poprzedniego dnia objechała z prośbą o pomoc najbliższe wsie. Wobec ponownego zagrożenia przez Gurwanta wieśniacy stwierdzili, że angielski pan nie był wcale taki zły. Postanowili się stawić, by pomóc swojej świętej w walce z diabłem.
– Jest wolą Morvana, byś nie spotykała się z Gurwantem i nie wymieniła go na siebie – podsumował Ascanio. Już trzeci raz w czasie opowiadania powtórzył te słowa.
– Nie wspominałeś dotychczas, że udało ci się porozmawiać z nim na osobności.
– Nie odezwał się, ale dał mi poznać swoją wolę.
Tak, Anna wiedziała, że Morvan potrafi to zrobić. Wcale jednak nie musiała przyznawać, że to dla niej jasne. A nawet gdyby było, nie musiała się uginać przed wolą męża.
– Czy Gurwant przyjąłby wyzwanie? Zgodziłby się ze mną potykać jeden na jednego? – zapytał sir Walter.
Anna potrząsnęła głową.
– Jemu nie chodzi już o ten zamek czy majątek, sir Walterze. Tu chodzi o zemstę.
– I o zazdrość – dodał Ascanio.
Jeszcze nie tak dawno Anna uznałaby tę sugestię za niedorzeczną. Teraz przyjęła stwierdzenie księdza bez komentarza.
– Przypomnij mi, Ascanio, jakie jest tam ukształtowanie terenu – poprosiła.
– Zamek stoi na wzgórzu, górującym nad otwartym terenem. Na zachód w odległości pół kilometra są następne wzniesienia. Niewątpliwie będą mieli na nich obserwatora, możemy więc zapomnieć o ukryciu za nimi armii.
– A jeśli zdejmiemy obserwatora?
– Kiedy nasza armia będzie schodzić z góry, zostanie im mnóstwo czasu, by zabić Morvana, zanim zdążymy do niego dotrzeć.
– Ale Gurwant tam będzie, jak sądzisz? Z Morvanem?
– Wątpię, by był w stanie sobie tego odmówić.
– Możemy oblegać ich całymi miesiącami, Anno – podsunął Josce. – Możemy wziąć ich głodem. Gurwant i Haarold są już martwi.
– Morvan także, jeśli to zrobimy.
– On jest martwy tak czy tak, Anno. Nie możesz tam jechać – stwierdził Ascanio, patrząc jej prosto w oczy.
Opadła na fotel. Bolały ją mięśnie ramion, bo w ostatnich dniach godzinami ćwiczyła w stadninie strzelanie z łuku. Chmurka miała gorączkę, więc wczoraj wybrała sobie ogiera przywódcę stada na wierzchowca i uczyła go reagować na swe polecenia, cały czas wyobrażając sobie, że posyła strzały z łuku wprost w czarne serce Gurwanta.
W ten ponury Wielki Czwartek Anna znów objęła komendę nad zamkiem. Nikt, nawet nowo przybyli rycerze, nie próbował tego kwestionować. Nagle wszystko wróciło do dawnej postaci, z dwiema jednak różnicami. Po pierwsze, Anna rozumiała już teraz skomplikowane reakcje mężczyzn wobec niej i wiedziała, jaką jej to daje siłę. Druga różnica polegała na tym, że teraz nie pragnęła już tego autorytetu, a przynajmniej zdobytego nie w takich okolicznościach. Jakaś część jej duszy, bardzo znaczna część, chciała, by któryś z wasali czy rycerzy okazał taką siłę, jaką zawsze okazywał Morvan, by wystąpił naprzód i przynajmniej pomógł jej dźwigać to brzemię.
– Nie będzie długiego oblężenia – oświadczyła. – Nie będę tam trzymać armii przez całe lato i nie dopuszczę, by Gervaise i inni niewinni ludzie cierpieli. Zaatakujemy, kiedy Gurwant wyjdzie w pole, by na mnie czekać.