Ted Hopper, sanitariusz z karetki, wszedł do izby przyjęć, tupiąc, żeby oczyścić buty ze śniegu. Niósł brudną przemoczoną kurtkę. Zobaczył detektywów na drugim końcu korytarza. Hopper był weteranem – jeździł już do tylu wypadków, że wystarczyło mu spojrzeć, żeby rozpoznać policjanta.
– Czy któryś z was nazywa się Purdy?
– Tak, to ja. O co chodzi? – spytał Sam. Nawet na niego nie spojrzał.
– Sam, popatrz – powiedział Malloy. – On nam przynosi prezent.
– Mój szef powiedział, że szukacie ubrania ofiary postrzału – wyjaśnił Hopper. – Okazało się, że ktoś rzucił tę kurtkę za siedzenie w karetce. Jest w okropnym stanie, ale proszę, jeżeli jeszcze jej potrzebujecie…
Purdy przyjrzał się kurtce z wielkim zainteresowaniem. Była droga, z goreteksu, ale po dzisiejszej nocy nie będzie się nadawała do niczego. Była mokra, w wielu miejscach miała tłuste plamy i plamy krwi.
– Jest pan pewien, że to jego?
– Tak. Kolega mówił, że musiał ją przeciąć, żeby podać rannemu kroplówkę. Kiedy tam przyjechaliśmy, jego ciśnienie spadało na łeb, na szyję. Żyje jeszcze?
– Na razie tak – powiedział Malloy.
– To dobrze – ucieszył się Hopper.
– Niech pan chwilę zaczeka – zawołał Purdy, podchodząc do wózka z instrumentami lekarskimi. Na wierzchu leżało pudełko z gumowymi rękawiczkami. Wziął jedną parę, włożył i dopiero wtedy sięgnął po kurtkę. Zawiesił ją za kołnierz na wskazującym palcu prawej ręki.
– Scott, mógłbyś spisać dane tego pana? Ja obejrzę sobie kurtkę. Malloy wyłowił z kieszeni notes i długopis i wypytał Hoppera o nazwisko i adres.
Dwa pokoje za salą, w której leżała Lauren, Purdy znalazł wolny stół do badań. W pobliżu leżała rolka białego papieru. Przykrył stół papierem i dopiero na tym położył kurtkę, nadając jej mniej więcej pierwotny kształt. Manipulował światłami nad stołem tak długo, aż uzyskał pożądany efekt. W końcu zawołał:
– Scott, chodź tu i popatrz!
– Nie, to ty chodź tutaj. Nie chcę się oddalać od Lauren. – Malloy zdążył już popaść w paranoję. Za nic nie zostawiłby Lauren bez straży.
– Muszę ci coś pokazać!
– To może poczekać. Chodź i powiedz mi, co znalazłeś.
Odkrycie sprawiło, że przez chwilę serce Sama waliło jak młotem. Uświadomił sobie, że od lamp nad stołem ma mokre czoło. Czuł, że niemal się gotuje. Idąc do Malloya, rozpinał płaszcz.
– No i co tam znalazłeś?
– Ślady opalenia na materiale wokół miejsca, gdzie trafiła kula.
– Bzdura!
– Sam zobacz. Ja tu zostanę. Drugie drzwi.
Malloy ruszył wielkimi krokami.
– Scott! – zawołał Purdy. Malloy zatrzymał się. – Pamiętaj o rękawiczkach. Wszyscy jesteśmy już bardzo zmęczeni. Lepiej uważać i nie zrobić jakiegoś błędu.
Gdy Malloy wrócił kilka minut później, szedł znacznie wolniej.
– To bez sensu – oświadczył.
– Pewnie. Ale zgadzasz się, że to ślady opalenia?
– Tak. Chyba nawet widziałem spalone resztki prochu wbite w materiał. A to znaczy, że skłamała.
– W jakiej sprawie? Przecież w ogóle nic nam nie powiedziała.
– Sam, strzelając, stała najwyżej pół metra od ofiary.
– Nawet bliżej, ćwierć metra.
– To bez znaczenia. Mamy ofiarę postrzeloną z bliska. Dla mnie to wygląda jak jakaś cholerna egzekucja. A Lauren nie chce nam w niczym pomóc.
– Słuchaj, Scott, jeszcze raz cię zapytam. Ona nic nie widzi, prawda? Więc jak możemy polegać na jej słowach?
– Chcesz powiedzieć, że strzelała do kogoś z bliska i o tym nie wie?
– Nie mam pojęcia, co się stało. Może chirurg, który operował ofiarę, coś nam powie. Tartabull wciąż jest na górze?
Zanim Malloy zdążył odpowiedzieć, do izby przyjęć weszli dwaj mundurowi policjanci. Malloy poinformował ich o sytuacji i ustawił przy obu wejściach do pokoju Lauren. Chciał jednego umieścić w pokoju, ale gdy tylko zapukał i wszedł, Adrienne nieoględnie kazała mu wyjść. Malloy nie zamierzał wdawać się w sprzeczki z lekarzami. Rozkazał więc policjantom trzymać straż na korytarzu.
W tym czasie Purdy przyniósł z samochodu torebki na dowody. Do jednej włożył kurtkę, do drugiej papier, na którym ją rozłożył podczas oględzin. Wszystko schował do bagażnika.
Razem ze Scottem poszli na piętro odszukać lekarza, który operował rannego. Zamierzali mu zadać mnóstwo pytań.
Zdążyli akurat na czas. Rozzłoszczony chirurg mówił właśnie do Danny’ego Tartabulla:
– Nie wiem, jaką operację miał pański szwagier, ale mogę panu powiedzieć, że w przeciwieństwie do niego, ten pacjent zaraz po obudzeniu nie zacznie miło gawędzić. Jak mam to panu wytłumaczyć?
Scott Malloy wyciągnął rękę i przedstawił się:
– Jestem Malloy, detektyw Malloy, mam przyjemność z panem…
– Hassan. – Lekarz westchnął.
– A to detektyw Sam Purdy.
– Witam panów. Nie możecie do niego wejść. Żaden z was nie może do niego wejść. Wszyscy trzej nie możecie do niego wejść. Gdyby tu przyszło jeszcze dziesięciu detektywów, również dziesięciu nie mogłoby do niego wejść. Na razie nie obudził się po operacji. Jest w stanie krytycznym. Będziecie mogli do niego wejść, kiedy się obudzi, będzie w stabilnym stanie, przytomny. Mój brat jest policjantem w San Francisco, więc wiem, jak to się wszystko odbywa. Nie będę wam robił trudności. – Chrirug wydawał się o wiele bardziej wypoczęty niż detektywi, ale i tak wszyscy byli podenerwowani i drażliwi.
– Panie doktorze, mogę panu zadać kilka pytań?
– Oczywiście, ale najpierw ja chciałbym o coś zapytać. Kto to jest? Potrzebuję kilku informacji o jego stanie zdrowia.
– Próbujemy się tego dowiedzieć.
– Nie wiecie, kto to jest?
– Nie, nie wiemy. Czy teraz ja mogę pana o coś zapytać?
– Tak.
– Gdzie jest rana wlotowa?
– Na plecach. Pod miednicą, w dolnym lewym odcinku.
– A wylot?
– Jakieś sześć centymetrów niżej, bardziej pośrodku.
– Nie ma wątpliwości, że to rana wylotowa?
– Żadnych. Kula nie pozostała w ciele.
– Czy przejechał go jakiś pojazd?
– To możliwe. Ma złamaną kość udową i kostkę, pokruszone kości w ręku, a także inne obrażenia i otarcia. Miał też wewnętrzny krwotok, który nie ma związku z raną postrzałową. Tak, powiedziałbym, że mógł zostać przejechany przez samochód. Nie zeznałbym tego pod przysięgą, ale to bardzo prawdopodobne.
– Zauważył pan może ślady oparzenia wokół rany wlotowej? – spytał Purdy. – Jak od postrzału z niewielkiej odległości?
– Nie. Skóra wokół rany wlotowej nie była poparzona, ale ten człowiek znajdował się na dworze i, jak przypuszczam, był ciepło ubrany. Oczywiście kula przypaliła krawędzie rany, ale tego należało oczekiwać.
– Wie pan, dlaczego zadaję takie pytania?
– Spędziłem dziewięć miesięcy w Sarajewie jako wolontariusz i wiem więcej o ranach postrzałowych, niżbym chciał.
Malloy podał lekarzowi wizytówkę.
– Detektyw Tartabull zostanie tu do rana, potem ktoś go zmieni. Jeżeli w stanie rannego zaszłyby jakiekolwiek zmiany, proszę mnie zawiadomić.
– Oczywiście. – Doktor Hassan włożył wizytówkę do kieszeni, nawet na nią nie spojrzawszy.
Detektywi pożegnali się i poszli.
– Naprawdę nie wiesz, kto to jest? – spytał Purdy.
– Naprawdę. Samochód, który twoi chłopcy znaleźli na miejscu zbrodni, jest zarejestrowany na jakąś firmę w Springs. Staramy się odszukać jej właściciela, ale jak dotąd nie mieliśmy szczęścia.