Выбрать главу

– No właśnie – potwierdził Antonio. – Habit Jorgego. Las fronteras, granice. Wioska pustkowie chleb przełęcz puchary groty groty. Czy mamy uznać, że owo Faido Laño leży gdzieś przy granicy? Pomiędzy Nawarrą a Krajem Basków na przykład? Ech, teraz przydałaby się nam mapa Unni!

– Ależ mój drogi – wtrąciła Flavia. – Mamy własną, kupiłam jakiś czas temu. To mapa drogowa Hiszpanii i Portugalii, wydana przez Michelina, naprawdę znakomita, zaraz przyniosę.

– Hm – mruknął Antonio. – Ciekawe dlaczego wcześniej nie kupiliśmy, przez cały czas korzystaliśmy tylko z mapy Unni, jakby innych nie było.

Flavia wróciła i wszyscy pochylili się nad stołem. Bardzo szybko się wyjaśniło, że chodzi o dwa miejsca położone blisko siebie. Z grotami, oczywiście, i niedaleko granicy. Na terytorium baskijskim, na południe od Vitorią/Gasteiz.

– To właśnie tam Jordi spotkał po raz pierwszy rycerzy – powiedział Morten. – W pobliżu Vitoria.

– No więc tak – rzekł Antonio. – Teraz się wszystko zaczyna zgadzać. Ale, jak sobie przypominam jego opowieść, to to nie było dokładnie tam, w Faido i Laño. Nie tam ich spotkał. Myślę jednak, że do jego miejsca też dotrzemy. Moim zdaniem ci, którzy nieśli skarby z poszczególnych prowincji, spotykali się właśnie gdzieś na granicy. Pojedźmy więc najpierw do Faido i Laño. Zobaczymy, może znajdziemy jakieś nowe ślady.

– Ale dlaczego oni zostawiali ślady i informacje tak trudne do odnalezienia? – zastanawiała się Sissi.

Antonio próbował odpowiedzieć:

– Może bali się, że zostaną wzięci do niewoli i zamordowani? Wtedy tylko ich najbliżsi byliby w stanie odnaleźć skarby, może zresztą również ich samych.

– To możliwe – zgodziła się Flavia. – Trzeba jechać niezwłocznie!

Wielokrotnie jeszcze telefonowali do Jordiego i jego grupy, ale bez rezultatu. Niepewność dręczyła wszystkich, ale nic zrobić nie mogli. W Hotelu w Santiago de Compostela powiedziano im, że grupa Norwegów wyszła do miasta zaraz po śniadaniu i dotychczas nie wróciła.

Antonio musiał stłumić w sobie chęć natychmiastowego wyjazdu do Santiago. Nie miał przecież nawet pojęcia, od czego tam zacząć poszukiwania zaginionych przyjaciół.

Trzeba więc było po prostu telefonować w równych odstępach czasu, a poza tym koncentrować się na własnym zadaniu.

Nie jechali główną drogą, wybrali szlak na skróty, przez miasto Estella. Nazwa szczerze ich ubawiła, a kiedy się zaraz potem okazało, że będą też przejeżdżać przez miejscowość Miranda, w samochodzie zapanowała wesołość. Na tej mapie zostały najwidoczniej uwiecznione wszystkie osławione kobiety.

Flavia była pilotem, siedziała na przedzie z mapą w ręce. Morten uważał, że to jego zajęcie, w „dawnych czasach” tak przecież było, boczył się na Antonia, który tego nie pamiętał.

Za Estellą znaleźli się w przepięknym, pagórkowatym krajobrazie. Kupili sobie broszurę na temat Kraju Basków i teraz mogli przeczytać, że minęli właśnie wejście do „the hidden valley of Arana”. Cóż, ukryta dolina to właśnie cel główny całej ich krucjaty, ale wszyscy byli zgodni co do tego, że to nie może być ta dolina, o której na dodatek pisze się w przewodnikach turystycznych. I znajduje się w zupełnie innym miejscu.

Zatrzymali się, żeby coś zjeść, w Bernedo, bardzo starym nadgranicznym miasteczku otoczonym murami, położonym u stóp Sierra de Cantabria, nie mylić z Kordylierami Kantabryjskimi, które znajdują się dalej na północny zachód i są znacznie większym łańcuchem górskim. Nikt nie miał wątpliwości, że i tam w końcu dotrą. Nad Bernedo i całą doliną czuwał wspaniały klasztor zbudowany na wzniesieniu.

W miasteczku otrzymali też dodatkowe informacje o grotach w Faido i Laño. Mówiono, że są wyjątkowe w swoim rodzaju.

Faido to niewielka miejscowość, zaś jedna z miejscowych grot została poświęcona la Virgen de la Pena, co Sissi bez zastanowienia przetłumaczyła jako Dziewica Smutku. Antonio wyjaśnił jednak, że smutek to po hiszpańsku pena, a peña to po prostu skała. Na ścianach grot znajdowały się malowidła, przy nich zaś przypominające ludzkie postaci kamienie nagrobne.

Laños gobas musiały być miejscem schronienia dla przedhistorycznych plemion, a później dla mnichów i eremitów.

To wszystko brzmiało ekscytująco, ale oni przecież nie przyjechali tu na wycieczkę, ekspedycja miała poważne zadania.

Najpierw znaleźli się w Laño, a zatem tutaj zaczęli poszukiwania z pewnego rodzaju fatalistycznym przeświadczeniem, że zawsze ostatnie z przeszukiwanych miejsc okazuje się tym właściwym.

No ale nie tym razem.

Groty były naprawdę bardzo interesujące ze swoimi kamiennymi sarkofagami i mnóstwem dowodów na to, że w dawnych czasach mieszkali tutaj ludzie. Jedni z najstarszych przodków ludzkości.

Wymarzone miejsce, by się tu spotkać potajemnie i ukryć skarby. Domyślali się, że ludzie w piętnastym wieku mało się zajmowali turystyką. Chyba tylko Krzysztof Kolumb i Vasco da Gama cenili ten sposób spędzania czasu wolnego. Tak więc skarby były tutaj bezpieczne.

– No i znowu trzeba szukać róży – powiedziała Sissi niemal wesoło. Była bardzo dzielna, skoro tak szybko udało jej się znaleźć pierwszą.

Stali przy wejściu do groty. Antonio popatrzył w niebo.

– Dzień ma się ku końcowi – stwierdził. – Wiele dzisiaj udało się nam zrobić. Może powinniśmy teraz pojechać do jakiegoś hotelu?

Młodzi byli pełni zapału i chcieli natychmiast rozpoczynać poszukiwania. Antonio szukał moralnego wsparcia u Flavii, ale ona wzruszyła tylko ramionami.

Łatwo zapomnieć, ile ona ma lat i tak naprawdę należy do tej samej grupy co Pedro i Gudrun, pomyślał Antonio. Flavia ma tylko 45 lat, stanowi coś w rodzaju pośredniego ogniwa między pozostałymi członkami grupy.

On sam miał trochę problemów z zachowaniem równowagi we wzajemnych stosunkach z Flavią, wcale nie z powodu wieku, bo była otwarta i nietrudno się z nią porozumieć, pochodziła jednak z zupełnie innej warstwy społecznej niż on. Wychowana w dużym mieście, przypuszczalnie bogata, wypielęgnowana dosłownie po koniuszki palców. Jako reprezentantka włoskiej klasy wyższej była dla mieszkańców północy trochę za bardzo elegancka. Używała mocnych perfum, obwieszała się ponad miarę ozdobami, miała ostry makijaż. Czarne włosy potrzebowały zapewne pomocy dla zachowania koloru, a wysokie obcasy kosztownych butów zupełnie się nie nadawały na wędrówki po grotach.

Zwracała na siebie powszechną uwagę, a poza tym odnosiła się wyjątkowo do Jordiego w jego najbardziej samotnych latach i była znakomitą macochą Mortena.

– Jeden przeciwko dwu i pół, przegrałeś – żartowała Sissi i Antonio poddał się z westchnieniem. Wyjęli więc latarki.

– Różo, różo, gdzieś ty? – wyrecytowała Sissi.

– Chciałaś powiedzieć: „Konia, konia, królestwo za konia”? – spytał Morten.

– Nie, nie, nie chodzi mi o Shakespeare’a. Wolę jak Cyrano de Bergerac: Pocałunek, pocałunek, cóż to jest? Nasze nieme wsparcie dla równie niemej modlitwy, czy jakoś tak.

– Uważaj, bo cię złapię za słowo!

– No, dzieciaki! Szukajcie! – zawołał Antonio. – Flirtować możecie gdzie indziej. Ale skoro mamy przytaczać różne złote myśli o róży, to pozwólcie przytoczyć słowa Gustafa Frödinga: „Bo śmieć jest śmieciem, nawet w złotej misie, a róże choćby w rozbitym wazonie pozostaną różami”.

– Jakie ładne – zachwycił się Morten. – Ale z naszymi różami nie wiele ma wspólnego.

Nie byli w tych grotach sami. Turyści kręcili się tu i ówdzie, ale o tak późnej porze zostało ich niewielu, poza tym Antonio i jego przyjaciele mieli w razie czego swoje skandynawskie języki, za którymi mogli się schronić.