Monika mu uwierzyła, ale teraz znowu dopadły go wyrzuty sumienia. Jak mógł się tak haniebnie zaprzeć Sissi?
Znowu linia najmniejszego oporu? No cóż, na szczęście Monika to już teraz historia.
Ale gdzie podziała się Sissi w tym szarym krajobrazie, pogrążonym w wieczornym mroku? Akurat teraz tęsknił szczerze, by zobaczyć jej radosne, mądre oczy i otwartą twarz. Sissi była nierozsądnie odważna, taka silna i pewna siebie. Całkiem inna niż dziewczęta, w których się dotychczas zakochiwał, ale prawdopodobnie właśnie dzięki temu wydawała mu się taka świeża, taka inna, imponowało mu, że ktoś taki się nim interesuje. Właściwie nie zamierzał angażować się za bardzo, ale skoro tak się różni od innych dziewcząt, to może – warto spróbować?
Gdzieś w głębi podświadomości coś mu szeptało, że przecież wciąż jeszcze nie wie, czym tak naprawdę jest miłość. Ale nie był aż takim masochistą, żeby dopuszczać do siebie tę myśl.
Tylko gdzie, na Boga, Sissi się podziała?
– Sissi! – wrzasnął ile tchu w piersiach.
Zaczynał się naprawdę bać. I naprawdę obchodził go jej los. Piękne uczucie jak na Mortena!
Nie – zawodziło mu coś w duszy. Sissi jesteś przecież fantastyczna! Jesteś jedną z najfajniejszych dziewczyn, jakie spotkałem. Mogło by nam być bardzo dobrze razem podczas tej wyprawy.
A on o mało wszystkiego nie zepsuł z powodu jakiejś przypadkowo spotkanej Mirandy.
Szpony strachu zaciskały się w jego piersi i ponownie zaczął wzywać Sissi po imieniu.
I nagle coś usłyszał. Cichy jęk.
Odetchnął głęboko i pobiegł w kierunku, z którego docierał dźwięk.
Spotkał ją przy wyjściu z korytarza, który badała. Podeszła do niego słaniając się na nogach i przyciskając rękę do karku, a on objął ją i mocno przytulił.
– Ktoś mnie uderzył – wyszeptała Sissi i uczepiła się Mortena.
W jego duszy zaświeciło słońce. Tego właśnie mi w niej brakowało, pomyślał. Żeby była słaba i potrzebowała mojej opieki. Tymczasem zawsze było odwrotnie. Teraz równowaga została przywrócona.
Antonio i Flavia byli, naturalnie, wstrząśnięci.
– Myślałem, że nikt nie wie, gdzie jesteśmy – rzekł Antonio ponuro. – Widocznie jednak nie doceniliśmy naszych wrogów.
Obejrzeli w świetle latarki skaleczenia Sissi. Ucho krwawiło wprawdzie, ale zostało tylko dość płytko zadraśnięte, wielki guz na karku nabrzmiewał coraz bardziej.
– Jak to dobrze, moja droga, że masz mięśnie – powiedział Antonio z przekąsem.
– I żelazną czaszkę – roześmiała się Sissi nerwowo, nie chciała bowiem wystąpić przed Mortenem silna jak chłopak. – Poza tym udało mi się uskoczyć.
– I całe szczęście – powiedział zatroskany Morten. – Bo moim zdaniem ten kamień, który cię trafił był naprawdę duży. W ranie jest piasek i kawałki kamienia. Musimy cię zaprowadzić do doktora.
– Dziękuję za zaufanie – syknął Antonio. Morten zachichotał nad własną głupotą, ale cały drżał z niepokoju. Dlaczego to akurat Sissi, zastanawiał się.
– Pewnie dlatego, że była sama, co stwarzało napastnikowi okazję – próbowała wyjaśniać Flavia. – Widziałam cię przecież, Sissi, kiedy rozmawiałam przez telefon z siostrą. Ale nawet do głowy by mi nie przyszło, że ktoś może nas tutaj znaleźć. Teraz mam wyrzuty sumienia.
– Nikt nie mógł przypuszczać, że się coś takiego stanie – łagodził Antonio.
Chciał, żeby Morten zabrał Sissi do samochodu, ona jednak nalegała, żeby najpierw zbadać znalezisko, sama była ciekawa, przekonywała, że w tej sytuacji nie powinni się rozdzielać. Wszystkim wydało się to najbardziej rozsądne.
Sissi siedziała więc na krawędzi jakiegoś grobu z czasów prahistorycznych i bardzo cierpiała z powodu kontuzji, a jej towarzysze za pomocą noża zdrapywali ziemię ze środka tego, co być może było różą.
W grotach panowała teraz absolutna cisza. Słychać było tylko to ich skrobanie, które echem odbijało się od starych skalnych ścian.
Sissi zastanawiała się, co zrobić, żeby znowu nie zemdleć.
Musiała oprzeć się o ścianę. Mój Boże, jak ja będę dzisiaj spać? myślała. Leżeć na jednym boku przez całą noc?
Radosny krzyk przyjaciół wytrącił ją z tych prozaicznych myśli. To, co znaleźli jest różą! A pod nią znajdowała się niewielka szkatuła zawierająca kawałek skóry.
Triumf!
Zabrali szkatułkę, posprzątali po sobie. Chyba nie ma już żadnych noszących skarby spiskowców, którzy chcieliby w grotach Lafios szukać wskazówek co do dalszej drogi.
W końcu wszyscy wsiedli do samochodu, Sissi najwygodniej jak to możliwe na tylnym siedzeniu razem z Mortenem, który czuł się bardzo szlachetny i opiekuńczy. Z ulgą opuszczali terytorium grot, by poszukać jakiegoś hotelu. Tam Sissi zostanie porządnie opatrzona przez Antonia i nareszcie będą mogli uważnie obejrzeć nowe znalezisko.
Dwie róże w ciągu jednego dnia. Naprawdę niezłe zbiory.
11
Ciemności spowijały niezbyt gęsto zaludnione okolice Kraju Basków na południe od Vitoria/Gasteiz. To tu, to tam migotały w oddali światełka jakiejś wsi, czasami mijali grupy zabudowań pogrążonych w nocnym spoczynku, przeważnie jednak jechali przez pustkowia.
Tym razem Flavia prowadziła, Antonio tymczasem telefonował, najpierw do Vesli, żeby się upewnić, czy wszystko w porządku, a potem do Jordiego i jego grupy. W tym ostatnim przypadku wiele się nie dowiedział.
Vesla też kłamała, kiedy zapewniała go, że wszystko jest w najlepszym porządku, zamierzała bowiem iść do lekarza. Tego jednak mężowi nie powiedziała, bo i tak sprawiał wrażenie przybitego. Veslę wciąż dręczyły krótkie skurcze, miała bóle w krzyżu i była śmiertelnie przerażona. Nie o swoje życie się obawiała, ale jakikolwiek los czeka to dziecko, chciała je mieć. Bo kochała jego ojca, kochała zresztą również dziecko i to tym bardziej, że wciąż wisiała nad nim groźba, iż będzie żyło tylko dwadzieścia pięć lat.
Na razie jednak udało jej się uspokoić Antonia.
Gorzej z grupą przyjaciół działających w Galicii, którzy nadal nie dawali znaku życia. Żeby nie wiem kiedy i jak często dzwonił, ich telefony pozostawały głuche.
– Pewnie je wyłączyli, żeby nikt nie mógł się dowiedzieć, gdzie są – pocieszała Flavia, ale chyba nikt w to nie wierzył. Antonio nic a nic nie rozumiał.
Jordi, Jordi, co się stało? Gdzie wy jesteście i co się z wami dzieje? Jordi, przecież wiesz, że bez ciebie jestem nikim. Jeśli ty znikniesz, to co my zrobimy? Unni, Juana, Morten, ja, Pedro, Gudrun, Sissi, Flavia, co my wszyscy poczniemy? Czym będziemy? Niczym, kompletnie niczym!
Jordi. Jego idol przez całe życie. Raz Antonio go utracił i to pozbawiło go jakiegokolwiek oparcia w życiu. Nie zniesie po raz drugi utraty starszego brata. Tego by nie przeżył. Nie tylko ze względu na siebie, ale też ze względu na pozostałych członków rodziny. Zresztą teraz niepokoił się przede wszystkim ze względu na samego Jordiego, który przecież odnalazł nareszcie miłość swego życia. Co to więc za złe moce nie pozwalają im żyć szczęśliwie razem?
Nie, no teraz to popadam w czarnowidztwo, a przecież wszystko może mieć całkiem banalny powód. Flavia z pewnością ma rację.
Głęboko i zdecydowanie wciągnął powietrze:
– Musimy jeszcze raz się zastanowić, jakich to mamy prześladowców. Myślałem, że tutaj będziemy bezpieczni, najwyraźniej jednak za wcześnie w to uwierzyliśmy.
– Poczekaj no, ja się tym zajmę – powiedział Morten. – Zaraz zadzwonię do Jørna, on przez swoje kontakty wszystko nam wyjaśni. Cześć! – wołał teraz do przyjaciela. – Ty śledziłeś w internecie ruchy naszych łotrów, prawda?