Jak to kto? Wszyscy ci, którzy mają do czynienia z zagadką rycerzy, niestety.
Przyszła do niego Flavia. Elegancka Flavia, wciąż jeszcze prawdziwa piękność mimo wieku i pewnej nadwagi. Antonio powitał ją uśmiechem.
Flavia stanęła obok i patrzyła w dal na miasteczko Olite i rozległy widok poza nim.
– Martwi mnie Morten – powiedziała cicho.
– Mnie też. Nie powinien ranić Sissi, która tak jest do niego przywiązana. Bardziej niż on sobie zasługuje.
– Owszem, a tymczasem ta baba na korytarzu…
– Widziałem ją. Rzeczywiście jest na co popatrzeć, ale… ona mi się nie podoba.
– Ani mnie. Te kocie oczy…
Popatrzyli na siebie i uśmiechnęli się, radzi, że tak dobrze się rozumieją. Flavia spoważniała.
– Antonio, ja nie zostanę z wami do końca.
– Nie? Przykro mi to słyszeć!
– Dziękuję, ale… Ulotnię się, jak tylko spotkamy tamtą grupę.
A więc tak bardzo ją zerwanie z Pedrem zabolało? Nigdy właściwie tego nie okazywała. No ale Flavia jest światową kobietą.
Dumną i okazującą szacunek innym.
– Rozumiem – westchnął Antonio. – Mam nadzieję, że jeszcze zmienisz zdanie, Flavio. Bez ciebie to już by nie było to samo.
– Jak ładnie z twojej strony, że mi to mówisz. Żeby jednak zmienić temat, miałeś jakieś wiadomości od tamtych?
– Dzisiaj nie. Zaraz zadzwonię do Jordiego.
I to wtedy otrzymał radę, że powinni szukać w sali, gdzie kiedyś zjawił się don Ramiro.
Dodało mu to animuszu. Antonio zebrał swoje oddziały (w sile osób trzech) i rozpoczął poszukiwania w sali.
Nikt im nie przeszkadzał, większość gości wyszła zwiedzać miasto, a pokojówki pracowały na piętrze. Słychać było szum odkurzacza.
Czwórka przyjaciół zaglądała pod obrazy, szperała we wszystkich kątach i wnękach, ale wciąż po omacku. Rozglądali się za jakąś wskazówką, która by ich poprowadziła dalej do celu… Ale nikt nie wiedział, jakby ta wskazówka miała wyglądać. Może po prostu nic takiego nie istnieje? Albo też coś kiedyś istniało, ale zostało w ciągu minionych stuleci zniszczone. Restauracja twierdzy, przebudowa na hotel, kolejne remonty, to wszystko mogło naprawdę wiele zmienić.
Ta sala jednak wyglądała na autentyczną, taką jaką była przed wiekami. Wszystko wskazywało na to, że niewiele tu zmieniano.
Sissi drżała z przejęcia. Była nowa w tym gronie, płonęła entuzjazmem, wiedziała, że to będzie przygoda jej życia. Była tu razem z fantastycznymi ludźmi, a najwspanialszym z nich jest oczywiście Morten.
Zaczynała naturalnie podejrzewać, że nie jest on taki wyjątkowy, jak sądziła, Sissi miała jednak w sobie wiele szczodrości, uważała, że przyjaciół należy akceptować ze wszystkimi ich słabościami i wadami, przynajmniej dopóki nie przekraczają granicy, za którą nie ma już wybaczenia.
Morten był tego dnia zamyślony i niedostępny, co czyniło ją nieszczęśliwą. Czyżby przestał ją lubić?
Sissi była dorosłą kobietą, a przynajmniej prawie dorosłą. Teraz żałowała swojego mało wartościowego życia, które spędzała w towarzystwie kuzynów Hassego i Nissego. Wtedy całą duszę wkładała w osiągnięcie celu, pragnęła mianowicie dorównywać chłopcom, być jak oni silną, umięśnioną i bez lęku towarzyszyć im w karkołomnych eskapadach. Z dumą patrzyła, jak mięśnie prężą się jej pod bluzką. Biodra miała wąskie, a ramiona szerokie, chłopcy traktowali ją jak równą sobie.
Teraz jednak, jak powiedzieliśmy, Sissi była dorosła. I zakochana. Bardziej kobiece cechy doszły do głosu w jej charakterze, gorzej natomiast było z kobiecymi kształtami i zachowaniem. Niewiarygodnie trudno było przestać chodzić jak chłopak, nie kląć, nie uderzać pięścią w stół, nie wołać głośno, by podano coś do jedzenia.
I za nic na świecie Morten nie może się dowiedzieć, że ona mogłaby go podnieść, przerzucić sobie nad głową i zakręcić się z nim w kółko.
Na myśl o czymś takim wybuchnęła śmiechem, ale był to gorzki śmiech.
Sissi podziwiała Flavię i starała się zachowywać jak ona. Nie było to proste, o wiele łatwiej było się zapomnieć.
Dotychczas nie poszła jeszcze z Mortenem do łóżka. On był w niej zakochany, wiedziała o tym, często ją całował, obejmowali się i szeptali sobie na ucho urocze wyznania. Ale Sissi się bała. Starała się panować nad sytuacją, odwlekać tę chwilę jak się da, nie chciała, by się przeraził jej siłą i jej męskimi mięśniami.
Właściwie był to lęk przesadzony, bo te mięśnie ukazywały się, kiedy je napinała. A siły przecież nie musiała demonstrować w łóżku. Sissi jednak miała uzasadnione podejrzenie, że ich związek jest raczej kruchy i że wiele nie zniesie. Jeszcze nie teraz.
Tak bardzo chciałaby być kobieca! Pojęcia jednak nie miała, jak to osiągnąć, i wydawała się sobie śmieszna, kiedy próbowała.
Przyjaciele usiedli w salonie, na niewygodnych kanapach. Poszukiwania nie przyniosły żadnego rezultatu, żadnych dobrych pomysłów, niczego.
I właśnie wtedy Antonio dostał ów tajemniczy telefon od Jordiego.
Bardzo trudno mu było zrozumieć, co starszy brat mówi. Warunki połączenia nie mogły być gorsze.
Co ten Jordi próbował mu przekazać? Że znaleźli to, czego szukali?
I jeszcze coś powiedział: heraldyczna róża?
Antonio prosił go, by powtórzył, ale wtedy połączenie zostało przerwane.
Próba zatelefonowania do brata na nic się nie zdała. Kobiecy głos zameldował, że abonent znajduje się poza zasięgiem.
Antonio spoglądał na swoich towarzyszy i powtórzył, czego się dowiedział.
– „Szukajcie heraldycznej róży?” – mamrotał Morten, który nieustannie spoglądał w stronę sąsiedniej sali, gdzie spodziewał się zobaczyć swoją bujną blondynę. – Co on chciał przez to powiedzieć?
– To chyba nie tak trudno pojąć – rzekł Antonio gniewnie, był bowiem bardzo zirytowany zachowaniem Mortena. – Róża z herbu i z habitu Jorgego.
Sissi poprosiła, by jej narysował tę różę.
Antonio narysował.
– Ależ ja ją widziałam! – krzyknęła Flavia z przejęciem.
– Tutaj, w tej sali? Włoszka była zakłopotana.
– Tak. Nie. To był koniec czegoś, nie pamiętam czego. Brunatne drewno.
– O, tego to akurat tutaj jest pod dostatkiem – rzekł Morten złośliwie.
Sissi i Antonio już się zerwali na równe nogi i szukali. Oglądali oparcia krzeseł i okienne parapety. Ramy obrazów. Ławy. Okna…
– Okno! – zawołała znowu Flavia. – To było okno! Ale nie tutaj wewnątrz.
– Otwierałaś jakieś okno – podpowiadał Antonio bez tchu – Tak, to jedyne, które można otworzyć. Tutaj! Zwinne palce prześcigały się, by je otworzyć. Ramy z wąziutkimi szprosami.
Flavia pierwsza wyjrzała przez otwarte okno. To przecież ona widziała różę.
– Tam! – pokazała w górę, w prawo skos. Tłoczyli się, by zobaczyć. Wieżyczka piętro wyżej.
Piękne ornamenty w drewnie od dołu, które podtrzymywały całą konstrukcję, zakończone były heraldyczną różą.
– O rany boskie! – jęknął Antonio. – Jak my się tam dostaniemy?
Okno pod wieżyczką było hermetycznie zamknięte. Może niegdyś, za czasów rycerzy, znajdowało się tutaj inne okno, które dawało się otwierać? Teraz nie istniała taka możliwość, żadnych zamków, haczyków, niczego.
Do ziemi było stąd daleko.
– Co się tam mieści na górze? Musimy wejść do tego pokoju – powiedziała Flavia. Antonio mierzył odległość wzrokiem.
– Pokój jest wynajęty – oznajmił. – Chyba tej parze starych, niesympatycznych Holendrów.
– No nie, ich nie możemy prosić, żeby nam pozwolili przejść przez swój pokój – stwierdziła Flavia. – Ale co zrobimy w takim razie?
– Ja mogłabym się wspiąć – ofiarowała się Sissi chętnie.