– Quirk? – zawołał cicho.
Gdzieś z tyłu ktoś mu skoczył na plecy.
I wtedy pistolet wystrzelił.
Napastnik rozluźnił chwyt.
W ciemności rozległ się głos Quirka. Tak blisko, jakby mu mówił do ucha:
– Alan, do cholery, uciekaj! Wynoś się stąd! Odwrócił się i próbował odszukać napastnika.
– Kevin? – szepnął.
– Zjeżdżaj stąd. Już!
Alan rozejrzał się, ale zobaczył tylko biel. Nadal ściskając w ręku pistolet, zrobił to, co kazał mu Quirk.
Uciekł.
Spodziewał się, że ktoś go zatrzyma. Nic takiego się nie stało. Wskoczył do samochodu i odjechał.
Wiedział, że zachował się jak tchórz.
9
Sobota, 12 października,
4.30, -8°C,
czyste niebo
Gdy Sam Purdy z Lucy Tanner przyjechali do komisariatu, Lucy zostawiła mazdę chłopaka na parkingu, a jego samego posadziła na ławce w recepcji i kazała mu nigdzie się nie ruszać. Patrzyła mu w oczy tak długo, aż w końcu powiedział:
– Dobrze, proszę pani.
Nikt w komendzie nie powitał Sama ani Lucy. Przy bałaganie, jaki panował, wszyscy mieli pełne ręce roboty.
Poszli na piętro, do laboratorium balistycznego, i weszli bez pukania.
Sam położył na stole torebkę z łuską i kulą. Laborant siedział na wysokim stołku zapatrzony w ścianę i zastanawiał się, po co, do diabła, wezwano go w środku nocy. Nie widział żadnego powodu, dla którego nie mógłby przeprowadzić analizy dopiero rano, w godzinach pracy.
Sam znał mężczyznę od ośmiu lat, ale nie wiedział, jak ma na imię. Na identyfikatorze miał zapisane „G. Everett” i wszyscy w komisariacie zwracali się do niego per Everett. Sam miał ważenie, że nawet jego dzieci tak do niego mówią.
Z glocka Lauren zdjęto już odciski palców. Teraz, oznaczony etykietką jako dowód, leżał na plastikowej tacce w najdalszym końcu stołu.
Sam sprawdził etykietkę, żeby upewnić się, że to ten pistolet, o który mu chodzi. Tak, właśnie tego grocka miała przy sobie w nocy Lauren.
– Cześć, Everett – powiedział, wskazując swoją torebkę na dowody. – Chcę ci zadać bardzo proste pytanie. Czy ta łuska i ta kula pochodzą z tego pistoletu? Zaczekamy na odpowiedź.
Everett spojrzał na Sama, potem na Lucy i uznał, że lepiej zrezygnować z planów, które miał na najbliższe pół godziny.
– Siadajcie – powiedział. Jednak żadne z nich nie skorzystało z zaproszenia. Sam bał się, że zaśnie, jeżeli usiądzie.
Everett wziął torebkę ze stołu, otworzył ją, zajrzał do środka, wyjął łuskę i położył ją na czystym kawałku papieru.
– Czy już zebrano z niej pył? – spytał.
– Nie. Everett, przepraszam, że ci tego nie powiedziałem, ale jestem wykończony.
Everett włożył nowe gumowe rękawiczki i ostrożnie wziął łuskę.
– Kaliber się zgadza – powiedział. Obejrzał starannie dowód przez szkło powiększające. – I ślady gwintu są takie same jak te, które widziałem wcześniej. – Machnął ręką w kierunku glocka.
Położył łuskę pod jednym okularem mikroskopu, pod drugim umieścił łuskę kontrolną po kuli, którą wystrzelił godzinę temu. Dobre dziesięć minut nie odrywał oczu od mikroskopu. Poprawiał ostrość, obracał podstawki.
– Chcesz wiedzieć, jakie jest moje pierwsze wrażenie? – odezwał się w końcu.
– Tak. – Sam niemal zasnął w ciepłym laboratorium.
– Pasuje. Więcej ci powiem, gdy odeśpię tę noc i nie będę miał was dwojga na karku. Biorąc pod uwagę rysy, powiedziałbym, że obie łuski pochodzą z tego samego pistoletu. Chcesz bardziej szczegółowe uzasadnienie?
– Później. A co z kulą?
Everett zmienił rękawiczki i powtórzył wszystkie czynności, tym razem badając kulę, którą niedawno wystrzelił, żeby mieć materiał do porównań, i tę, którą znaleziono w siedzeniu mazdy.
– Obie kule mają powłoki z miedzi, ale w twojej czubek jest zdeformowany. W co uderzyła?
– W szybę samochodu. Może nawet w karoserię.
– A przedtem przeszła przez coś?
Sam wzruszył ramionami. Nawet ten gest kosztował go sporo wysiłku. Everett milczał przez następne pięć minut. Regulował mikroskop, wpatrywał się w okulary, aż wreszcie oznajmił:
– Znów tylko moje pierwsze wrażenie. Potem będę musiał zrobić pomiary, ale założyłbym się o wodę sodową, że pasuje. Obie kule wystrzelono z tego samego pistoletu.
Zerknął na detektywów. Nie wiedział, czy to, co mówi, potwierdza ich podejrzenia, czy wprost przeciwnie, obala je. Jemu wynik badania był właściwie obojętny, ale lubił, gdy jego orzeczenia cieszyły policjantów.
– To dobra nowina czy zła? – spytał.
– Dla kogo?
Everett wzruszył ramionami. Sam Purdy, detektyw, którego lubił najbardziej, zachowywał się tak, jakby bolały go wszystkie zęby.
– Everett, nowina jest dobra przede wszystkim dla ciebie, bo zaraz się nas pozbędziesz. Dziękujemy za pomoc.
– Zostawiacie mi to? – spytał Everett.
– Oczywiście – odparła Lucy.
– Więc musicie podpisać zlecenie. Wtedy będę mógł się zabrać do dalszych badań.
Lucy nabazgrała na formularzu swoje nazwisko i razem z Samem wyszła z laboratorium.
Everett zaczerpnął powietrza z taką rozkoszą, jakby właśnie się wynurzył spod wody, gdzie przebywał zbyt długo.
Sam przyniósł Lucy kubek kawy. Siedziała z nogami na jego biurku. On opadł na krzesło.
– Co teraz zrobimy? – spytała.
– Musimy znaleźć Scotta i powiedzieć mu, że popełnił mały błąd.
– Cieszę się, że to spotkało jego, a nie mnie. Pomyśl tylko, aresztować niewinną zastępczynię prokuratora! Całe szczęście, że to się nie zdarzyło na moim dyżurze. Smród będzie się trzymał długo.
– Scott to dobry policjant.
– Oczywiście. Szkoda mi go, bo go lubie. Poza tym na podstawie tego, co mi powiedziałeś, ja też bym ją aresztowała. Po prostu mu nie zazdroszczę.
– Lauren nie jest mściwa.
– Ale czasami działa impulsywnie. Sam, przecież widziałam ją na sali sądowej. Zresztą ty też.
Sam pokiwał głową i przetarł oczy.
– Luce, Lauren to życzliwa kobieta. I ceni policjantów, którzy dobrze wykonują swoją robotę. Scott pracował całą noc. Gdy Lauren się o tym dowie, pocałują się i pogodzą. Słuchaj, może zajęlibyśmy się formalnościami, żeby ją zwolnić? Chcę wreszcie wrócić do domu i iść spać. Poszukam Scotta.
Sam już sięgał po słuchawkę, kiedy do pokoju wszedł Scott we własnej osobie. Wracał z przeszukania w domu Lauren i Alana. Był rozbawiony. Oparł się o przegrodę między swoim boksem a boksem Sama.
– Przeszukaliśmy jej dom i nic nie znaleźliśmy. Nic! Ale szkoda, że nie widzieliście, jak Fuchsa gonił różowy królik na traktorku. Już samo to było warte wyjazdu. Znacie tę upartą lekarkę ze szpitala? Jej mąż został zabity w teatrze. Co za kobieta! Chyba w ogóle nie chodzi spać. Ale przeszukanie nic nie dało. A ta strzelanina na Mail jest dziwna. Firma ochroniarska, do której podłączony jest alarm Hana, odebrała zgłoszenie, że do mieszkania ktoś się włamuje, dobre dwadzieścia minut wcześniej, nim ten facet, Morgan – jak twierdzi – strzelił do włamywacza. Może to Morgan się włamał, zainscenizował wszystko i strzelił, żeby nas zmylić. I mamy dowody na to, że Ethan Han spotykał się z Emmą Spire. Jak dla mnie zbyt wiele tu zbiegów okoliczności. Chyba pójdę…
– Scott, siadaj.
– Muszę zadzwonić w kilka miejsc. Muszę znaleźć głównego zastępcę prokuratora. Chciałbym też znaleźć Hana. Może zmienił kod alarmu w swoim mieszkaniu, żeby zastawić pułapkę na któregoś ze swoich pracowników…