Sześciu katów drgnęło, robiąc krzywe miny, ale ich grymasy rychło przemieniły się w pełne triumfu śmiechy, gdy stwierdzili, że wrogowie nie mają przy sobie groźnych znaków.
Obrzydliwie szybko zlecieli ze swoich miejsc przy narzędziach tortur i rzucili się na pięcioro przybyłych. Tutaj kaci byli u siebie, tu dysponowali niewiarygodną siłą, ale mimo to najpierw rzucili się na najsłabszą w grupie, na Juanę. I chociaż przyjaciele starali się jej pomóc, została pochwycona i uniesiona w głąb sali. Pedro starał się ochraniać Gudrun, ale ją również porwał jeden z mnichów. Pedro był następnym, za którego się wzięli. Krzyczał głośno z wściekłości i strachu, ale na siłę mnichów nie było rady, choć Jordi i Unni starali się z nimi walczyć.
Trzej pozostali mnisi jakby się wahali, bo oto nadeszła kolej na ich najzacieklejszych wrogów. Unni miotała obraźliwe wyzwiska, ale na tych „sinych, heretyckich impotentów”, jak ich nazywała, nic nie działało, wprost przeciwnie, wściekłość zdawała się dodawać im sił. Czuła już na ramionach ich szponiaste łapy, potem została oderwana od Jordiego, który teraz musiał sam wałczyć z dwoma ostatnimi potworami.
Wszystko dokonało się tak szybko i brutalnie, że chociaż piątka przyjaciół trzymała się mocno razem, potworna siła odrywała ich od siebie, jedno po drugim.
Skąd im się bierze ta siła? zastanawiał się Jordi, wleczony, mimo desperackiego oporu po kamiennej podłodze. Kiedy byłem tu ostatnio, wcale nie mieli takich możliwości. Dotarła do nich skądś nieludzka, potworna siła. Kto im ją daje?
Zerwano z niego T – shirt, związano mu ręce z tyłu, zmuszono, by leżał z twarzą przy brudnej ziemi. Zajmowało się nim dwóch mnichów i najwyraźniej było to niezbędne. Jordi odczuł gorzki triumf, kiedy sobie to uświadomił.
W starym kościelnym lochu wszystko działo się równocześnie, ale każdy z ludzi doznawał własnych przeżyć.
Z pozoru najlepiej radziła sobie Gudrun. Walczyła zaciekle, szarpała i kopała w mało kobiecy sposób, nie miała tylko ochoty drapać trupiej skóry swojego prześladowcy. Wszystko to jednak na nic, została zamknięta w jednej z klatek i zawieszona pod brudną powałą. Spoglądała stamtąd wprost na palenisko, gdzie leżały rozżarzone miecze, gotowe do użycia, dymiące.
Słyszała, jak Pedro woła ją po imieniu, a ona odpowiadała uspokajająco, choć serce rwało jej się na strzępy, próbowała odwracać głowę, by zobaczyć, co się dzieje z nim i z pozostałymi, ale w klatce było tak ciasno, że nie mogła się ruszyć. Słyszała krzyk Juany: „Miguel! Musimy ostrzec Miguela!” Gudrun jednak nie mogła nic zrobić. Zwinięta we dwoje, zamknięta, upokorzona, sponiewierana. Zawieszona wysoko, gdzie z pewnością czeka ją powolna śmierć głodowa.
Klatka została przyciśnięta do sklepienia, Gudrun nie mogła jej rozkołysać. Jedyne, co mogła zobaczyć, to kilka innych klatek, również „zamieszkanych”. Gudrun właściwie nie chciała nawet zerkać w tamtą stronę, ale wyglądało na to, że ci, którzy w nich siedzą, są żywi, choć może niewiele im już zostało na tym świecie. Z jednej klatki sterczały czyjeś nogi, białe i wysuszone, dyndające nad paleniskiem. Gudrun niechętnie uniosła wzrok i napotkała spojrzenie dwojga oczu, niepokornych, płonących pod kapturem zakonnego habitu.
Przerażona skierowała wzrok na drugą klatkę i zobaczyła tam taką samą istotę. Kątem oka mogła dostrzec trzecią, zawieszoną na ścianie.
To siedmiu wyeliminowanych katów inkwizycji, pomyślała wstrząśnięta. No to mogli spróbować własnego lekarstwa. Teraz rozumiem, dlaczego się tak boją unicestwienia.
Byli tacy wychudzeni, raczej należałoby powiedzieć: wyschnięci, że musieli tak wisieć od dłuższego czasu.
Bogu dzięki, że chociaż jakaś sprawiedliwość istnieje, pomyślała z pełnym goryczy uśmiechem.
Sytuacja jednak nie nastrajała do uśmiechów. Na dodatek Gudrun była głodna. Od śniadania w hotelu minęło wiele czasu, jak wiele nie potrafiłaby powiedzieć. W ogóle czas stał się słowem bez treści.
Na co tak się gapią ci kaci? Dlaczego rzucają przerażone, niemal oszalałe spojrzenia gdzieś daleko poza mnie? Nie mogę się odwrócić…
Pedro? Co się z nim stało? Gudrun nie słyszała jego głosu od tamtej chwili, kiedy wołał ją po imieniu i potem, gdy wydał krótki, przerwany krzyk bólu. Ale pośród tych wszystkich rozdzierających wrzasków, tego łoskotu łańcuchów i trzeszczenia starych, budzących grozę urządzeń, niełatwo było usłyszeć coś innego.
Bała się o niego. Bardzo, bardzo się bała. Nie wolno narażać go na cierpienia, jest na to za szlachetny, za delikatny. Zbyt wspaniały i dobry, by konfrontować się z takim barbarzyństwem i brutalnością.
A co z innymi? Unni krzyczała na swego prześladowcę, Gudrun dobrze to słyszała. Jakie to typowe dla Unni, niepokorna i waleczna do ostatka!
Nie, nie wolno tak myśleć! Do jakiego ostatka?
Gudrun drgnęła. Boże, te wychudłe potwory w klatkach sprawiają wrażenie, jakby chciały rzucić się na nią i w ten sposób zaspokoić swój straszliwy głód. Cienkie, kościste łapy o dłoniach jak szpony sępa wyciągały się do niej, a były przerażająco blisko, choć nie na tyle blisko, by ją pochwycić i rozerwać na sztuki, ślepia płonące w wyschłych twarzach, szalone z głodu, gapiły się na jej ramiona, których nie miała czym okryć.
Głęboki dreszcz przeniknął ciało Gudrun i spuściła wzrok.
Wtedy stwierdziła, że ktoś zabrał miecze z paleniska.
Pedro siedział na zimnej, nierównej kamiennej podłodze z podciągniętymi kolanami i plecami przy niewygodnym słupie pręgierza. Żelazna obręcz przytwierdzona do słupa, została założona na jego szyję. Gniotła go na karku i pod uszami. Jeśli coś w tej sytuacji budziło jego wdzięczność to to, że obręcz nie ma od wewnętrznej strony gwoździ, które mogłyby mu się wbijać w skórę. Chociaż tego najgorszego wariantu zdołał uniknąć.
Widział Gudrun na górze, w klatce, i serce mu krwawiło ze współczucia. Dobrze, że na razie jest jako tako bezpieczna. Również Pedro widział wyeliminowanych mnichów w klatkach, dostrzegał większość z tych siedmiu i zdawał sobie sprawę, że nie powodzi im się za dobrze. Nad ich losem jednak płakać nie zamierzał.
Jego osobisty strażnik syknął mu do ucha: „Heretyku, wyznaj swoje grzechy! Żałuj za nie, nim staniesz przed obliczem Pana, byś mógł liczyć na życie wieczne!”
– Ale ja nie jestem heretykiem – objaśnił Pedro urażony. – Jestem dobrym katolikiem, zawsze byłem. A poza tym to całe gadanie o heretykach jest obrzydliwie staroświeckie…
Zardzewiała obręcz została jeszcze trochę zaciśnięta i wbiła mu się w krtań. Pedro nie był w stanie powstrzymać jęku. Strach zaczynał się w nim budzić na dobre.
„Ale trzymasz z tymi przeklętymi zdrajcami, rycerzami, którzy pracują dla diabła!”
– To są ludzie o czystych sercach. Tacy zasługują na laskę w oczach Pana.
„Nie waż się wymawiać imienia Pana swoimi grzesznymi ustami!”
Obręcz została gwałtownym szarpnięciem jeszcze trochę zaciśnięta. Pedro nie mógł już mówić, z trudem oddychał.
Powinniśmy przekazać wiadomość grupie Antonia, ostrzec ich, myślał Pedro. Może prosić o pomoc.
Obręcz na szyi została zaciśnięta jeszcze bardziej.
Tylko jak moglibyśmy to zrobić? Tkwimy tu wszyscy po uszy, zastanawiał się, a krew pulsowała mu w skroniach boleśnie. Jeszcze inna sprawa budziła w nim niepokój. W tym starym kościele znajdowało się coś więcej, nie tylko ta izba tortur. Coś, czego Pedro nie mógł widzieć, ale co wyczuwał wszystkimi zmysłami. Gdzieś z tyłu, za sobą. Spojrzenia mnichów też wskazywały, że coś tu jest.
Obręcz została dociśnięta, sytuacja zaczynała być krytyczna.
Boże, co takiego uczyniłem, by zasłużyć na to? powtarzał bliski utraty przytomności. Huczało mu w głowie, nie mógł zebrać myśli. Czy nie chodziłem dostatecznie często do kościoła? A może to zdrada, jakiej się dopuściłem wobec Flavii? Czyż jednak nie byłoby większą zdradą, gdybym się z nią ożenił…? Co się dzieje z innymi…? Co z Gudrun? Boże, pomóż mi… nie jestem w stanie… dłużej oddychać…