Выбрать главу

– Dlaczego tak mówisz?

– W Austin żyjemy spokojnie, nawet jeśli zaczyna się mówić o tym mieście jak o „nowym Hollywood". Zawsze mieszkało u nas mnóstwo muzyków, ale i tak to nie jest L.A. Tamtejsze gwiazdy to już dla mnie przesada. Ekstrawagancki styl życia, obsesja na punkcie pieniędzy i urody, skandaliczne zachowanie. To czasem zabawne, ale głównie niepokojące.

– Niepokojące?

– Romanse. Nadmierne pobłażanie sobie. – Oblizała słodki, klejący sos z palców, nim opłukała ręce. – Z drugiej strony źle się czuję, naruszając prywatność tych ludzi. Zwłaszcza po tym, jak poznałam kilka gwiazd. Jak ludzie znoszą bycie fotografowanym za każdym razem, gdy gdzieś się pojawią? – Zaniosła miskę z mango na blat i położyła na wierzchu kawałki zielonej sałaty z krewetkami panierowanymi w kokosie. – Jeśli jest coś, czego nie cierpię bardziej od kupowania ubrań, to są to zdjęcia. Oczywiście nie wyglądam jak gwiazda filmowa, może wtedy czułabym się inaczej przed obiektywem.

– Oui. Wiele z nich, to znaczy gwiazd filmowych, zabiega o zainteresowanie prasy. Bycie w centrum publicznej uwagi służy ich karierze.

– Dla mnie to byłoby jak życie w jedynym z tych koszmarów, które często się ludziom śnią. No wiesz, kiedy zdajesz sobie sprawę, że jesteś nago w miejscu publicznym. Tyle że bez nadziei na przebudzenie. Absolutnie przerażające. – Wzruszyła ramionami.

Lance zagapił się na nią z miną, która nic nie wyrażała. Potem znowu spojrzał na pismo.

– Nie wszyscy o to zabiegają. Na pewno istnieje jakiś sposób, żeby się ukryć, jeśli się tego chce.

– O, tak, jak on. – Śmiejąc się, pochyliła się ku Lance'owi, żeby zerknąć na okładkę pisma. Widniało na niej zdjęcie Byrona Parksa, Midasa kina, który próbował zasłonić się przed obiektywem. – Świetnie mu wychodzi ucieczka przed prasą, nie?

– W gruncie rzeczy naprawdę dobrze sobie radzi. To jego jedyne zdjęcie, jakie widziałem od dłuższego czasu.

– Tylko dlatego, że ukrył się przed paparazzimi.

Wyjęła z torby zielone cebule i pęczek kolendry i zaczęła przygotowywać sos vinaigrette z mango i limonką.

– Kilka miesięcy temu nie mogłam wejść do sklepu, żeby nie zobaczyć kolejnego jego zdjęcia z tą nową, popularną gwiazdką, Gillian Moore. Ale przyznaję, że mi go żal. Te wszystkie potworne fotografie, jak go spoliczkowała. To musiało być żenujące. Ale podejrzewam, że po części pewnie sobie zasłużył.

– Dlaczego tak uważasz?

– Nie wiem. – Wzruszyła ramionami. – Może dlatego, że ona wydawała się taka słodka, we wszystkich wywiadach w telewizji.

– W prywatnym życiu może być całkiem inna – mówił z coraz bardziej ponurym wyrazem twarzy.

– Może rzeczywiście. – Dolała oliwy do sosu. – Ale jest coś, co mnie w nim niepokoiło.

– To znaczy?

– Cechuje go ekstrawagancki styl życia, o którym wspomniałam, jest synem jednego z najbogatszych i wpływowych ludzi w Hollywood. Jest przystojny. Bogaty. Lata po całym świecie, spotyka się z pięknymi kobietami, przyjaźni z gwiazdami, bywa na bajecznych przyjęciach, ale nie wygląda na to, żeby to doceniał. – Spróbowała przybrania, zauważyła, że jest mdłe, i dodała trochę kolendry. – Więc kiedy ktoś tak szczęśliwy i świeży jak Gillian Moore zaczął się wieszać na jego ramieniu, pomyślałam: „Kochanie, prosisz się o ból".

– Dlaczego tak uważasz? Jak powiedziałaś, Byron ma pieniądze i znajomości w Hollywood. Tego właśnie chciała. Może to on został zraniony.

– Chcesz powiedzieć, że naprawdę ją kochał?

– Non. Mówię tylko, że będąc z nim, dostała to, czego chciała.

– Ach. – Amy uśmiechnęła się. – I to jest różnica między nią a mną. Ona chce sławy, a ja nie. Dreszcz mnie przechodzi na myśl o publicznym zainteresowaniu.

– Więc mówisz, że nie spotykałabyś się z nim?

– Z Byronem Parksem? – Zaśmiała się na samą myśl. – Za żadne skarby świata! Nie dlatego, że uważam go za płytkiego i znudzonego, ale dlatego, że nie cierpię tego stylu życia.

– Rozumiem – odparł ostrym tonem Lance.

Stał i gapił się na pisemko dłuższą chwilę, a potem wrzucił je do kosza na śmieci.

– Dlaczego to zrobiłeś? – zdziwiła się.

– Nie lubisz ich.

– Ale to nie znaczy, że ty nie możesz przeczytać.

– Nie interesuje mnie to.

Nie pojmowała jego dziwnego nastroju. Zastanawiała się, czy stało się coś, co go zdenerwowało. Nie chciała być wścibska, więc skupiła się na nadchodzącym wieczorze. Zastanawiała się, czy Guy odważy się jej pokazać. Oczywiście, że miała nadzieję na coś więcej niż tylko „zobaczenie". Zarumieniła się z powodu własnych myśli, ale obiecała sobie, że pozwoli, aby sprawy płynęły na tyle wolno, na ile trzeba, aby każde z nich swobodnie się czuło. Zobaczenie go jednak będzie pierwszym krokiem.

– Lance? – zagadnęła z wahaniem, kiedy ustawiała lunch na tacy. – Mogę o coś spytać?

– Oui. – Nadal stał przy koszu, odwrócony do niej plecami.

– Chodzi o Guya… to znaczy pana Gaspara. – Przeszedł ją dreszcz, gdy wypowiedziała jego imię.

Rzucił jej ostrożne spojrzenie.

– Co chcesz wiedzieć?

Zastanawiała się, co powiedzieć, bo nie chciała, aby Lance podejrzewał, że coś dzieje się między nią a jego pracodawcą. "Właściwie nic się nie działo. Na razie.

– Kiedy mnie zatrudniłeś, powiedziałeś, że z czasem pan Gaspar może poczuć się swobodnie i pozwoli mi siebie zobaczyć. Nie mogę znieść tego, że uważa, że musi się przede mną ukrywać, że moja obecność czyni go więźniem w wieży. Tak wcale nie musi być. Próbowałam go zapewnić, że nie przywiązuję wagi do jego wyglądu, ale chyba mi nie uwierzył. Może poradzisz mi, jak go przekonać?

– Nie.

– Nie? Tak po prostu? – Skrzywiła się. – Nie możesz mi nic powiedzieć?

– Tylko tyle, że nie powinnaś próbować.

– Dlaczego?

– Amy…

Byron zacisnął szczęki, zastanawiając się, co powiedzieć, ale rozczarowanie miażdżyło mu pierś i z trudem łapał oddech, nie mówiąc już o myśleniu. Spojrzał na nią w zalanej słońcem kuchni. Jak nazwała Gillian? Szczęśliwą i świeżą? W wypadku Gillian to tylko iluzja, w wypadku Amy sama esencja. Z bólem wziął oddech i zamknął oczy. Mów jak Lance, upomniał się w duchu.

– Podejrzewam, że w ciągu ostatnich dni zaczęłaś myśleć o Guyu Gasparze z czułością. Przestań. To nie jest mężczyzna dla ciebie.

– Dlaczego? -Jej glos stal się ostry jak u niedźwiedzicy broniącej małego. – Bo ty uważasz go za odpychającego?

– Nie tytko ja – odparł tak złowieszczo, jak zdołał. – Zapewniam, że gdy się pokaże, nie spodoba ci się to, co zobaczysz. Nie naciskaj go, aby ujawnił twarz. Nie zrobi tego.

– Ale powiedziałeś, że w końcu to zrobi. Kiedy lepiej poczuje się w moim towarzystwie.

– Zmienił zdanie.

– Kiedy? – Położyła ręce na biodrach.

– Dziś rano.

– Powiedział ci.

– Tak.

– To cudnie!

Złapała ścierkę i zaczęła wściekłymi ruchami wycierać blat.

Poczuł, jak ból promieniuje z niej falami, i z trudem zwalczył pokusę, aby podejść do niej. Objąć ją. Ale nie mógłby, nawet gdyby mu pozwoliła. Nie śmiał jej dotknąć.

– Amy…

Obrócił się i oparł o blat, szukając właściwych słów, aby zrozumiała. Sam z trudem godził się z tym, co usłyszał. Spotykać się z Byronem Parksem? Za żadne skarby! Złapał się blatu po obu stronach bioder.