Выбрать главу

– Przynajmniej będziemy mogli ucieszyć Veslę i Antonia, teraz oni mogą mieć bezpieczne dziecko, nieobciążone złym dziedzictwem. Muszę jak najszybciej zadzwonić do Vesli.

Ale nie było na to czasu. Ani Vesla, ani Antonio nie dostali żadnej wiadomości, Jordi i Unni chcieli zaczekać do wieczora, kiedy jednak Jordi rozmawiał z bratem, mieli do przedyskutowania wiele ważniejszych spraw. Trzeba było jak najszybciej szukać przesłania zostawionego przez tych, którzy przenosili skarb.

No a teraz nie było żadnej możliwości kontaktu. Każda z grup znajdowała się w innym czasie, każda w swoim stuleciu. Telefon komórkowy był w tej sytuacji bezwartościowym przedmiotem, w żaden sposób nie mógł ich połączyć.

Nagle Jordi zobaczył czubek rozpalonego do czerwoności miecza.

Nie! Co to ma być?

Nie musiał długo czekać, żeby się dowiedzieć.

Miecz został wbity pod skórę na jego karku i wolno się pod nią przesuwał. Odór palonego mięsa… Jordi nawet nie zdążył krzyknąć. Stracił przytomność z potwornego, nieznośnego bólu.

13

A więc znajdowali się tutaj, wszyscy razem.

Ale Pedro już nie oddychał. Żelazna dziewica została zamknięta z Unni w środku. Jordi był nieprzytomny. Podobnie Juana, która nie zniosła bólu, jaki jej zadano, rozciągając ręce i nogi tak, że członki zostały wyrwane ze stawów. Gudrun też straciła przytomność ze strachu, kiedy jeden z mnichów w sąsiedniej klatce zdołał ją pochwycić za ramię i próbował je oderwać od jej ciała.

Krzyki ucichły.

Tabris był wściekły.

Wyłonił się z cienia, teraz znowu pod postacią demona, i ćwiczył śmiertelnie przerażonych mnichów żelaznym prętem.

– Czyście wy kompletnie pogłupieli? – wył. – Nie po to dałem wam tę moc. Mieliście się tylko z nimi pobawić, tak dla demonstracji siły, ale wy oczywiście wszystko potraktowaliście dosłownie. Tym ludziom mamy towarzyszyć, aż doprowadzą nas do celu. A jak się to ma dokonać teraz, po tym, coście zrobili? Uwolnijcie ich, natychmiast, nie ma chwili do stracenia! Najpierw tego starszego mężczyznę i dziewczynę zamkniętą w beczce!

Mnisi biegali tam i z powrotem w histerycznym strachu przed tym budzącym grozę demonem ze skrzydłami i szponami. Drżącymi rękami rozciągali obręcz na szyi Pedra i otwierali żelazną dziewicę.

„Teraz zostało nas tylko pięciu – żalił się jeden. – A czyja to wina? Jej! Nie zasłużyła na nic lepszego”.

Wytrząsnął zakrwawioną Unni na podłogę i zostawił ją leżącą, prawdopodobnie z nadzieją, że i tak jest martwa, ale też z podejrzeniem, że akurat tego Tabris sobie nie życzy.

Klatka z Gudrun zjechała na dół, Juana została uwolniona z więzów.

– A teraz wynoście się stąd. – ryknął Tabris, pokazując zakrzywionym szponem drzwi.

Kaci zniknęli dosłownie w jednej sekundzie.

Tabris znowu stał się Miguelem.

Chodził po izbie tortur wokół piątki nie dających znaku życia ludzi i wolno dotykał ich ciał oraz twarzy. Pedro znowu zaczął oddychać, rany Jordiego i Unni zostały zabliźnione, krew usunięta. Zatrzymał się przy Juanie, jego dłonie leczyły jej zmasakrowane członki.

„Nas też wypuść! – wyli mnisi w klatkach pod powałą, zamknięci tam na całą wieczność. – Teraz jest nas tu już ośmiu!”

Demon popatrzył na nich. – Nie – odparł krótko. – To nie moja sprawa.

W końcu stanął w drzwiach izby tortur i uczynił ruch ręką. Zrujnowane piwnice pod kościołem stały się znowu klasztornym muzeum, które w swoim czasie odwiedził Jordi. Z ulicy słychać było szum samochodów i głosy ludzi.

Przyjaciele budzili się oszołomieni, rozglądali się nie pojmując, gdzie są, niepewnie dotykali własnych ciał. Pedro złapał się za szyję, nie rozumiał nic a nic.

– Więc to jednak mimo wszystko był omam – rzekła Gudrun niepewnie. – Ale za to jaki omam! Byłam absolutnie pewna, że…

Unni drżały ręce.

– Widziałam cię tam w górze, Gudrun.

– Naprawdę? I ja tam rzeczywiście byłam!

– Ja też cię widziałem – wtrącił Pedro. – Ale siedziałem przykuty do pręgierza, żelazna obręcz dusiła mnie tak, że w końcu przestałem oddychać. Myślałem, że umrę. I ciebie też widziałem, Juano. Rozpiętą na ławie.

– To było straszne – szepnęła Juana ocierając łzy. – To najgorsze, co mnie w życiu spotkało.

– Koszmar – przytaknął Jordi. – Nie jestem w stanie o tym myśleć.

– Jordi – powiedziała Gudrun z powagą. – Ciebie ja nie widziałam. Ale czułam woń spalonego ciała.

– Tak było – przytaknął Jordi. – A co z tobą, Unni? Tak strasznie się o ciebie martwiłem.

– Później – odparła Unni ochryple. – Wszystko opowiem później. Jeśli zdołam.

– O, a wy siedzicie tutaj! – zawołał Miguel radośnie od drzwi i wszyscy zwrócili się ku niemu. – A więc znaleźliście schody na górę? Świetnie! W takim razie wychodzimy stąd na ulicę, a potem obejdziemy dookoła kwartału, dobrze? Nie mam już ochoty na błądzenie po omacku pod ziemią. To było okropne! Myślałem, że już was nigdy nie znajdę.

Juana podbiegła do niego.

– Nawet sobie nie wyobrażasz, co myśmy przeżyli! Tak strasznie się martwiłam, że zostawiliśmy cię samego w katakumbach.

Miguel o mało nie powiedział, że zdawał sobie z tego sprawę, ale zdołał się w porę powstrzymać. Chciał też im powiedzieć, że zgubili się jedynie na parę krótkich chwil, ale widział, że Gudrun ma zegarek, więc nie mógł.

Zamiast tego rzekł całkiem niewinnie:

– No a co przeżyliście w podziemiach? Znaleźliście to, czego szukacie?

– Nie w podziemiach – zawołała Juana. – Tutaj. – Tutaj?

Jordi im przerwał.

– Porozmawiamy o tym innym razem. Teraz chcemy wrócić do hotelu.

Wszyscy bardzo pragnęli właśnie tego. Znaleźć się jak najdalej od tych okropności, kompletnie niepojętych.

Głęboko wstrząśnięci i oszołomieni otwierali drzwi na ulicę.

I stanęli zaskoczeni.

Nie zdali sobie sprawy, że w klasztornym muzeum palą się światła. W pomieszczeniach nie było przecież okien.

Teraz stwierdzili, że na dworze jest ciemno. I że nocne życie w mieście wygasa. W świetle ulicznych latarni widać było ostatnich elegancko ubranych przechodniów, wracających do domu. Samochodów też prawie nie było.

Spędzili w tym koszmarze cały dzień i blisko całą noc.

Frenesi

Kiedy pierwsze światło brzasku szarą smugą spoczęło nad czarnym horyzontem, Tabris wylądował na płaskowyżu, na którym po raz pierwszy wyszedł na ziemię. Zarena jeszcze nie przyleciała. Tabrisem szarpał bezsilny gniew, aż się z niego skry sypały, na co odpowiadały grzmotem i błyskawicami ciężkie, burzowe chmury wiszące nisko nad dzikimi rozpadlinami płaskowyżu.

Przeklęci ludzie, pomyślał i kopnął kamień z taką siłą, że ten odleciał wiele metrów dalej. Cholerni mnisi, do diabła z całym tym zadaniem!

Usłyszał szum skrzydeł i natychmiast twarz mu złagodniała. Była teraz obojętna i nieprzenikniona.

Stanęła przed nim Zarena.

Agresja między tymi dwojgiem była tak wielka, że powietrze wokół nich drżało. Ale rozmawiali ze sobą z chłodną rezerwą.

– To wszystko jest za łatwe, za proste – prychnęła Zarena. – Nie ma w tym nic zabawnego. Ludzie są tacy głupi. Dlaczego nie możemy ich po prostu zmiażdżyć między palcami i raz na zawsze z nimi skończyć?

– Mam rozumieć, że wykonałaś swoje zadanie? – spytał Tabris szorstko, jakby jej odpowiedź wcale go nie interesowała.

– Jakie zadanie? Wystarczy, że kiwnę palcem, a już chłopy lecą na wyścigi i popuszczają w spodnie.

– A kobiety?

– Kobiety są bez znaczenia.