– To prawda – przytaknął.
Przechyliła głowę i spojrzała w kamerę, jakby mogła go widzieć.
– Miałeś problemy z dopasowaniem się jako dziecko?
Nie, pomyślał. Nigdy nie miał kłopotów z dopasowaniem się do specyficznego świata dzieci gwiazd. Ale był świadkiem okrucieństwa, o jakim opowiadała, i nigdy się temu nie przeciwstawił, bo tego „się nie robiło". A Byron Parks zawsze wiedział, jak się zachować.
– Mówmy o tobie. – Dźgnął jedzenie widelcem. – Dlaczego było ci źle?
– Tęskniłam za mamą i nie wiedziałam, jak bawić się z dziećmi. Zupełnie jak w szkole, tyle że o wiele gorzej! – Podkreśliła wagę słów, przewracając oczami. – Zawsze stałam z boku, bo byłam niska i przy kości. No i zachowywałam się jak stara malutka. Miałam naprawdę staroświeckie maniery i byłam aż przesadnie uprzejma. Reszta dzieciaków nabijała się ze mnie. Początkowo chciałam wracać do domu.
Ale mama mówiła, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Trzeba po prostu szukać jaśniejszej strony. I zrozumiałam, że miała rację. – Amy pokiwała głową. -Podobał mi się sam obóz, wędrówki po lesie. Zawsze znajdowałam sobie jakieś zajęcie. Wędrowałam samotnie, aż znajdowałam miejsce, gdzie mogłam sobie siedzieć i pisać historie, które potem wysyłałam mamie. – Zaśmiała się. – Na pewno już widzisz problem tkwiący w tym scenariuszu?
– Gubiłaś się – zgadł.
– Za każdym razem. – Pokiwała głową. – Wtedy mnie to nie martwiło. Wierzyłam, jak tylko dziecko potrafi, że wszystko dobrze się skończy. Wszystko to zmieniło się tamtego lata.
Wzięła głęboki wdech, jakby trudno jej było opowiadać o późniejszych wydarzeniach.
– Za każdym razem, gdy się gubiłam, opiekunowie szukali mnie i potem besztali za samotne wyprawy do lasu. Pewnego razu, w połowie obozu, wydarzyło się coś podobnego. Tyle że zamiast zabrać mnie do chaty, zaprowadzili mnie do biura. Opiekunowie byli tak poważni, że się przestraszyłam. Pomyślałam, że tym razem wpadłam w prawdziwe tarapaty. Ale w biurze zobaczyłam dziadka.
Do oczu napłynęły jej łzy, a głos zadrżał.
– Ostatnia rzecz, jakiej się spodziewałam, to że załamie się na moich oczach i powie mi, że moja matka umarła.
Dobry Boże, pomyślał Byron, ale nie wiedział, co powiedzieć.
– Przepraszam. – Otarła łzy. – Nadal nie panuję nad sobą, gdy o tym opowiadam.
– Mnie też jest przykro. – Zadziwiło go, ile emocji potrafi zupełnie swobodnie okazać, gdy już się otworzy. – Jak zmarła?
– Jej serce się poddało. – Głęboki wdech pomógł Amy wziąć się w garść. – Paraliż bardzo obciąża ciało. Mama i dziadkowie wiedzieli, że nie będzie długo żyła, ale nigdy do mnie nie dotarło, że ją stracę. Nami wszystkimi bardzo mocno to wstrząsnęło. Rozpacz Meme… – Pokręciła głową. – Przeszła wszelkie pojęcie. Utrata dziecka to najstraszniejsza rzecz, jaka może spotkać kobietę.
– Nie mogę sobie wyobrazić takiego bólu. Tak mi przykro. – Jego słowa wydawały się za słabe, ale co innego mógł powiedzieć?
– Papa też był załamany – ciągnęła. – Oboje zamknęli się w sobie. Pracował całymi godzinami w ogrodzie, ale było już inaczej. Zniknęła radość. Pracowałam razem z nim, próbując go rozweselić. Chyba trochę pomagało. Byliśmy ze sobą naprawdę blisko.
– Jaki był?
Z uśmiechem zapatrzyła się w przestrzeń.
– Wysoki, z nogami jak bocian. Zawsze wydawał się zdumiony tym, że zdobył tak śliczną żonę jak Meme. Dziękował Bogu, że jego dwoje dzieci, moja mama i wujek, wdały się w nią, a nie w niego. Ale Meme go uwielbiała. Jak my wszyscy. Zawsze mówił, że jestem jak kwiatuszek okry. – Zaśmiała się do tego wspomnienia. – Takie mi nadał przezwisko. Okra.
– Okra? – Byron zmarszczył brwi. -Jak warzywo?
– Aha – zaśmiała się. – Uważał, że istnieją dwa rodzaje ludzi. Tacy na pokaz, którzy stanowią ucztę dla oczu, i tacy, co są ucztą dla brzucha. Uważał, że okra jest najlepsza, bo to warzywo, ale pięknie kwitnie. Jak wiesz, pochodzi z rodziny hibiskusów i ma wielkie kwiaty, które wyglądają jak słońce o poranku.
– Nie, nie wiedziałem.
Jej uśmiech pobladł i westchnęła.
– W każdym razie, gdy dziadek radził sobie z żałobą, pracując w ogrodzie, Meme podupadła na zdrowiu. Chorowała przez cały czas. Ogarnęła ją obsesja, że mnie też straci. Czasem i mnie to przerażało, bo wiedziałam, że jeśli cokolwiek mi się stanie, Meme tego nie przeżyje. Więc trzymałam się naprawdę blisko domu, opiekowałam się Meme i pomagałam dziadkowi w ogrodzie. Wtedy zaczęłam tyć i teraz już wiem, że często jadłam ze złości.
– Dlaczego ze złości?
Westchnęła.
– Nie chcę być nielojalna, ale naprawdę męczyło mnie, że Meme narzekała z powodu każdego najmniejszego bólu. Moja matka żyła jedenaście lat sparaliżowana od szyi w dół i nigdy się nie skarżyła. Nigdy. – Amy dźgnęła rybę na talerzu. – A Meme praktycznie mdlała na sofie, bo głowa ją bolała. „Och, kochanie, na pewno mam raka mózgu. Muszę jechać do szpitala". Oczywiście nic jej nie było. Połowa jej schorzeń była urojona. Nie wszystkie, ale dość, żeby mnie doprowadzić do szału. – Teraz zaatakowała sałatę. – Tyle razy chciałam powiedzieć jej coś do słuchu na ten temat.
– Powiedziałaś?
– Nie. – Westchnęła ciężko. – Nie chciałam marudzić jak ona, więc przełykałam słowa. I przy okazji całe mnóstwo jedzenia. Jadłam, jadłam i jadłam, jakby przeżuwanie i połykanie mogło sprawić, że złość mi przejdzie. Ale nie przeszła. Tylko się roztyłam. Nim poszłam do college'u, desperacko szukałam drogi ucieczki.
– Nie winię cię. Jednak istnieje różnica między protestem a marudzeniem. Powinnaś była coś jej powiedzieć raz czy dwa.
– Mówisz jak moje przyjaciółki.
Zerknęła z zamyśleniem w stronę kamery.
– Co się stało z twoim dziadkiem? – zapytał, żeby rozmowa nie zeszła na niego. – Rozumiem, że już nie żyje.
– Niestety. -Westchnęła. -Jego strata była niemal tak samo trudna jak śmierć mamy. Praktycznie rzecz biorąc, był moim ojcem. Jedynym, jakiego miałam. Zmarł, gdy wyjechałam do college'u, więc i przy tej śmierci nie było mnie w domu. Co gorsza, niewiele wtedy brakowało, a uciekłabym z domu na dobre. I chyba czułam się winna, bo uważałam swoje odejście właśnie za ucieczkę.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – Skończył kolację i usiadł z kieliszkiem wina. Myślał, że mógłby jej słuchać całą noc.
– College był naprawdę wspaniały – powiedziała, nadal jedząc. -Głównie dlatego, że miałam sporo szczęścia na pierwszym roku i wylądowałam w akademiku razem z Jane, Maddy i Christine. Z dala od domu zaczęłam gwałtownie chudnąć. Nawet czasem chodziłam na randki. – Skrzywiła się, jakby to ostatnie było wyjątkowo niesmaczne. – Jeśli idzie o randki, byłam chodzącą katastrofą, ale odkryłam, że jestem w czymś dobra. Dobrze radziłam sobie z dziećmi. To jedna z największych ironii mego życia. Nie umiałam się znaleźć wśród dzieci, gdy sama byłam jednym z nich, a teraz naprawdę dobrze sobie z nimi radzę. Pracowałam w centrum opieki dziennej przez cały college. Dla wielu ludzi to koszmar, ale ja naprawdę dobrze się bawiłam. Opowiadałam dzieciom historie, które wymyślałyśmy z mamą.
Nie ma nic wspanialszego niż twarz dziecka, kiedy je wciągnie opowiadana przez ciebie bajka.
– Spisałaś je kiedyś? Nie licząc czasu, gdy miałaś dziesięć lat.
– Kilka, ale tylko dla własnej przyjemności. – Machnęła na to ręką, jakby to nie było nic wielkiego. – W każdym razie gdy zbliżał się koniec szkoły, rozmawiałyśmy z przyjaciółkami o tym, co chcemy zrobić w życiu. Pamiętam, że to było, jeszcze zanim uznałam, że podróż równa się śmierci. Dwie rzeczy, których najbardziej pragnęłam, to zobaczyć świat i mieć dzieci. Ponieważ nie mam orientacji w terenie, uznałam, że najlepiej byłoby poślubić mężczyznę, który wiedziałby, gdzie jest północ, a gdzie południe, żebyśmy mogli podróżować, gdy nie będziemy zajmować się dziećmi. Znalezienie męża było jedyną częścią planu, która mnie przerażała, bo na randkach czuję się potwornie niezręcznie. Jednak nie traciłam nadziei. Jane z kolei miała największe ambicje. Wyjeżdżała do Nowego Jorku, bo chciała zrobić karierę w telewizji i to za wszelką cenę. Christine wybierała się na medycynę, idąc w ślady ojca, a Maddy miała nadzieję zacząć wystawiać w galerii swoje prace. Ponieważ Maddy i Christine były ze sobą tak blisko, postanowiły wynająć mieszkanie w pobliżu kampusu. Było mi bardzo miło, gdy zaprosiły mnie do siebie. – Jej oczy rozświetliły się. – Zgodziłam się rzecz jasna i żeby to uczcić… – Urwała nagie, zagryzając usta, a w jej oczach pojawiły się szelmowskie iskierki.