Carlos znacząco spojrzał w dół, pod siedzenie woźnicy. Morvan podążył za jego wzrokiem. Pod gobelinem, ledwo widoczna pod tym całym bogactwem, leżała tarcza. Zdołał także dostrzec czubek rękojeści miecza.
Do licha, co ta Anna tym razem wymyśliła? Podestu z szubienicą strzegło dwudziestu ludzi. Nawet gdyby udało mu się dostać broń… A może Anna chciała mu przynajmniej ofiarować możliwość śmierci z bronią w ręku? To było do niej podobne.
Gurwant podszedł do wozu i rzucił okiem na jego zawartość – Skarb La Roche de Roald – powiedział.
– Część skarbu. Reszta nadjedzie za chwilę – wyjaśnił Carlos.
– Więc i ona przybędzie?
– Tak. Już jedzie. – Ton głosu Carlosa sugerował, że, jego zdaniem, Anna dokonała niewłaściwego wyboru.
Morvan w pełni się z nim zgadzał. Głowa i serce nieomal mu pękały od natłoku myśli i emocji. Ulga, że jeszcze raz w życiu zobaczy Annę, walczyła w nim o lepsze z trwogą o żonę.
Marguerite zsiadła z wozu i szczelnie owinęła się płaszczem. Gurwant spojrzał na nią z góry. Dziewczynka nawet nie zauważyła jego obecności, bo oczy małej utkwione były w twarzy męża jej pani. Gdy Gurwant dotknął głowy dziecka, żołądek Morvana wywrócił się na drugą stronę.
– Nie jestem twoja do czasu dokonania wymiany – powiedziała stanowczo Marguerite. – Poczekam przy moim panu. – I dumnie wyprostowana pomaszerowała ku schodom wiodącym na podwyższenie. W zachowaniu dziecka było tyle dostojeństwa, że nikomu nie przyszło do głowy, by zatrzymać małą. Wspięła się na górę i stanęła między Morvanem a Louisem.
Wszyscy czekali, rozglądając się z niecierpliwością. Ludzie Gurwanta zerkali pożądliwie na wysypujące się ze skrzyni monety. Nagle atmosfera się zmieniła, wszyscy odnieśli wrażenie, że od zachodu dobiega jakiś bezgłośny huk. Morvan wiedział, co się dzieje. Gurwant i jego zaprawieni w bojach ludzie także to rozpoznali. Tak właśnie drżała ziemia, gdy nieprzyjaciel nadciągał galopem, ale znajdował się na tyle daleko, że jeszcze nie można go dostrzec.
Na zachodnich wzgórzach nie pojawili się jednak rycerze i zbrojni. Powoli wdrapywał się na wzniesienie długi sznur powiązanych ze sobą koni, który prowadziło sześciu stajennych.
Prawdziwy skarb La Roche de Roald. Wartość tych zwierząt wielokrotnie przewyższała wartość monet ze skrzyni.
Pierwsze konie z długiego szeregu zbliżyły się do podium i prowadzący je stajenny zeskoczył ze swego wierzchowca. Pozostałe rumaki nie były powiązane, ale szły posłusznie w długim szeregu. Stajenni zsiedli na ziemię i trzymali konie za wodze. Anna przysłała wyłącznie ogiery.
Stojący na podwyższeniu Morvan dostrzegł słaby błysk stali spod skórzanej derki, okrywającej jedno z siodeł. Jego wzrok szybko przesunął się po reszcie stada. Poza pierwszym wszyscy owi poganiacze w ogóle nie byli stajennymi. Byli to jego rycerze i zbrojni. Trzymali się z tyłu i kryli wśród koni przed krokiem Gurwanta, starając się robić wrażenie pokornych służących, ale Morvan dostrzegł wśród nich sir Waltera i kilku konnych ostatnio przyjętych do jego drużyny.
– Panie, patrz na mój płaszcz – szepnęła Marguerite. Od chyliła brzeg peleryny i pokazała mu wiszący u pasa sztylet Kiedy pani przyjedzie…
– To zbyt wielkie ryzyko dla ciebie, dziecko.
– Kiedy pani nadjedzie, nikt nie będzie zwracał na nas uwagi.
Może dziewczynka miała rację. Rzeczywiście w tej chwili nikt na nich nie patrzył. A już na pewno nie Gurwant, który wbił wzrok w horyzont na zachodzie i wypatrywał kobiety, której zarówno nienawidził, jak i pożądał.
Nagle dwóch mężczyzn wjechało na najbardziej odległe wzgórze po północnej stronie równiny. Jednym z nich był Ascanio. Zsiedli z koni, jakby na znak, że nie podejdą bliżej. Ich obecność wzmogła jeszcze atmosferę oczekiwania. Gurwant ruszył naprzód, oddalając się od podwyższenia z szubienicą, i podszedł do najbardziej wysuniętej grupy swoich ludzi.
W tym momencie z rzednącej mgły, która otulała południowe wzgórze, zaczął się wyłaniać biały wierzchowiec. Zatrzymał się na chwilę, a poranne słońce wydobyło złote błyski z rozwianych na wietrze jasnych loków.
Biały ogier ruszył naprzód, stawał się coraz lepiej widoczny. Wśród zgromadzonych żołnierzy rozszedł się szmer uznania. Morvan niemal przestał oddychać.
Anna wyłoniła się jak biało-złocista bogini z mgły czasu. Siedziała na wierzchowcu dumnie wyprostowana i roztaczała wokół siebie atmosferę autorytetu. Jak zawsze. Siła i dostojeństwo okrywały ją niewidzialnym płaszczem, bo w rzeczywistości niewiele więcej miała na sobie. Złota przepaska okalała jej głowę, a krótka cieniutka koszula, przepasana w pasie złotym sznurkiem, przylgnęła do piersi i unosiła się wysoko na udach. Rozpuszczone włosy dziewczyny nie były jeszcze dość długie, by przykryć piersi, ramiona i biodra. Nagie uda i łydki zwisały po bokach konia.
Morvan wielokrotnie widywał ją kompletnie nagą, ale nawet on osłupiał na widok pewnej siebie, roztaczającej aurę erotyzmu kobiety. To nie była ta sama dziewczyna, którą po raz pierwszy pocałował. To była inna Anna, kobieta w pełni świadoma, że budzi w mężczyznach pożądanie, i mająca zamiar posłużyć się tą potężną bronią. Otwarcie prowokowała mężczyzn, by jej pragnęli i walczyli o nią.
Kiedy podjechała bliżej, koniuchowie odwrócili się w stronę podwyższenia, jakby nie śmieli podnieść na nią oczu. Stojące na końcu stada ogiery zaczęły okazywać wyraźny niepokój.
Powolne zbliżanie się Anny spowodowało zamieszanie i skupiło na sobie uwagę wszystkich obecnych. I o to właśnie chodziło. Morvan został wyrwany z pełnego podziwu zapatrzenia przez sztylet Marguerite, który zaczął piłować sznury, krępujące jego ręce. Z prawej strony dobiegł go szept Louisa.
– Święty Jezu!
– Myślę, że lojalni w stosunku do mnie mężczyźni powinni odwrócić wzrok w drugą stronę, Louisie – mruknął Morvan i zdjął pętlę z szyi. Dał znak Marguerite, by przecięła także więzy pozostałym mężczyznom.
– Jak możesz zabraniać skazańcowi zaglądać w uchylone wrota raju, panie? – zapytał zapatrzony nieprzytomnym wzrokiem Louis, zanim uświadomił sobie, że za jego plecami jakiś sztylet pracuje nad uwolnieniem go z więzów.
Niepokój wśród wierzchowców narastał, rozchodził się jak fala po jeziorze. Stojące wokół podwyższenia konie także zaczynały strzyc uszami.
Nagle biały ogier puścił się galopem. Pędząca na rumaku Anna pochyliła się w siodle i skręciła w lewo, wprost na Gurwanta. Konie z La Roche de Roald podążyły za nią i całe stado runęło w szalonym pędzie ku podwyższeniu.
Walter i pozostali rycerze przytrzymali swoje wierzchowce i teraz dosiedli ich jak na komendę. Miecze zostały wydobyte spod skór i rycerze przestali powstrzymywać konie, które natychmiast dołączyły do rozpędzonego tabunu. Powstało zamieszanie, kiedy nieprzyjaciele próbowali opanować swe spanikowane wierzchowce. Gurwant odwrócił się, jego zimne jak lód oczy były pełne wściekłości. Zaczął torować sobie drogę ku podwyższeniu. Anna nadal pędziła ku niemu, tyle że teraz w jej ręce znalazł się łuk.
Morvan wskoczył na wóz.
Gurwant biegł ku niemu ze wzniesionym do ciosu toporem bojowym. Strzała wbiła się w ziemię już przy jego stopach. Zatrzymał się i odwrócił z wściekłością. Anna minęła go w szalonym pędzie, odwróciła się w siodle i wymierzyła kolejną strzałę w głowę wroga. Morvan pochwycił miecz i tarczę i je uniósł. Skinęła głową i pognała naprzód, a pędzący za nią tabun koni uniemożliwił Gurwantowi jakikolwiek ruch skuteczniej, niż zrobiła to przedtem strzała.
Carlos właśnie wyprzągł konie od wozu. Po chwili wskoczył na jednego i odwrócił się do Morvana.