– Jimmy Maitland powiadomił media, że poszukiwaniami Tammy Tuttle będzie teraz kierował Aaron Briggs, ponieważ ty musisz się zająć sprawą Wilbura Wrighta, przywódcy kultu odpowiedzialnego za bestialskie zamordowanie szeryfa i dwóch jego zastępców we Flowers, w Teksasie. Jedziesz do Teksasu w piątek, żeby rozpocząć współpracę z lokalną policją.
– Ty i pan Maitland szybko zabraliście się do rzeczy. – Savich mocniej przytulił żonę. – Mam wyjechać w piątek? Dzisiaj jest wtorek.
– Tak. Tammy będzie miała dość czasu, żeby się tu pojawić.
– To prawda. – Savich przeczesał włosy palcami. – Czy Gabriella jest bezpieczna?
– W ciągu dnia jest w domu twojej matki. Obie są bezpieczne. Gabriella mówi, że chce obserwować postępy Seana w chodzeniu.
Ale rodzice Seana nie będą ich obserwować, pomyślał z goryczą Savich.
– Sherlock, ona jest groźna – powiedział wreszcie. – Nie chcę, żebyś była w pobliżu.
– Wiem, Dillon. Jimmy Maitland przewidział, że będziesz się martwił o mnie i o Seana, ale ja się stąd nie ruszę. Dopadniemy ją. Teraz mamy przewagę – możemy się przygotować na jej przyjście.
– Masz rację, Sherlock. Mam pewien pomysł. Już od dawna o tym myślę.
– Jaki?
– Ona posiada moc wytwarzania iluzji, powoduje, że ludzie widzą to, co ona chce, żeby widzieli. Czy to są jakieś magiczne sztuczki, czy przedziwna cecha jej chorego umysłu, skutek jest taki sam.
Zaczął przemierzać pokój szybkimi krokami. Zatrzymał się na chwilę przed wiszącym nad kominkiem obrazem swojej babci i ponownie obrócił się do żony.
– Twierdzisz, że kiedy znajduję się blisko niej, to jestem odporny na wytwarzane przez nią iluzje. Jeśli ona wejdzie do domu, to będę wystarczająco blisko.
Podszedł do Sherlock i zaczął przeczesywać palcami jej kręcone włosy.
– Pocałuj mnie, Dillon.
– Czy mogę zrobić coś więcej?
– Och tak.
– To dobrze. Kolacja może poczekać.
Cały świat może poczekać, pomyślała Sherlock, tuląc się do niego.
– Po kolacji pójdziemy na siłownię, żeby pozbyć się stresu – zaproponowała.
– Załatwione, ale jeśli po wyjściu z sypialni nadal będziesz zestresowana, będę musiał zmodyfikować swój program – powiedział Savich i po raz pierwszy od długiego czasu roześmiał się.
Goteborg, Szwecja
Wieczorne niebo pokryte było chmurami. Można się było spodziewać deszczu, a nawet śniegu.
Simon, ze związanymi z tyłu rękami, siedział w małej łódce. Alpo wiosłował, a Nikki siedział obok niego. Simon czuł dotyk lufy pistoletu pomiędzy łopatkami, Ian Jorgenson płynął za nimi. W jego łodzi siedział jakiś nieznany Simonowi wioślarz.
Kanał był szeroki, a po obu jego stronach domy Goteborga rzucały upiorne cienie. Słychać było tylko cichy plusk wody, poruszanej wiosłami.
Kanał skręcał w prawo, gdzie było mniej budynków. Nie widziało się też przechodniów.
Udało mu się rozluźnić węzeł na przegubach. Niedługo uwolni się całkowicie i będzie musiał tylko zaczekać chwilę, żeby odzyskać czucie w dłoniach.
Gdyby miał trochę więcej czasu, istniałaby szansa ocalenia. Niestety budynki zaczęły się przerzedzać i spokojnie mogli go już zabić.
Simon czuł, jak krew z poranionych nadgarstków spływa mu po dłoniach, których jeszcze nie zdołał wyswobodzić.
– Stop!
Łódka lana Jorgensona przybliżyła się do nich.
– Tutaj. Daj mi broń, Nikki. Sam wpakuję kulkę temu łajdakowi. Potem możesz włożyć go do worka i rzucić na dno.
Simon poczuł, że Nikki przechyla się, żeby podać łanowi pistolet. Teraz albo nigdy. Poderwał się, pchnął Alpa i rzucił się w kierunku wioślarza w drugiej łódce. Obie łodzie zachybotały się gwałtownie, słychać było krzyki i przekleństwa. Kiedy Simon był już w wodzie, usłyszał głośny plusk, a po chwili następny.
Och Boże, ta woda była przeraźliwie zimna. Ale czego się spodziewał? Był przecież w Szwecji, a do tego w listopadzie. Jak szybko można umrzeć z wychłodzenia? – przemknęło mu przez głowę. Zanurzał się coraz głębiej, starając się nie myśleć o zimnie i zdrętwiałych nogach. Miał tylko dwa wyjścia – uciec albo umrzeć od lodowatej wody czy kuli. Kiedy znalazł się na dnie kanału, odbił się i popłynął w przeciwnym kierunku od miejsca, gdzie, jak mu się wydawało, znajdowali się prześladowcy. Posługiwał się tylko nogami, kierując się w stronę brzegu kanału, aby móc wyjść z wody.
Zaczynało mu brakować tchu i paraliżowało go zimno.
Nie zostało mu już wiele czasu. Kiedy jego głowa znalazła się nad powierzchnią, zobaczył, że Nikki i Ian też są w wodzie i uważnie nadsłuchują. Niech to szlag, jeszcze nie zdołał oswobodzić rąk.
Ktoś krzyknął. Zauważyli go. Alpo szybko skierował łódkę w jego stronę, nie zatrzymując się nawet, żeby zabrać lana i Nikkiego.
Wreszcie Simon zdołał się oswobodzić. Miał zakrwawione nadgarstki, które powinny go piec przy zetknięciu z wodą, ale niczego nie czuł. Ręce miał całkowicie zdrętwiałe.
Gdy zobaczył, że Alpo do niego celuje, zanurkował i popłynął do brzegu.
Kiedy się wynurzył, mając wrażenie, że pękają mu płuca, obie łódki były już przy nim, a mężczyźni wypatrywali go na wodzie.
– Tam jest! – krzyknął Ian. – Strzelaj! Kule rozpryskiwały wodę tuż obok niego. Nagle usłyszał wycie syren.
Znowu zanurkował, tym razem schodząc jeszcze głębiej, i zaczął płynąć w kierunku, z którego dochodziło wycie syren. Woda była tak lodowata, aż rozbolały go zęby.
Kiedy już całkowicie zabrakło mu tchu i nie mógł znieść tego potwornego zimna, wynurzył się powoli i uniósł głowę nad powierzchnią wody.
Nie wierzył własnym oczom. Sześć policyjnych samochodów zatrzymało się nagle nad brzegiem kanału w odległości niecałych trzech metrów od niego. Policjanci, z bronią w pogotowiu, oświetlali latarkami lana i jego ludzi.
Jeden z policjantów podał Simonowi rękę i wyciągnął go z kanału.
– Pan Russo, prawda?
27
– Lily, idąc obok inwalidzkiego wózka Olafa, dotarła do holu wyłożonego marmurowymi płytami w kształcie biało – czarnej szachownicy. Prawie metrowej wysokości figury stały po obu stronach szachownicy, gotowe do gry.
Gestem nakazał służącemu, żeby postawił wózek na środku holu. Popatrzył na stojącą przy białym królu Lily, a później zerknął na zegarek.
– Lily, podczas kolacji prawie nic nie jadłaś.
– Nie.
– On już nie żyje. Musisz się z tym pogodzić.
Lily zerknęła na białą królową. Ciekawa była, ile ona może ważyć. Czy mogłaby rzucić nią w tego złego starca? Popatrzyła na milczącego sługę, który w swoim białym stroju wyglądał jak szpitalny pielęgniarz.
– Dlaczego nie ma pan elektrycznego wózka? – spytała. – To śmieszne, że muszą pana wszędzie wozić.
– On już nie żyje, Lily – powtórzył Olaf ostrzejszym tonem.
– Nie wierzę w to. To pan będzie wkrótce martwy.
– Kiedy tak się odzywasz, zupełnie nie przypominasz mi swojej babki, chociaż bardzo jesteś do niej podobna. Źle się zachowujesz, Lily. Chętnie podam ci głowy Frasierów na tacy. Co jeszcze mógłbym ci zaoferować?
– Może pan pozwolić odjechać mnie i Simonowi, razem z obrazami mojej babci.
– Nie bądź dziecinna. Posłuchaj, powiem ci coś ważnego. Od żony wymagam posłuszeństwa. Jestem pewny, że Ian pomoże mi nauczyć cię dobrych manier i poskromi twój język.
– Już jest nowe millennium, Olafie, a ty jesteś bardzo starym człowiekiem. Nie zgodziłabym się tu zostać, nawet gdybyś miał umrzeć za tydzień.
Uderzył pięścią w poręcz, tak silnie, że wózek się zachwiał.