Jakaś iskra wywołana grzmotem, napotkała inną z tych, którymi sypał Tabris, i w jednej chwili płaskowyż zalała fala ognia. Zarena zachichotała szyderczo:
– Jesteśmy dzisiaj w znakomitym humorze, jak widzę.
– No więc co takiego zrobiłaś? – zapytał, nie zwracając uwagi na jej złośliwości.
– Chyba nie jestem przed tobą odpowiedzialna za moje działania?
– Nie jesteś, dajmy temu spokój.
Ta odpowiedź zirytowała Zarenę, wyciągnęła ku niemu swoje mieniące się, żółtozielone pazury i syknęła:
– Najpierw uwiodłam małolata. Tego, który na sam mój widok robi się czerwony.
– Uwiodłaś go? A to dlaczego?
– Tak sobie, dla zabawy. Chciałam go odciągnąć od takiej jednej, cholernie fałszywej panienki o jasnych włosach.
Tabris uniósł górną wargę, odsłaniając ostre kły w nieprzyjemnym grymasie.
– Powinnaś być ostrożniejsza!
– Nie, do niczego nie doszło, bo ten starszy facet, taki surowy jak jakiś pastor przyszedł i wszystko zepsuł. No to ja go za to wywabiłam wieczorem na pustkowia, świętoszka. Leciał za mną na złamanie karku, a napalony był…
– Dosyć, już dziękuję! Co ty masz z tymi mężczyznami, to przecież nie należy do naszego planu, nie powinni cię wcale obchodzić.
– Przecież by mnie nie zjadł.
– A więc go nie uwiodłaś?
– Coś nam przeszkodziło.
Zarena nie chciała przyznać, że Antonio za nią szedł, bo myślał, że to Sissi, i że uciekł, gdy tylko zdał sobie sprawę z pomyłki. To zbyt przykre dla kogoś takiego, jak ona.
– Przecież chyba mam też prawo do odrobiny rozrywki – powiedziała ponuro i zaraz zapytała swoim zwykłym, aroganckim tonem:
– A ty, co robiłeś ze swoimi dziewczynami? Łaskotałeś je w różne miejsca, a potem sam musiałeś się zaspokajać ręką, bo jesteś za duży dla tych nędznych ludzkich bab?
– Ja bym żadnej z nich nawet nie dotknął – burknął Tabris, którego tak irytowały te zarozumiałe, obraźliwe wypowiedzi Zareny, że chętnie by jej przyłożył.
– No to co robiłeś?
– Dużo więcej niż ty. Załatwiłem sobie wejście do grupy. Będę im towarzyszył przez całą drogę jako ich przyjaciel Miguel.
W jego oczach płonął triumf. Zarena zrobiła się z zazdrości zielona jeszcze bardziej niż zwykle.
– Kłamiesz!
– Nie. Na pożegnanie odwiozłem ich do hotelu, gdzie mieszkają. Oni znaleźli coś, czego nie chcą mi pokazać. Jeszcze nie. Ale nabrali do mnie zaufania, a kiedy zapytali mnie o jakąś miejscowość, nie pamiętam nazwy, powiedziałem, że wiem, gdzie to jest. Poprosili mnie, żebym tam z nimi pojechał. Postaram się, żeby i później mnie potrzebowali.
Tabris zamilkł. Zarena przyglądała mu się podejrzliwie.
– Co ty ukrywasz? Ocknął się z zamyślenia.
– Nic. Miałem problemy z naszymi tak zwanymi zleceniodawcami.
– Z sępami? Jakiego rodzaju kłopoty? Przekroczyli swoje kompetencje. Zamierzali, wymordować tych ludzi, całą piątkę.
Zarena zachichotała.
– O, do diabła! Oczywiście, ja też miałabym ochotę uciszyć te bezczelne ludzkie pokraki, ale przez jakiś czas będziemy musieli trzymać się w ukryciu.
Tabris jej nie słuchał, pogrążył się w myślach, jego żółte, koźle oczy zwęziły się jak szparki.
– Jedno z moich ma specjalne zdolności.
– Ostatnim razem już to mówiłeś. Wtedy powiedziałeś nawet, że jest ich dwoje.
– Tak, ale teraz myślę o dziewczynie. Ona wyeliminowała jednego sępa.
Zarena ożywiła się.
– Jak to wyeliminowała?
– Nie wiem. Wypowiedziała kilka słów, uczyniła kilka znaków. Pozostałe sępy zamknęły ją w żelaznej dziewicy.
– O fuj! Wstrętne typy!
– Są po prostu głupi.
– Co się z tobą dzieje Tabris? Bez przerwy popadasz w zamyślenie.
– Co? Nie, myślę tylko, co mam robić w najbliższej przyszłości.
– To chyba proste! Trzeba się dowiedzieć, co oni zamierzają, i… – przeciągnęła ręką po gardle i zarzęziła wymownie.
– Tak – powiedział nieobecny myślami Tabris. – To będzie wielka rozkosz. Naprawdę wielka. Przeklęci ludzie!
– Przypadkiem zgadzam się z tobą całkowicie.
– Ja ich nienawidzę, oni mają uczucia!
Zarena spojrzała na niego zdumiona.
– Przecież my też je mamy, nie?
– Do innych?
Uśmiech Zareny był teraz szeroki.
– Nie no, ale co komu z tego przyjdzie? Każdy jest najbliższy sobie samemu. I wystarczy!
Tabris wpatrywał się przed siebie w milczeniu.
Zarena nie mogła już dłużej znieść jego zamyślenia. Prychnęła coś niezrozumiale i odleciała głośno machając skrzydłami.
Robi taki hałas jak wiszący w powietrzu helikopter, myślał Tabris pełen niechęci do swojej towarzyszki.
Znalazł sobie miejsce pośród skal na niewielkim wzniesieniu i usiadł ze spuszczoną głową, obejmując ramionami kolana. Skrzydła złożył niczym nietoperz i wyglądał jak jeszcze jeden sterczący występ skalny.
Wolno zaczął zapadać w sen, choć z trudem odzyskiwał spokój. Musiało minąć sporo czasu, zanim znienawidzony ludzki świat opuścił jego myśli.
Przedtem nie miał pojęcia, że aż tak nienawidzi ludzkość.
Intermezzo:
Kawałek stamtąd – w bezpiecznej odległości – siedziało pięciu pozostałych jeszcze katów inkwizycji; kulili się, choć szarpał nimi gniew. Mówili jeden przez drugiego, wściekle, w napięciu, trudno ich było zrozumieć.
„Patrzcie, on siedzi tam, to ten wielki kokon”.
„Na co on nam? Nie o takiego prosiliśmy”.
„Nie pozwolił nam zabijać! Już ich mieliśmy i nie wolno nam było dokonać zemsty!”
„To przeklęty diabeł! Odebrał nam najlepsze!”
„Już ich mieliśmy w naszej izbie tortur. Wróbelki wpadły nam prosto w paszczę”.
„On ich nam przyprowadził i nagle., taka zdrada!”
„Chyba nigdy nie nadarzyła się nam lepsza okazja. I chyba już nigdy takiej nie będziemy mieć”.
„Nawet nie marzyłem, że zbierzemy ich kiedyś wszystkich razem w takiej sytuacji. I w takim znakomitym miejscu”.
„W miejscu, które należy wyłącznie do nas, i w którym jesteśmy naprawdę silni”.
„To on dał nam siły, trzeba powiedzieć. Niezwykłe siły. A potem odebrał nam prawo korzystania z nich”.
Jeden z mnichów roześmiał się w złośliwym rozmarzeniu:
„Ale darli się, jak trzeba”.
Ponure oblicza pojaśniały.
„Nie zapomnieliśmy dawnej sztuki”.
„Och, jak rozkosznie było znowu wziąć w ręce narzędzia. Miecz na przykład. Uwielbiam woń ciała skwierczącego pod rozpalonym mieczem, uwielbiam go wbijać w skórę pod łopatkami”.
„Byłem absolutnie pewien, że ten stary to już nie żyje. Był kompletnie siny”.
„A ta dziewczyna, która odebrała nam jednego z braci? Sam widziałem, jak długie gwoździe dziewicy wbijają się w jej ciało, kiedy zamykałem dekiel”.
„Och, to była rozkoszna chwila”.
Wszyscy westchnęli.
„No a ty rozpiąłeś na ławie drugą z dziewczyn. Że też nie skorzystałeś z okazji, żeby sobie z nią pohulać!”
Mnich, do którego to się odnosiło, sposępniał. Ten przeklęty demon odebrał im możliwość rozprawienia się z przeciwnikami.
Znowu ogarnął ich ponury nastrój.
„Nie pozwalał nam zabijać. Mieliśmy ich i nie. mogliśmy nikogo uśmiercić”.
„Śmierć temu nietoperzowi na skale!”
„Śmierć! Śmierć!” – powtarzali kompani.
„Dopadniemy go we śnie!”
„Brać, brać go, bracia! Idziemy!”
Przeniknięci wolą walki poderwali się z ziemi. Krążyli nad demonem niezdarnie, nigdy bowiem do końca nie opanowali sztuki latania.
„On śpi – powiedział jeden. – Go robimy? Co robimy?”