Выбрать главу

Alan powiedział Cozy’emu, gdzie jest skrzynka na prasę. Adwokat włożył płaszcz i buty i wyszedł. Gdy wrócił z gazetą, Alan zrzucił pierwszą porcję grzanek na jego talerz. Cozy polał je syropem i zabrał się do jedzenia.

– Cozy, jesteś moim adwokatem. Co mi radzisz?

– Otwórz restaurację. Te grzanki są pyszne.

Zadzwonił telefon.

– Alan? Tu Casey. Coś się musiało stać. Właśnie dzwonił Malloy. Zaraz tu będzie. Myślę, że ty i Cozy też powinniście przyjechać.

Alan spojrzał na zegarek, jakby chciał sobie przypomnieć, która godzina.

– Powiedział, o co chodzi?

Cozy przestał jeść i słuchał.

– Nie chciał. Ale obawiam się, że o nic dobrego. Powiedział tylko, że zaraz tu będzie.

Alana przygniatał ciężar tajemnicy, wiedza o tym, co się stało w parku Ebena Fine’a.

– Jak się czuje Lauren?

– Chyba bez zmian. Jeszcze śpi. Na razie jej nie budziłam. Wiesz, czego od ciebie chcę? Żebyś sprowadził Emmę. Powiedz przynajmniej, że wiesz, gdzie ona jest. Kiedy przyjedzie Scott, chciałabym mieć w ręku jakieś karty.

– Raz już ją znaleźliśmy, ale znów się zgubiła.

– Szkoda. Marzę, żeby z nią kilka minut porozmawiać. To znacznie poprawiłoby naszą pozycję.

Cozy z trudem panował nad podnieceniem. W czasie gdy Alan dzwonił do Dianę Estevez i prosił ją, żeby go dziś zastąpiła w gabinecie, szybko dokończył śniadanie. Dianę oczywiście miała tysiąc pytań. Alan przekazał jej skróconą wersję nocnych wydarzeń i obiecał, że resztę opowie później.

Podczas podróży do centrum toyota miała cały czas uruchomiony napęd na cztery koła. Cozy, pogwizdując jakąś starą melodię Springsteena, rozłożył gazetę. Alan rzucił okiem na wielki nagłówek i z ulgą zobaczył, że nie pojawiło się w nim nazwisko jego żony.

– Co piszą? – spytał.

– Krótka wzmianka o strzałach koło Chautauąua. Ale poza tym całą pierwszą stronę poświęcili śnieżycy.

– Podali nazwisko Lauren?

– Zaraz zobaczę. Nie.

– To dobrze. – Alan zahamował na Piętnastej, przy wschodnim krańcu Mail.

– Dlaczego się zatrzymałeś? – spytał Cozy.

– Casey uparła się, że musi porozmawiać z Emmą. Zobaczę, czy nie ma jej u Ethana.

– Zaczekam tu na ciebie – oznajmił Cozy. – Zadzwonię do Casey, żeby sprawdzić, czy nie ma jakichś nowin.

Po ogromnej dawce sterydów i środkach nasennych Lauren czuła się jak pijana. Słyszała, że Casey ją woła i próbuje obudzić, ale słowa docierały do niej jak przez mgłę.

– Co takiego?… Kto przychodzi?… Czego chcą?

– Skarbie, obudź się. Sama nic nie wiem. Scott Malloy powiedział, że będzie tu za kilka minut. Pewnie coś znaleźli. Może jakieś dowody albo świadka.

Lauren próbowała zebrać myśli.

– Która godzina? Czy to już rano?

– Dochodzi szósta.

– Więc to nie mogą być dobre wiadomości. O takiej porze Scott by się z nimi nie spieszył. Na pewno umarł Kevin Quirk. Przychodzą mi powiedzieć, że popełniłam morderstwo.

Casey uznała, że za kwadrans szósta to zbyt wczesna pora, by próbować rozwiać czarne myśli klientki.

– Chcesz się umyć?

Lauren poruszyła gałkami ocznymi. W ciągu nocy ból zelżał. Jeszcze nie widziała dobrze, tylko światła i jakieś niewyraźne kształty. Sterydy powodowały silne skutki uboczne. Miała obrzydliwy smak w ustach.

– Musimy zawiadomić Alana.

– Już do niego dzwoniłam. On i Cozy są w drodze.

– Dziękuję. Chyba opłuczę twarz i umyję zęby, ale nie mam siły wstać. Mogłabyś mi przynieść miskę z wodą? Wyglądam przyzwoicie? – Skubnęła rękaw rozciętej na plecach nocnej koszuli.

– Raczej nie. Poszukam ci jakiegoś szlafroka.

Alan otworzył drzwi do gmachu Citizens Bank w chwili, kiedy po schodach z laboratorium Ethana schodził policjant, by sprawdzić, kto tak krzyczy w holu. Był w budynku, bo pisał raport o strzałach oddanych w środku nocy przez osobę broniącą mieszkania.

Alan zastygł przy drzwiach. Na końcu holu stał J.P. Morgan i wymachiwał pistoletem. Używał go raczej jako wskaźnika niż broni. Patrzył na Emmę.

– Emma, Ethan go ma! – krzyczał. – To on ma dysk, nie ja!

Półtora metra od Morgana stał Ethan. Ciężko oddychał przez usta, zaciskał i rozluźniał pięści. Głosem przerywanym ze wściekłości powiedział:

– Emma, J.P. ma dysk. Zacierał ślady, odkąd go zabrał. J.P, odłóż ten cholerny pistolet. Jezu, w końcu kogoś zranisz.

Emma siedziała na podłodze oparta o ścianę. Twarz miała bez wyrazu, wodziła wzrokiem od jednego mężczyzny do drugiego. Alan pomyślał, że wygląda tak, jakby z żadnym nic jej nie łączyło.

Słysząc kroki na schodach, podniosła głowę. Jej oczy rozszerzyły się na widok policjanta.

Policjant był młody i naiwny. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że wchodzi do pomieszczenia pełnego uzbrojonych ludzi. Chociaż słyszał, jak ktoś głośno zaprzecza: „Bzdura, bzdura! Nie mam go, to on go ma!”, dopiero w połowie schodów zobaczył, że mężczyzna stojący z tyłu wymachuje pistoletem.

– Rzuć broń! – krzyknął, wyszarpując własny pistolet z kabury. Wpadł jednak w panikę i jego okrzyk nie brzmiał dość stanowczo.

J.P. obejrzał się na schody. Równocześnie wymierzył w Ethana, ale lufa jego pistoletu zaraz podążyła za wzrokiem, w stronę policjanta, który usiłował wyciągnąć broń i odbezpieczyć ją.

Alan już otworzył usta, żeby ostrzec policjanta przed J.P., gdy zobaczył, że Emma również ma broń. Czyżby chciała strzelać? Do kogo? Do siebie?

Nie było czasu do namysłu. Pod wrażeniem swojego niedawnego tchórzostwa skoczył przez hol do Emmy.

Pomyślał o Lauren.

Policjant strzelił pierwszy.

Kula trafiła J.P. i odbiła się od kamieni, zagłuszając okrzyk:

– Rzuć broń. Policja!

Policjant nie zauważył pistoletu Emmy.

Alan był tuż obok niej, gdy strzeliła. Jego ręce były tak blisko lufy, że poczuł gorąco. Nie mógł się zatrzymać w biegu, uderzył w wyciągniętą rękę Emmy i wytrącił jej pistolet, który upadł na podłogę i poleciał w kierunku schodów.

– O Boże, jestem ranny! Jestem ranny! Nie zabijajcie mnie – jęczał J.P. – Nie strzelajcie! Proszę, proszę, proszę!

Policjant stał nieruchomo na schodach, oddychał ciężko. Na białej twarzy miał czerwone placki.

– Padnij! – krzyczał. – Padnij! Ręce na głowę. Wszyscy! Do cholery, padnij! Natychmiast!

Wyciągnął przed siebie rękę z pistoletem i przeszukiwał oczami hol, wypatrując niebezpieczeństwa. Usłyszał jęki i przyprawiający o mdłości gulgot z gardła Ethana. Sięgnął po radio i powiedział dyspozytorowi, że doszło do strzelaniny, więc potrzebuje wsparcia i przynajmniej dwóch karetek.

Gdy zapukano do pokoju, Casey właśnie czesała Lauren. Zanim zdążyła się odezwać, drzwi się otworzyły. Wszedł Scott Malloy.

– Dzień dobry, Lauren. Pani Sparrow. Przykro mi, że musiałem panie obudzić.

Casey rzuciła szczotkę na łóżko i stanęła obok swojej klientki, gotowa ją bronić.

Do pokoju wszedł Sam Purdy.

– Cześć, Lauren. To ja, Sam. Przyszedłem ze Scottem.

Lauren usłyszała znajomy głos i na jej ustach pojawił się słaby powitalny uśmiech.

– Witaj, Sam. Jak to miło… cię usłyszeć. – Serce waliło jej jak młotem. Zaraz zdarzy się coś okropnego.

Boże, zastrzeliła go. W jej głowie pojawił się obraz świateł i zakapturzonego potwora. Poczuła odrzut broni i zapach prochu. Nacisnęła spust ze strachu i postrzeliła Kevina Quirka. A teraz on nie żyje.

Na progu stanęła pielęgniarka i napięcie opadło.