– Tak. Bliźniaczki są trudnymi partnerkami, prześcigają chłopaków we wszystkim – przyznała Stevie Rae.
Zauważyłam, że trzyma się bardzo blisko Drew Partina, tak że idąc, ocierają się ramionami.
Usłyszałam zgodne pomruki chłopaków, którzy pomagali nam przesuwać meble w sali rekreacyjnej. Wyobraziłam sobie którekolwiek z nich, jak umawia się z jedną czy drugą Bliźniaczką, ona naprawdę działają onieśmielająco (na wampira czy niewampira).
– Pamiętasz, jak Thor chciał się umówić z Erin? – zapytał jeden z kolegów Drew o imieniu podajże Keith.
– Tak. Nazwała go lemurem, wiesz, jak te głupkowate lemury z filmu Disneya – odpowiedziała ze śmiechem Stevie Rae.
– A Walter umówił się z Shaunee raptem dwa i pół raza. W połowie trzeciej randki, kiedy siedzieli na kawie w Starbucksie, nazwała go procesorem Pentium 3 – przypomniał Damien.
Spojrzałam na niego nierozumiejącym wzrokiem.
– Zoey, jesteśmy teraz na etapie procesorów Pentium 5.
– Aha.
– Erin do tej pory przy każdej okazji nazywa opóźnionym w rozwoju -dodała Stevie Rae.
– W takim razie trzeba kogoś naprawdę wyjątkowego, żeby mógł się z nimi umawiać – orzekłam.
– Myślę, że każdy ma swoją parę – odezwał się nieoczekiwanie Jack.
Wszyscy odwrócili się do niego i Jack się zaczerwienił. Zanim ktokolwiek zdążył parsknąć śmiechem, powiedziałam:
– Myślę, że on ma rację. – A w myślach dodałam jeszcze: Tyle, że trudno się zorientować, kto ma być tą parą.
– Całkowitą – zgodziła się entuzjastycznie Stevie Rae.
– W stu procentach – dorzucił uśmiechnięty Damien, mrugając do mnie. Odpowiedziałam mu uśmiechem.
– Ej – wyskoczyła zza drzewa Shaunee. – Właściwie o czym mówicie?
– O twoim nieistniejącym życiu uczuciowym – odpowiedział niespeszony Damien.
– Naprawdę? – zdziwiła się.
– Naprawdę – przyznał Damien.
– To może porozmawiacie teraz o tym, jacy jesteście zmarznięci i mokrzy? – zaproponowała Shaunee.
Damien nachmurzył się.
– Mnie nie jest zimno ani mokro.
Erin wyskoczyła z drugiej strony drzewa ze śnieżką w ręce.
– Ale zaraz ci będzie! – wykrzyknęła, rzucając w niego śnieżką i trafiając prosto w tors.
Zaczęła się bitwa na śnieżki. Dzieciaki piszczały, kryły się, ale zaraz nabierały garściami śniegu na nowe kule i rzucały nimi, celując w Erin i Shaunee. Zaczęłam się z wolna wycofywać.
– Mówiłam wam, że śnieg jest świetny! – przypomniała Stevie Rae.
– Miejmy nadzieję, że będzie zamieć – krzyknął Damien celując w Erin. – Mnóstwo śniegu i wiatr, idealne warunki na bitwę śnieżną! – Cisnął śnieżką, ale Erin była szybsza i w ostatniej chwili zdążyła się uchylić, tak że kula nie trafiła jej w głowę.
– Dokąd idziesz, Z? – zapytała Stevie Rae, wychylając się zza ozdobnego krzaka. Zauważyłam, że Drew stał obok niej, mierząc śnieżką w Shaunee.
– Do centrum informacji, muszę opracować odpowiednie słownictwo na jutrzejsze obchody, zjem coś po powrocie do internatu. – Wycofywałam się z pola bitwy coraz szybciej. – Strasznie żałuję, że omija mnie ta zabawa, ale… – Wpadłam w najbliższe drzwi, a gdy tylko zatrzasnęłam je za sobą, usłyszałam trzy miękkie plaśnięcia, kiedy trafiły w nie śnieżne kule.
Nie była to czcza wymówka, by uniknąć zabawy na śniegu, faktycznie już wcześniej zamierzałam zrezygnować z obiadu i zakopać się na kilka godzin w bibliotece. Nazajutrz miałam utworzyć swój krąg i poprowadzić uroczystości obrzędowe odwieczne jak księżyc.
Nie wiedziałam, co zrobię.
Owszem, raz, przed miesiącem, utworzyłam krąg z przyjaciółmi, głównie by sprawdzić, czy rzeczywiście mam związek z żywiołami czy też ulegałam iluzji. Dopóki nie poczułam raz jeszcze mocy wiatru, ognia, wody ziemi i ducha, czego świadkiem byli moi przyjaciele, przysięgłabym, że poprzednio uległam złudzeniu. Nie jestem cyniczna ani nic w tym rodzaju, ale jak słowo… (że zacytuję Bliźniaczki). Współgranie z żywiołami jest czymś naprawdę dziwnym. W końcu moje życie nie było jak z filmowej opowieści o X-menach (choć nie miałabym nic przeciwko temu, żeby spędzić trochę czasu z Wolverinem).
Tak jak się spodziewałam, centrum informacji świeciło pustkami. W końcu był to sobotni wieczór. Tylko ktoś całkiem porąbany może spędzać sobotni wieczór w bibliotece. Ale ja wiedziałam dokładnie, po co tu przyszłam. Wystukałam w komputerze kartę katalogową, na której mogłam znaleźć książki ze starymi zaklęciami i opisami dawnych rytuałów; nowsze publikacje mnie nie interesowały. Moją uwagę zwróciła zwłaszcza książka Fiony Mistyczne obrzędy Kryształowego Księżyca. Z trudem skojarzyłam sobie, że Fiona zdobyła Laur Poetycki Wampirów na początku dziewiętnastego wieku (w Internecie wisiał jej portret). Zapisałam sobie numer katalogowy książki, którą znalazłam na odległej półce pokrytej kurzem – widocznie rzadko odwiedzanej. Uznałam, ze to dobry znak, bo źródło, jakiego szukałam, powinno tak wyglądać – stare tomisko oprawione w skórę, jak się to dawniej robiło, Potrzebne mi były odwieczne zasady i tradycje, aby pod moim kierownictwem Córy Ciemności dowiedziały się czegoś więcej o naszej historii, a nie starały się być supernowoczesne, do czego dążyła Afrodyta.
Otworzyłam notes i wyciągnęłam swoje ulubione pióro, które od razu przypomniało mi Lorena (boże, znowu ona o nim myśli xDD) i jego powiedzenie, że woli pisać wiersze odręcznie niż na komputerze… Zaraz moja myśl powędrowała do wspomnienia, jak gładził mnie po twarzy… i po plecach… i do wrażenia rosnącego pomiędzy nami związku. Uśmiechnęłam się na to wspomnienie, dotknęłam swego policzka – wydał mi się cieplejszy niż zazwyczaj – po czym zaraz uświadomiłam sobie, że oto siedzę sama i uśmiecham się do siebie jak kretynka, rozgrzana myślą o facecie, który jest dla mnie za stary, a do tego jest wampirem. Oba fakty wprawiły mnie w zdenerwowanie (tak być powinno). Przyznaję, ze Loren jest wspaniały, ale przecież ma dwadzieścia kilka lat. To prawdziwy dorosły, który zna wszystkie tajemnice wampirów, wie o pragnieniu krwi i pragnieniu w ogóle. Niestety, czyniło go to tym bardziej pożądanym, zwłaszcza po moim krótkim, ale jakże smakowitym doświadczeniu ze spijaniem krwi Heatha i podpieszczaniem się z nim.
Postukałam piórem w pustą kartkę notesu. Owszem, w ostatnim miesiącu całowałam się też trochę z Erikiem i to mi się podobało. Nie posunęliśmy się za daleko. Po pierwsze: mimo że ostatnie doświadczenia tego nie potwierdzają, na ogół nie zachowuję się wyzywająco. Po drugie: nie mogłam zapomnieć, jak przypadkiem byłam świadkiem sceny, w której Afrodyta, jego zdecydowanie sympatia, klęczała przed nim, usiłując mu zrobić loda, więc dla kontrastu nie chciałam, by sobie pomyślał, ze jestem taką samą latawicą jak ona (usiłowałam nie przypominać sobie sceny z Heathem, jak masowałam mu rosnącą pod rozporkiem wypukłość). Tak więc w jakiś sposób byłam związana z Erikiem, który według powszechnej opinii był moim oficjalnym chłopakiem, mimo że nie zrobiliśmy niczego, co by świadczyło o naszym bliższym związku.
Zaczęłam myśleć o Lorenie. To on obudził we mnie kobietę, kiedy w świetle księżyca odsłoniłam się przed nim, przy nim nie byłam już speszoną, niedoświadczoną dziewczyną, jaką czułam się przy Eriku. Kiedy zobaczyłam pożądanie w oczach Lorena, poczułam, ze jestem piękna, silna i bardzo seksowna. Muszę też przyznać, że takie samopoczucie mi się podobało.
Jak do diabła pasował do tego wszystkiego Heath? On wzbudzał we mnie całkiem odmienne uczucie niż Loren czy Erik. Ja i Heath mieliśmy swoją historię, Znaliśmy się od dziecka, chodziliśmy ze sobą z przerwami od dobrych kilku lat. Zawsze mnie ciągnęło do Heatha, parę razy migdaliliśmy się nie na żarty, ale nigdy mnie nie podniecił jak wtedy, gdy się skaleczył, bym mogła napić się jego krwi.