– Nie, nie spędzam tam nocy.
Lauren wydało się, że usłyszała leciutkie westchnienie ulgi. Kevin wstał, poluzował krawat i powiedział:
– No, dobrze. Pokaż mi dom. Chciałbym też zobaczyć, jaki masz alarm. Już teraz mogę ci powiedzieć, że najbliższa okolica jest niebezpieczna: za dużo drzew, za mało światła, łatwy dostęp ze zbyt wielu stron. Będziemy musieli się tym zająć.
Była to spokojna dzielnica, zamieszkana przez ludzi z klasy średniej, odgrodzona od miasta pasem zieleni. Domy pobudowano tu już kilkanaście lat temu, krzaki miały czas się rozrosnąć, drzewa wystrzelić w górę. Dom Emmy był ostatni w szeregu, stał na wzniesieniu. Rozciągał się stąd widok na rozległą wolną przestrzeń. Podwórze nie było ogrodzone – przechodziło w zrudziałe trawy porastające strome łąki.
Emma oprowadziła Kevina po domu i podwórzu, pokazała system alarmowy. Przyznała, że włącza go rzadko.
– Emma, jak możesz być taka beztroska? – oburzył się Kevin, gdy już wszystko obejrzał.
– O co ci chodzi?
– Zabezpieczenie w twoim domu może uspokoić klasyczną panią domu, neurotyczkę, która obawia się włamywaczy, bo naoglądała się w telewizji za dużo reportaży kryminalnych. Dla niej byłoby wystarczające, bo odstraszyłoby złodzieja amatora. Ale dla ciebie to o wiele za mało. Twój alarm to dla profesjonalisty betka.
– Więc co mi proponujesz?
– Przede wszystkim musisz się przeprowadzić w dobrze strzeżone miejsce.
– Nie!
– Wiedziałem, że to powiesz. Wobec tego musisz zamieszkać gdzie indziej, dopóki nie zainstaluję alarmu z prawdziwego zdarzenia.
– Nie!
– Więc musisz na jakiś czas zatrudnić ochroniarza.
– Niech to szlag. Wiedziałam, że tak to się skończy.
3
Piątek, 11 października,
21.25, -7°C,
burza śnieżna
Okoliczności wprawdzie były nowe, ale za to Lauren dobrze znała pokój przesłuchań w komisariacie, gdzie ją trzymano. Pokoik był wielkości większej szafy i wyglądał bardzo zwyczajnie. Brakowało tu jakichkolwiek ozdób, pomieszczenie wydawało się niemal sterylne. Nie było nawet okien. Umeblowanie składało się z pięciu metalowych foteli i ciężkiego stołu z blatem z laminatu. W jednym kącie stał wielki magnetofon.
Krótko po tym, jak Lauren zadzwoniła do Alana, do pokoju weszła policjantka i przyniosła więzienny dres. Lauren nie udało się odczytać nazwiska z identyfikatora policjantki. Patrzyła w prawo, potem w lewo, próbując coś zobaczyć ze skosu, ale nie mogła rozróżnić liter. Widziała tylko, że jest tam jakiś identyfikator.
– Muszę zabrać pani ubranie – powiedziała policjantka. Lauren uznała, że ta kobieta ma młody głos.
– Po co? – spytała. Znała procedurę.
– Kazano mi zabrać pani ubranie, bo może stanowić dowód. – Lauren nie słyszała w jej głosie cienia sympatii i chociaż prawie nic nie widziała, zauważyła, że kobieta kładzie ręce na biodrach. – Potrzebuje pani pomocy przy rozbieraniu? – spytała policjantka.
Lauren pomyślała, że ta młoda kobieta jest już zgorzkniała. Z powodu pracy? Chyba nie. Przecież, sądząc po głosie, może tu pracować najwyżej od dwóch lat.
– Pani ubranie. Proszę mi je zaraz dać. I proszę stosować się do poleceń.
Chociaż mnóstwo szczegółów jej umykało, Lauren widziała, że policjantka jest wysoka i szczupła z natury. Budowa ciała i typ urody funkcjonariuszki przypomniały Lauren jej siostrę Teresę. Pewnie ta policjantka tak samo jak Teresa nie musi przejmować się dietą.
Lauren nie mogła pogodzić się z tym, że ma się rozebrać przed obcą kobietą. Zdejmowała ubranie po jednej sztuce i co chwila zatrzymywała się, jakby liczyła, że rozkaz zostanie odwołany.
Musi być jaki sposób, żeby tego uniknąć.
Zanim rozpięła bluzkę, jeszcze raz się zawahała.
– Czy to naprawdę konieczne? – spytała. – Przecież byłam w płaszczu i oni już go mają. – Niech się pani pospieszy – burknęła policjantka w odpowiedzi. – Niech mi pani wierzy, że tak będzie najlepiej.
Lauren skupiła się na delikatnym materiale dotykającym jej skóry i próbowała zapamiętać to wrażenie. Starannie składała każdą sztukę, zanim położyła ją koło brązowej papierowej torby na dowody na laminowanym blacie stołu. Policjantka przyklepywała każdą rzecz, a potem wpisywała ją na listę i wkładała do torby.
– Mogę zostać w bieliźnie?
Policjantka nie patrzyła jej w oczy, gdy odpowiadała:
– Proszę zdjąć wszystko. Kazano mi zabrać wszystko. Sierżant nie mówił, że może pani zachować bieliznę. Dostarczymy pani wszystko, co będzie potrzebne.
Potrzebuję prywatności. Potrzebuję mojego męża. Potrzebuję adwokata. I chcę, żeby czas cofnął się o dwanaście godzin. Może mi pani to dostarczyć?
Zaraz jednak przypomniała sobie, że ma nad nimi przewagę, choć może tylko jedną: jest prawniczką.
– Nie zdejmę bielizny, póki nie zobaczę nakazu – powiedziała spokojnie.
– Co takiego?
– Jeżeli odbierzecie mi bieliznę bez nakazu przeszukania, wszystkie wasze dowody staną się bezużyteczne, bo zostaną zdobyte bezprawnie.
Policjantka nie podniosła wzroku znad listy ubrań.
– To ciekawe – zakpiła. – Może mi się przydać, kiedy będę zdawała egzamin na detektywa.
Lauren stanęła plecami do policjantki i sięgnęła do tyłu, by odpiąć stanik. Zsunęła ramiączka i natychmiast chwyciła więzienną bluzę, żeby się zasłonić. Obciągnęła bluzę, jak się dało, i dopiero potem zdjęła majtki i rzuciła je na podłogę.
Uświadomiła sobie, że wystawiła na ciekawskie spojrzenie policjantki ślady po zastrzykach na pośladkach.
W pokoju nie było gorąco, ale Lauren spociła się. Strużka spłynęła jej spod lewej pachy, co dodatkowo ją upokorzyło. Przykazała sobie jednak, że ma być wściekła, a nie skrępowana.
I prawie jej się to udało.
Zorientowała się, że być może ktoś się o nią troszczy, gdy na gołe ciało wciągała spodnie od dresu. Rozmiar pasował idealnie, ubranie pachniało świeżością. Było nowe. Na podłogę spadł skrawek papieru. Sięgnęły po niego z policjantką w tej samej chwili.
– Ja to podniosę. Proszę się cofnąć. – To był rozkaz, a nie propozycja pomocy.
Lauren wyprostowała się i ściągnęła tasiemki spodni. Policjantka schyliła się po papierek. Lauren pomyślała, że mogłaby spleść ręce i uderzyć ją w kark. Ta scena stanęła jej przed oczami jak żywa.
Sama myśl o odpłacie dodała jej sił. Muszę przygotować się na walkę, powiedziała sobie.
– Pakowaczka numer cztery. Mam nadzieję, że to pani szczęśliwa liczba. Przez chwilę myślałam, że to może gryps – oznajmiła policjantka.
Pięć minut po tym, jak policjantka wyszła, zabierając brązowe torby na dowody z ubraniem Lauren, drzwi do pokoju przesłuchań znów się otworzyły. Lauren wydawało się, że wszedł ktoś wysoki, z małą głową krótko ostrzyżony. Nie mogła jednak rozpoznać rysów twarzy. Próbowała patrzyć bokiem, omijając ślepą plamkę w środku pola widzenia. Plamka stawała się coraz większa. W końcu Lauren zorientowała się, że stoi przed nią sierżant Wendell Pons.
Był to ostatni człowiek z biura śledczego, którego chętnie widziałaby pracującego przy jej sprawie.
Za plecami nazywała go Gadułą. Nie potrafił wyrażać się zwięźle. Chodząca reklama nadmiaru. Teraz jednak postarała się mówić do niego „sierżancie”.
– Witam, pani Crowder. Jak zawsze miło panią widzieć, chociaż okoliczności nie są może sprzyjające.
– Dobry wieczór, sierżancie. – Lauren pochyliła głowę, bo nie chciała, żeby się zorientował, że nie może na niczym skupić wzroku. Nie chciała, żeby pomyślał, że traktuje go z pogardą.