Выбрать главу

– Jak daleko zamierzasz uciekać?

– Wcześniej czy później Sten Sture zbierze Szwedów i poprowadzi ich przeciwko wrogowi.

– Chcesz się do niego przyłączyć?

– Tak! Pozornie może to wyglądać na zdradę, skoro Christian zasiada na norweskim tronie, ale my mamy przecież inny cel…

– A ja? – zapytała cicho Maria. – Mam także walczyć?

Magnus się uśmiechnął.

– Przyszło ci dzielić nasze losy, ale wojaczka cię ominie. Zatrzymasz się gdzieś na tyłach szwedzkich linii, o ile takie w ogóle istnieją!

– Czy masz jakieś konkretne plany, Magnusie? – zapytał Endre na boku, żeby Maria nie słyszała.

– Von Litzen – odpowiedział mu cicho Magnus. – Wiesz, że nie lubię zabijać. Ale wojna rządzi się własnymi prawami.

W chwilę później, mijając uchodźców ciągnących przez zamarzniętą równinę, zauważyli duńskiego kuriera w eleganckim mundurze, który nadjeżdżał z przeciwnego kierunku.

Magnus zatrzymał go.

– Zostaw mnie! – krzyknął niecierpliwie kurier. – Posłańcy mają wolną drogę…

Magnus usunął się, a wtedy udobruchany kurier zapytał:

– Czego chcecie? Spieszę się.

– Czy przeprowadzisz nas przez linię frontu?

– Oszalałeś, człowieku? Jest wojna!

– Orientujesz się może, gdzie zatrzymał się następca tronu Brandenburgii?

– Będę tamtędy przejeżdżał, a o co chodzi?

– Znajdź chwilę czasu i zajedź do niego. Nie pożałujesz! Na pewno cię sowicie wynagrodzi, kiedy mu przekażesz wiadomość, że jego siostra jest w Szwecji i ucieka na wschód przed armią króla Christiana. Powiedz też, że księżniczka nie może do niego dotrzeć, ale prosi, by on wyjechał jej naprzeciw. Rozumiesz? Wszystko jasne?

Kurier siedzący na zmęczonym koniu spoglądał na nich niepewnie, a potem pochylił się ku Marii.

– Przekażę tę wiadomość! Pamiętajcie jednak, że mnie także grozi niebezpieczeństwo, mogę nie dotrzeć do adresata… – wzruszył ramionami.

Magnus wręczył mu kilka srebrnych monet na znak wdzięczności i kurier pogalopował dalej.

– Niekiedy dla osiągnięcia celu należy skorzystać z usług wroga – rzekł oschle Magnus. – Myślę, że teraz nasza sytuacja nie jest znów taka całkiem beznadziejna.

– Masz rację – odpowiedzieli mu zgodnie, a Maria pochyliła się i ucałowała go z wdzięcznością.

– No, no – zaśmiał się Magnus. – Jesteś coraz śmielsza. Jeszcze trochę, a nie zaprotestujesz, kiedy okryję twe usta namiętnymi pocałunkami!

Maria zarumieniła się i rzuciła pośpieszne spojrzenie na Endrego, ale jego twarz pozostała nieprzenikniona. Dotąd nie opowiedzieli Magnusowi o epizodzie w mesie.

– Chyba masz rację, wydaje mi się, że teraz gotowa jestem na wszystko – uśmiechnęła się Maria.

– Zapamiętam to sobie – odrzekł, podtrzymując swobodny ton.

Podążyli naprzód, ale z każdym kilometrem tracili pewność siebie. Po drodze byli świadkami wielu tragedii i nieszczęść. Mijali ludzi, którzy w pośpiechu opuścili swe domostwa i mając tylko to co na sobie, uciekali przed wojenną pożogą, inni znów wieźli swój ubogi dobytek na rozklekotanych wozach, inwentarz zaś wygnali na mróz.

Spotkali dwójkę dzieci, które podtrzymywały poruszającego się z trudem staruszka. Trzęśli się z zimna, bo mieli na sobie jedynie cienkie okrycia.

Maria wstrzymała konia.

– Pospiesz się – ponaglał ją Magnus. – Nie widzisz, że wróg depcze nam po piętach? Coraz bliżej widać pożary.

Ale Endre zeskoczył z siodła i podszedł do staruszka. Powiedział do niego parę słów, które tamten przyjął z rozpromienioną twarzą. Wówczas Endre podał młodsze dziecko Marii. Księżniczka przyjaźnie uśmiechnęła się do dziecka i posadziła je przed sobą w siodle. Magnus wahał się przez chwilę, ale w końcu chwycił drugie dziecko, podczas gdy Endre pomagał staruszkowi usadowić się na swym poczciwym gniadoszu.

– Dokąd idziecie? – zapytała Maria dziewczynkę.

– W Bogesund mamy ciocię. Idziemy do niej, bo nasz dom całkiem spłonął.

Maria otuliła dziecko połami swej peleryny, co malutka przyjęła ze zdumieniem.

– Nie masz rodziców? – chciała wiedzieć Maria.

– Mamy tatę, ale on wyruszył wcześniej, by przyłączyć się do Stena Sture.

Duże oczy dziewczynki błyszczały z przejęcia.

– Lubisz Stena Sture? – zainteresowała się księżniczka.

– Wszyscy go lubią – odpowiedziała malutka rezolutnie.

No, z pewnością nie wszyscy, pomyślała Maria. Wszędzie się toczy walka o władzę. Potężny arcybiskup Szwecji, Trolle, najwierniejszy zwolennik króla duńskiego, najchętniej widziałby Stena Sture parę metrów pod ziemią. I zapewne nie należał on do wyjątków.

Poruszali się teraz znacznie wolniej, ale byli przeświadczeni, że postąpili słusznie. Po południu odkryli, że posuwająca się za nimi wielka armia zatrzymała się.

– Co się dzieje? – spytał Magnus mężczyzn napotkanych na drodze.

– Szwedzka armia stanęła na przedmieściach Bogesund gotowa do obrony miasta. Duńczycy zbierają siły do walki.

– Daleko stąd do tego Bogesund?

– Nie! Proszę spojrzeć! Miasto leży dokładnie po drugiej stronie jeziora.

– Jak nazywa się to jezioro?

– Äsunden!

– Wydaje mi się, że w dole na brzegu gromadzą się wojska szwedzkie.

– Całkiem możliwe.

Zmierzchało, gdy wjeżdżali do Bogesund. Pomogli zsiąść staruszkowi i dzieciom.

Staruszek zwrócił się do Marii:

– Pani, twa dobroć dorównuje urodzie. Nie wiem, jak mam ci dziękować.

– Nie trzeba! – Maria z uśmiechem potrząsnęła głową.

Starzec drżącymi palcami przeszukiwał kieszeń.

– Proszę. – Podał dziewczynie maleńkie pudełeczko. – W środku znajduje się sproszkowane ziele rosnące na Dalekim Wschodzie. Kiedyś kupiłem je od pewnego marynarza, ale nie zdążyłem wypróbować. Podobno żeby uśmierzyć ból spowodowany doznanymi ranami czy chorobą, należy spalić te zioła i wdychać dym. Ból ustąpi, a rzeczywistość nagle wyda się jasna i prosta. Trzeba jednak uważać, aby dawka nie była zbyt duża, bo środek ten rozwiązuje języki i człowiek opowiada często rzeczy, które normalnie ukrywa przed światem, gdyż nagle wszystko, prócz teraźniejszości, wydaje się mu bez znaczenia. Podobno jednak po odzyskaniu świadomości nic się nie pamięta.

Maria wzięła pudełeczko i podziękowała serdecznie.

Mimo że w mieście było tłoczno z uwagi na obecność żołnierzy i uchodźców, trójka przyjaciół, dzięki ciotce spotkanych w drodze dzieci, znalazła miejsce na nocleg. Magnus polecił Marii, by nie ruszała się stamtąd. Endre, który czuł się bardzo zmęczony, położył się do łóżka.

Magnus tymczasem dosiadł konia i pocwałował na przedmieścia, a stamtąd na brzeg jeziora, gdzie gromadziło się wojsko. Leżący śnieg rozjaśniał ciemności wieczoru. Ze wschodu nadciągały ciężkie chmury. To był dobry znak. Jeśli zacznie padać śnieg, to będzie zacinał Duńczykom prosto w oczy i zmoczy im proch podczas ładowania armat i muszkietów. Tym sposobem ta nowoczesna broń nie na wiele się zda i słabiej uzbrojeni Szwedzi będą mieli większe szanse na stoczenie równej walki.

Magnus spojrzał w dal, ale nic nie wskazywało na obecność duńskich wojsk. Po drugiej stronie Äsunden było zupełnie cicho i tylko gdzieś na południowym zachodzie niebo rozjaśniały łuny pożarów.

Magnus przystanął po szwedzkiej stronie tuż u stóp wzgórza. Mężczyźni w gorączkowym pośpiechu stawiali tu z beczek barykady, przed którymi inni wyrąbywali wielkie przeręble.