Jørn potwierdził.
– No dobrze, to w takim razie dokonajmy przeglądu sytuacji. Emma i Alonzo na początek.
Antonio powiedział, że chce rozmawiać bezpośrednio z Jørnem i Morten oddał mu telefon. Pocieszał się tym, że przecież to on wpadł na pomysł skontaktowania się z komputerowcem.
– Hej, Jørn – przywitał się Antonio. – Czy to prawda, że śledziłeś ruchy naszych prześladowców?
– Jasne, w internecie, ale innymi kanałami też.
– Świetnie!
– Zaraz ci ich wyliczę: Numer jeden Wamba. Dwa – kaci inkwizycji. Trzy – Leon. Cztery – Emma, Alonzo & Co: Tommy, Kenny, Roger oraz pięciu Hiszpanów. Pięć: Trzech nieznajomych, nazwisko jednego z nich brzmi Thore Andersen.
– Tak, no to chyba rzeczywiście wszyscy – potwierdził Antonio. O tym, że istnieją przeciwnicy numer sześć, czyli Tabris i Zarena, nikt nie miał pojęcia.
Jørn raportował, co mu wiadomo o poszczególnych grupach.
– Zacznę od Wamby, otóż on dwukrotnie umierał. Raz blisko pięćset lat temu, no i ponownie całkiem niedawno temu, kiedy Jordi obciął mu łeb.
– Nie jestem tak całkiem pewien, że Wamby nie ma – oznajmił Antonio cierpko. – Słyszano pogłoski…
– Owszem. Wrócimy jeszcze do tego. Teraz tak zwane „pokorne sługi inkwizycji”. Na początku było ich trzynastu, teraz zostało sześciu.
– Ale żaden z nich nie jest w stanie nikogo uderzyć kamieniem w głowę. W każdym razie nie tutaj. Bo to, co mogą robić w Santiago de Compostela, przesłonięte jest mroczną tajemnicą. Dalej mamy Leona. Leon zniknął bez śladu od pamiętnych wydarzeń w więzieniu, kiedy to wyłamał kraty i uciekł, a przedtem jeszcze śmiertelnie wystraszył strażników, którzy stanęli mu na drodze. Wiadomo, że uciekał na północ, a po pewnym czasie ślady się urwały.
– Tak. I wiemy też, że jego wygląd oraz zachowanie uległo gruntownym przemianom – No właśnie, stał się podobny do Wamby, więc przy nim też musimy postawić znak zapytania, a może nawet dwa.
– Potwornie się boję, że ten stwór jest nieśmiertelny – rzekł Antonio ponuro. – Co dalej?
– Emma, Alonzo i reszta.
– Bez Leona łatwo ich namierzyć. To pospolici poszukiwacze skarbów, Bogu dzięki nie ma w nich fanatyzmu Leona ani jego żądzy krwi. Wiesz, gdzie oni się teraz podziewają?
Głos Jørna znajdującego się w dalekiej, chłodnej Norwegii, brzmiał w samochodzie donośnie i czysto:
– Alonzo ponownie trafił do więzienia. W Bilbao. Emma na niego czekała. Tommy, Kenny i Roger przed pięcioma dniami znaleźli się na liście pasażerów samolotu do Bilbao właśnie. Sądzę, że w tym czasie Alonzo wyszedł z paki.
– Tak, więc znowu mogą nas ścigać, ale przecież w grotach było tak niewiele ludzi. Rozpoznalibyśmy ich.
– Przecież mało znamy hiszpańskich koleżków Alonza. Ma ich zresztą teraz tylko dwóch, jak słyszałem. Reszta uznała chyba, że za trudna sprawa dla nich.
– Dużo wiesz, Jørn.
– Mam swoje źródła. Przyjaciół w sieci.
– Tylko bądź ostrożny. Wiesz, każdy kij ma dwa końce.
– Oczywiście. Już przecież miałem okazję popróbować, czym wam to grozi. No, ale wracając do tematu, to była ostatnia grupa. Ci nieznajomi. Nic nie mogę znaleźć. Czy ty wiesz, ilu jest w Norwegii ludzi nazwiskiem Thore Andersen?
– Ale jego imię pisze się przez th.
– Niewielka różnica. Przejrzałem wszystko, co się dało. Nic się nie zgadza. Może on jest Duńczykiem? Albo Szwedem?
– Unni twierdzi, że mówi po norwesku. Bez dialektu. A o dwóch pozostałych wiemy jeszcze mniej.
Jørn westchnął.
– No tak, trudno jest szukać wysokiego, chudego mężczyznę o ponurym wyglądzie. A już ten jego asystent jest kompletnie anonimowy. Poza tym ich może być więcej niż trzech, nic nam na ten temat nie wiadomo.
– Ja myślę, że ich jest więcej – powiedział Antonio. – I ma być z nimi kobieta. A Sissi widziała jakąś kobietę dziś wieczorem przy wejściu do groty. Potem ta kobieta gdzieś zniknęła. Pracuj dalej, Jørn, wykonujesz fantastyczną robotę!
Rozmowa została zakończona wzajemnymi napomnieniami, by zachowywać ostrożność.
Antonio nie był już w stanie dłużej powstrzymywać ciekawości. Poprosił Flavię, by zatrzymała samochód, chciał nareszcie obejrzeć tajemniczy ostatni kawałek skóry.
Dwoje z tylnego siedzenia dosłownie zawisło nad Flavią i Antoniem, lampa u sufitu oświetlała pole widzenia.
– Patrzcie, to jest prawie takie samo, jak tamten kawałek, który Jordi dostał od don Ramira, wtedy na brzegu, wiele lat temu.
– No właśnie, i jest tak jak przypuszczaliśmy, kolejna róża znajduje się w ruinach, gdzie Jordi spotkał rycerzy.
Antonio obracał skórę na wszystkie strony, przyglądał się narysowanej na niej prostej, można powiedzieć, prymitywnej mapce. Nazwy Gasteiz tu nie było, poza tym jednak podobieństwo do pierwszej mapy rzucało się w oczy. Tylko mniej informacji.
– Żeby tak wiedzieć, gdzie tu jest góra, a gdzie dół…
– Myślałem, że będziemy się kierować ku następnej granicy – rzekł Morten.
– Chyba każda prowincja miała jakiś punkt zborny w głębi kraju – wtrącił Antonio.
– Możliwe, ale teraz ja myślę wyłącznie o prysznicu – oznajmiła Flavia. – Jedziemy do Vitoria/Gasteiz, gdzie mają porządne hotele. Tam się zatrzymamy.
Owszem, wszyscy byli zgodni co do tego, że zasłużyli sobie na trochę luksusu.
Samochód sunął cicho po samotnych drogach. Zmęczeni pasażerowie milczeli.
Nagle pojawił się jakiś drogowskaz.
– Stop, Flavio! – zawołał Antonio. – To przecież ta mała miejscowość, w której był Jordi. Tam spotkał owego starszego mężczyznę, który wskazał mu drogę do ruin, gdzie czekali rycerze. My też tam powinniśmy pojechać!
Flavia, przywykła do komfortu, wahała się.
– Dzisiejszego wieczoru powinniśmy pojechać do Vitoria. Tak zresztą będzie lepiej dla Sissi.
I dla ciebie, uśmiechnął się Antonio w duchu. Morten powiedział jednak:
– I co, jutro rano wracać? Czy to potrzebne? Może się chociaż rozejrzyjmy po miasteczku, skoro już tu jesteśmy.
Flavia została przegłosowana.
Miasteczko to może za dużo powiedziane, znacznie lepszym określeniem jest wioska. Chociaż kościół był, dokładnie, jak opowiadał Jordi, a obok również niewielki hotelik. Tam się zatrzymali, Flavia z ciężkim westchnieniem, ale dostała najlepszy pokój. Ogarnęli się trochę, Antonio porządnie opatrzył ranę Sissi, po czym zasiedli do smakowitego posiłku. Jeśli Baskowie są w czymś naprawdę dobrzy, to w zamiłowaniu do dobrego jedzenia.
Sissi, po tabletkach od bólu głowy z bogatego zapasu Antonia, czuła się dobrze, jedną ręką władała zupełnie swobodnie. Nikomu tylko nie wolno było się zbliżyć do jej obolałego barku.
Mieli za sobą długi i naprawdę męczący dzień. Flavia i Morten rozmawiali cicho w kącie gospody, Morten nad kuflem cerveza – piwa – Flavia z kieliszkiem wina w dłoni, Antonio jednak nie mógł usiedzieć na miejscu i oznajmił, że pójdzie oglądać miejsce spotkania Jordiego z rycerzami. Sissi, która przestudiowała mapę i zorientowała się, gdzie te ruiny mogą być, poszła na górę po kurtkę, bo chciała mu towarzyszyć.
– Nie, moim zdaniem nie powinniście już dziś wieczorem wychodzić – protestowała Flavia. – Zrobiliśmy więcej niż dosyć na jeden dzień.
Morten zaczynał być trochę śpiący, zrobił się jowialny, roześmiał się i powiedział:
– A niech idą, nie zatrzymuj ich. I tak daleko nie zajdą!
– Pewnie masz rację – odpowiedział Antonio. – Jest późno. Ale i tak chcę wyjść trochę na dwór, księżyc tak pięknie świeci.
Poszedł. Po chwili usłyszeli, że Sissi zeszła na dół i też wychodzi. Morten i Flavia natomiast kontynuowali swoją rozmowę o dawnych czasach i o przyszłości świata.