Выбрать главу

Antonio wciągał do płuc chłodne październikowe powietrze. W tej części zabudowania były typowo wiejskie, pośrodku placyku sklep, zwany supermercado, kościół i ten hotelik, w którym zamieszkali, stanowiły jedyne punkty zborne. Ale było bardzo ładnie. Na horyzoncie góry skąpane w blasku księżyca, sama miejscowość znajdowała się na równinie, czy może raczej należało to określić jako szeroką dolinę, Antonio nie był pewien.

Tutaj, w tej gospodzie, wiele lat temu jego brat siedział z pewnym starszym mężczyzną. A teraz on nie może nawiązać z Jordim kontaktu.

Czyżby tamci byli aż takimi idiotami, żeby wyłączyć wszystkie telefony komórkowe? Czy nie pojmują, że ich przyjaciele są przerażeni?

Antonio próbował gniewem stłumić lęk.

Sissi wyszła na dwór, ale on tego nie zauważył.

– Ach, jesteś – powiedział dopiero po chwili. – Może jednak powinniśmy zaczekać do jutra rana?

Oczy dziewczyny zalśniły wesoło w księżycowym blasku.

– Nie, idziemy zaraz. Chciałabym przeżyć przygodę.

– Nie masz dość na dzisiaj? – roześmiał się. Czuł się w jej towarzystwie jakoś dziwnie lekko. – Znalazłaś drogę na mapie Flavii?

– Tak. Wszystko wiem. Chodź za mną! Ruszyła szybko tak zwaną główną ulicą, potem skręciła na mały placyk. Antonio szedł za nią i mógł się na własnej skórze przekonać, że Sissi naprawdę jest świetnie wytrenowana. Musiał się bardzo starać, by za nią nadążyć.

– Zaczekaj, chyba nie musimy się aż tak spieszyć!

– To daleko, chodź, nie marudź!

Jej głos niósł się daleko i brzmiał jakoś dziwnie pośród niskich zabudowań. Księżyc schował się za chmurę, dużą i ciemną, Antonio mało co przed sobą widział.

Nagle znowu zrobiło się jasno. Znajdowali się teraz na równinie, ale wszystko przesłaniała mgła, tak mu się przynajmniej zdawało. Góry zniknęły, pochłonęła je ciemność, tylko sylwetka Sissi była widoczna daleko przed nim niczym chybotliwy strzęp mgły.

Wyglądało na to, jakby dziewczyna była bardzo pewna, że idzie właściwą drogą. Antonio musiał się uważnie rozglądać i uważać, gdzie stawia nogi, ona tymczasem szła szybko i pewnie.

Jedna sprawa go niepokoiła. Otóż Jordi musiał jechać spory kawałek z miasteczka, a potem jeszcze długo iść coraz bardziej zarośniętą ścieżką przez równinę. Czy on i Sissi mają całą drogę pokonać piechotą? To chyba zajmie bardzo dużo czasu?

Zawołał do niej, czy nie lepiej zawrócić?

Nie odpowiedziała.

Och, musi być jakaś miara determinacji!

Raz po raz znikała mu z oczu, ale po chwili znowu się pojawiała w świetle jego latarki. Kołysząca się, roztańczona, jakby nie miała na sobie zwyczajnego sportowego ubrania, ale jakieś cieniutkie, zmysłowo powiewające szaty w mieniących się kolorach.

Antonio zatrzymał się i przecierał oczy. Był zmęczony, zły i niczego nie pojmował. Takie zachowanie to niepodobne do Sissi. W najmniejszym stopniu.

Najgorsze ze wszystkiego było jednak to, że odczuwał do niej silny pociąg erotyczny. Momentami dławiąco intensywny.

Ona sprawiała wrażenie zniecierpliwionej. Machała do niego białym ramieniem, żeby się pospieszył, a on posłusznie wyciągał nogi.

Białe ramię?

Sportowa kurtka Sissi jest granatowa.

Białe, nagie ramię?

Wciąż wolno idąc naprzód, wydobył z kieszeni telefon komórkowy i zadzwonił do Mortena.

Kiedy tamten odpowiedział, Antonio rzekł cicho:

– Morten, ja idę za Sissi, ale moim zdaniem ona zachowuje się bardzo dziwnie. Zresztą wszystko zrobiło się dosyć dziwne, co mam począć?

– Idziesz za Sissi? – usłyszał zdziwiony głos Mortena. – Ale ona siedzi tu z nami i czeka na ciebie! Nie znalazła cię na ulicy i wróciła.

Antonio więcej go nie słuchał. Wyłączył telefon, zawrócił i ile sił w nogach popędził z powrotem do gospody. Potykał się o kolczaste krzewy, tracił z oczu ścieżkę, jeśli to w ogóle była jakaś ścieżka, ale starał się kierować na pojedyncze światełka we wsi.

Zdawały mu się teraz bledsze, jakby przesłonięte mgłą.

I… Serce z przerażenia przestało mu bić. Słyszał za sobą kroki. Gniewne kroki zbliżały się coraz bardziej. Wciąż jeszcze odległe, bo tamta postać odeszła od niego daleko i być może nie od razu odkryła, że zawrócił, ale teraz biegła szybko!

Antonio starał się wydobyć z mięśni wszystkie siły, wciągnął powietrze, rzucił się naprzód, i dopadł do pierwszych zabudowań. Biegł dalej, odbijał się od ścian niczym pijany, bowiem jakaś potworna siła ciągnęła go w tył, słyszał za sobą te skradające się po kryjomu kroki…

Kiedy światła przed nim stały się wyraźniejsze, usłyszał wściekłe prychnięcie, jakby kota, potem głośno załopotały wielkie skrzydła, miał wrażenie, jakby nad jego głową przepłynęła chmura, po czym znalazł się na głównej ulicy.

Zobaczył przed sobą dwóch obcych mężczyzn, zaraz potem ukazała się trójka jego przyjaciół, którzy wybiegli z gospody i Antonio rzucił się w ich stronę, jakby byli jego ostatnią deską ratunku.

Kroki za nim ucichły, już go nikt nie gonił.

Przechodnie patrzyli zdumieni, jak przyjaciele wprowadzali go do gospody.

Cała czwórka poszła na górę do pokoju, który Antonio dzielił z Mortenem. Antonio opadł na krzesło.

Dysząc ciężko opowiedział, co się stało.

Przyjaciele słuchali w milczeniu, zaszokowani.

Potem Antonio wstał i przytulił do siebie obie panie, Morten obejmował ich wszystkich. Długo tak stali w tym zamkniętym kręgu, śmiertelnie przerażeni.

– Mój Boże, co to za świństwo przypadło nam w udziale? – powiedział w końcu Antonio przygnębiony. – Najpierw Morten został zwabiony i odciągnięty od Sissi. Potem na nią ktoś napadł w grocie. I teraz ja… Bóg raczy wiedzieć, jaki los mnie czekał, gdybym szedł dalej…

– A najgorsze ze wszystkiego – westchnął Morten – jest to, że nie mamy kontaktu z naszymi przyjaciółmi z Galicii. Boże, co się z nimi stało?

CZĘŚĆ TRZECIA. W IMIENIU NIEBIOS

12

Najpierw panowała zupełna cisza.

Z czerwonawego mroku wyłaniały się wszystkie złowieszcze narzędzia tortur oraz ich operatorzy. Wszystko wyglądało niczym groteskowy, trójwymiarowy obraz albo jak gabinet figur woskowych. Pięcioro ludzi, którzy wyszli z piwnicznych lochów nie wierzyło własnym oczom.

– W imię Boże, a to co takiego? – szepnęła Gudrun.

– Właściwe słowa – mruknął Jordi. – Bo oni właśnie w imię Boga popełniali najstraszniejsze grzechy, jakie świat widział.

Scena powoli nabierała życia. Pojawiły się dźwięki, najpierw ledwie słyszalne, potem coraz głośniejsze. Szelesty, trzaski i echo śmiertelnych krzyków z minionych czasów docierały do przybyszów stłoczonych przy zamkniętych drzwiach i zmuszały ich do zatykania uszu. Jordi objął Unni i mocno przycisnął do siebie, chcąc ją ochronić, choć wiedział, że to się na nic nie zda.

Zostali oto bowiem wszyscy pojmani i zamknięci w sali tortur z piętnastego wieku. W sali tak ohydnej, że na sam widok jej wyposażenia robiło im się słabo.

– Pamiętajcie, że to wszystko to omam – powiedział Jordi do swoich przyjaciół.

– Ale kiedyś to była prawda? – Unni uważała, że wszystko wygląda jak najbardziej realistycznie.

Pięć osób z końca dwudziestego wieku zostało przeniesionych w czasy odległej przeszłości i pozbawionych wszelkiej pomocy. Koła maszynerii zaczęły się obracać, mnisi wyrwali się z egzystencji, na jaką byli skazani przez ostatnie pięć wieków.

– AMOR ILIMITADO SOLAMENTE! – wrzasnęła Unni ile sił w płucach.