– Powinnaś się przenieść do Connecticut – zauważyła Shaunee. – Wtedy byś miał więcej śniegu, niżbyś sobie życzyła. Kiedy przez kilka miesięcy jest zimno i mokro, to w końcu ma się tego dość. Dlatego ludzie z północnego wschodu są tacy gderliwi – przyznała w końcu.
– Nieważne. Mnie to nie przeszkadza. Śnieg ma w sobie jakąś magię, czar. Kiedy napada go sporo, wygląda, jakby cała ziemia pokryta była białym puszystym kocem. – Rozłożyła szeroko ręce i zawołała: – Chcę, żeby spadł śnieg!
– A ja chcę mieć haftowane dżinsy za czterysta pięćdziesiąt dolarów, które zobaczyłam w nowym katalogu Victoria Secret – powiedziała Erin. – A to znaczy, że nie zawsze możemy dostać to, czego chcemy, wszystko jedno, czy marzy się nam śnieg czy bajeranckie dżinsy.
– Ojej, Bliźniaczko, może zostaną przecenione. Nie ma co rezygnować, są świetne.
– W takim razie dlaczego nie weźmiesz swoich ulubionych dżinsów i nie spróbujesz sama wyhaftować na nich tego wzoru? To wcale nie takie trudne, przekonasz się – powiedział Damien logicznie (i jak typowy gej).
Już otwierałam usta, by go poprzeć, kiedy poczułam na czole pierwsze płatki śniegu.
– Widzisz, Stevie Rae? Twoje życzenie się spełniło. Pada śnieg.
Stevie Rae pisnęła za szczęścia.
– Aha! I to coraz gęstszy!
Bez wątpienia jej życzenie się spełniło. Zanim dotarliśmy do Sali rekreacyjnej, wielkie płatki śniegu pokryły ziemię. Rzeczywiście Stevie Rae miał rację. Wyglądało to, jakby ziemię otulił czarodziejski koc. Wszystko stało się miękkie i białe i nawet Shaunee ze śnieżnego Connecticut, zamieszkanego przez ponuraków, śmiała się i na wysunięty język próbowała łapać płatki śniegu.
Rozchichotani weszliśmy do Sali rekreacyjnej. Siedziało już tam kilkoro młodzików. Jedni grali w bilard, inni tkwili przy wyglądających na zabytkowe szafach zaabsorbowani grami wideo. Nasze śmiechy i otrząsanie śniegu z ubrań oderwały ich od zajęć, parę osób podeszło do okien, bu odciągnąć grube zasłony odgradzające nas od światła dziennego.
– Aha! Pada śnieg! – wykrzyknęła Stevie Rae, choć wszyscy to już wiedzieli.
Uśmiechnęłam się i ruszyłam w stronę kuchni znajdującej się z tyłu budynku, a za mną cała nasza gromadka: Damien, Bliźniaczki i mająca bzika na punkcie śniegu Stevie Rae. Wiedziałam, że za kuchnią znajduje się spiżarnia, gdzie Córy Ciemności trzymają rekwizyty do swoich rytuałów. Mogłabym zacząć przygotowania, udając, że wszystko mam przemyślane.
Usłyszałam trzask otwieranych i zamykanych drzwi, a zaraz potem głos Neferet.
– Śnieg rzeczywiście jest uroczy, prawda?
Młodziaki stojące przy oknie zgodnym chórem przytaknęły. Zaskoczyła mnie nuta zniecierpliwienia, którą posłyszałam w głosie Neferet, ale zaraz stłumiłam to wrażenie, kiedy odwróciłam się, by przywitać swoją mentorkę. Za mną gęsiego jak świeżo wyklute pisklęta podążyła grupka moich przyjaciół.
– O, Zoey, dobrze, że cię tu widzę. – Słowa te Neferet wypowiedziała z taką sympatią, że zniecierpliwienie, którego doszukałam się w jej głosie przed chwilę, uznałam za złudzenie. Neferet była dla mnie kimś więcej niż tylko mentorką. Była dla mnie jak matka, a ja powinnam się wstydzić, że mogłam jej mieć za złe, że za mną tu przyszła.
– Witaj, Neferet – powiedziałam serdecznie. – Właśnie zaczęliśmy przygotowywać salę do jutrzejszej uroczystości.
– Doskonale! To jeden z powodów, dla których chciałam się z tobą zobaczyć. Jeśli potrzebujesz czegoś do przeprowadzenia rytuału, nie krępuj się i proś. Ja na pewno przyjdę tu jutro, ale nie martw się – znów się do mnie uśmiechnęła – nie zostanę na całej uroczystości, tylko tak długo, by pokazać swoje poparcie dla twojej koncepcji odnowienia organizacji Cór Ciemności. Potem zostawię Córy i Synów Ciemności w twoich dobrych rękach.
– Dziękuję, Neferet – odpowiedziałam.
– Drugi powód, dla którego chciałam zobaczyć się z tobą i twoimi przyjaciółmi – tu posłała im swój uroczy uśmiech – to że chciałam wam przedstawić naszego nowego ucznia. – Skinęła ręką i na ten znak z wolna wynurzył się z mroku jasnowłosy chłopak. Wyglądał naprawdę sympatycznie ze zmierzwioną czupryną płowych włosów i miłym wejrzeniem błękitnych oczu. Z pewnością należał do indywidualistów, ale tych powszechnie;lubianych, trochę wygłup, ale niezłośliwy, abnegat, ale cywilizowany (czyli myje zęby, kąpie się i nie ubiera się niechlujnie). – Poznajcie się, to jest Jack Twist. Jack, to moja adeptka, Zoey Redbird, która przewodniczy Córom Ciemności, a wokół niej członkowie rady: Erin Bates, Shaunee Cole, Stevie Rae Johnson i Damien Maslin.
Neferet wskazywała każdego po kolei, czemu towarzyszyło nieodmienne „cześć”. Nowy uczeń wyglądał na lekko speszonego, był blady, ale poza tym uśmiechał się sympatycznie i nie robił wrażenia osoby społecznie niedostosowanej. Już zaczęłam się zastanawiać, dlaczego Neferet specjalnie mnie szukała, żeby przedstawić nowego ucznia, ale ona zaraz zaczęła to wyjaśniać.
– Jack jest poetą i pisarzem, a Loren Blake będzie jego mentorem, ale niestety dopiero jutro wróci z podróży do wschodnich stanów. Jack będzie mieszkał z Erikiem Nightem, a Erika też nie ma w szkole aż do jutra. Pomyślałam więc, że dobrze byłoby, gdyby wasza piątka oprowadziła Jacka po naszej szkole, tak by nie czuł się dziś zagubiony.
– Oczywiście, zrobimy to z przyjemnością – odpowiedziałam bez wahania. Wiedziałam, że to nic przyjemnego być nowym.
– Damien, pokażesz Jackowi jego pokój, który będzie dzielił z Erikiem, dobrze?
– Jasne, nie ma problemu – zgodził się skwapliwie Damien.
– Wiedziałam, że na przyjaciołach Zoey można polegać. – Neferet uśmiechała się urzekająco. Od jej uśmiechu robiło się jaśniej w całym pomieszczeniu, poczułam się dumna, widząc, jak pozostali uczniowie gapią się na nas i widzą, ze niewątpliwe nas wyróżnia. – Pamiętaj, że gdybyś potrzebowała czegokolwiek na jutrzejsze obchody, zaraz mi o tym mów. Aha, jeszcze jedno. Ponieważ będzie to twoja pierwsza uroczystość, poprosiłam w kuchni, żeby przygotowali coś dobrego dla was jako specjalny poczęstunek po rytualnych obchodach. Zoey, na pewno wszystko pójdzie jak z płatka.
Byłam pod wrażeniem jej troskliwości, nie mogłam się powstrzymać, żeby nie porównać jej stosunku do mnie z obojętnością mojej mamy. Mama w ogóle już się mną nie przejmowała. Widziałam ją tylko raz, kiedy ten jej niewydarzony facio urządził scenę Neferet, i nie wyglądało na to, żeby się znów tu wybierała. Czy mnie to obeszło? Nie. Nie, dopóki otaczali mnie moi przyjaciele i moja wspaniała mentorka Neferet.
– Naprawdę jestem ci bardzo wdzięczna, Neferet – powiedziałam ze ściśniętym gardłem.
– Cała przyjemność po mojej stronie, przynajmniej tyle mogę zrobić dla swojej adeptki, która po raz pierwszy jako przewodnicząca Cór i Synów Ciemności będzie odprawiać rytuał obchodów Pełni Księżyca. – Uścisnęła mnie na pożegnanie, po czym wyszła, skinąwszy głową reszcie zgromadzonych, którzy odpowiedzieli jej pełnym szacunku ukłonem.
– No, no – odezwał się Jack. – Ona jest niesamowita.
– Na pewno – przytaknęłam. Potem uśmiechnęłam się do swoich przyjaciół i nowego kolegi. – To jak, gotowi do pracy? Mnóstwo rzeczy trzeba będzie stąd zabrać. – Zauważyłam, że nowy wygląda na całkiem zdezorientowanego. – Damien, zrób Jackowi krótkie wprowadzenie do rytuałów odprawianych przez wampiry, bo bez tego będzie się czuł zagubiony. – Ruszyłam z powrotem do kuchni, słysząc po drodze, jak Damien udziela swojemu podopiecznemu pierwszych lekcji na temat rytuału Pełni Księżyca.