Nie zastanowił się nad tym przedtem.
„Odeślemy go z powrotem tam, skąd przyszedł”.
„No właśnie! Najlepiej wepchnąć go z powrotem do dziury w ziemi”.
Był to jednak pomysł skazany na niepowodzenie.
„Zjeżdżaj, stąd! – syczeli niecierpliwie. Sio! Znikaj w swojej otchłani, którą tak dobrze znasz!”
Nie odważyli się jednak obudzić demona. Machali tylko rękami, starając się go odegnać tak, jak się odpędza kota. „A sio, sio!”
Tabris ani drgnął.
„Hallo, Mistrzu tam w dole, hallo – szeptał jeden z mnichów gorączkowo. – Zabierz go z powrotem. My go tutaj nie chcemy! Przyślij nam innego, Wielki panie i Mistrzu!”
Żadnej odpowiedzi, rzecz jasna nie otrzymali.
Zaczynali rezygnować.
„No to co teraz robimy?”
„Mam pomysł. Znakomity! Dźgnijmy go mieczem! * Rozpalonym do białości!”
„Tak! Tak!”
Ale nie mieli żadnego miecza.
„Wracajmy do naszej izby tortur! Trzeba przynieść miecze!”
Poderwali się znowu i odlecieli kawałek, ale tylko po to, by się przekonać, że ich izba tortur nie istnieje. Została w piętnastym wieku. Muzeum klasztorne w niczym nie mogło im pomóc. Było przecież czymś zupełnie innym.
Tym razem musieli więc zrezygnować. Ale następnym…! Następnym razem pokażą temu zdradzieckiemu demonowi. Klęli na czym świat stoi.
Bo co, jak co, ale kląć to oni umieli, ci pokorni słudzy, którzy zawsze działali w imieniu niebios. Tak przynajmniej twierdzili.
CZĘŚĆ CZWARTA. PONAD GRANICAMI
14
Jordi i Unni leżeli w hotelowym łóżku, rozdygotani, przytuleni mocno do siebie. On wsunął rękę pod jej głowę, spoczywającą na jego ramieniu. Unni obejmowała jego piersi w taki sposób, jakby się bała, że lada chwila zjawią się mnisi, by go jej odebrać, więc musi go bronić. Jordi tulił ją niemal kurczowo.
– Ja tego nie rozumiem – powtórzył po raz chyba dwudziesty. – Nie rozumiem, jak iluzja mogła być aż taka silna. To prawda, że mnisi znajdowali się na własnym terenie, ale przecież aż tacy wyjątkowi nie są.
Unni drżała jak w gorączce.
– Ciągle nie mogę się pozbyć wrażenia, że tam było coś jeszcze.
– Tak, coś, czego oni się bali, bo może jest od nich silniejsze.
Nawet nie zwrócili uwagi, że nie mówią „ktoś”, ale „cos. Jordi mówił dalej w zamyśleniu:
– Myślę, że to od tego czegoś pochodziła siła. Bo przecież to jednak niezupełnie była iluzja. To wyglądało na rzeczywistość.
– Ja też tak myślę.
Jordi pogłaskał Unni po policzku. Ona starała się przytulić do niego jeszcze bardziej.
– Prawie natychmiast straciłam cię z oczu, Jordi.
Tak strasznie mi ciebie brakowało, tak strasznie się o ciebie bałam.
– A ja o ciebie. Byłem śmiertelnie przerażony, bo nie wiedziałem, co się z tobą dzieje. Ja zostałem ciśnięty na kamienną posadzkę, Unni, wiesz, te rozpalone miecze były prawdziwe. My naprawdę znajdowaliśmy się w izbie tortur z piętnastego wieku. Czy mogliśmy wszyscy śnić ten sam „sen”? Czy można zemdleć, jeśli się przeżywa iluzję? Może ktoś jeden, bardziej wrażliwy, ale przecież nie wszyscy. Ta izba była równie prawdziwa jak wtedy, kiedy rycerze mnie naznaczyli.
– Nie, to niemożliwe. Znak rycerzy nadal masz na skórze, ale przecież nie został ci żaden ślad po tej straszliwej torturze, jakiej zostałeś poddany dzisiaj.
– To prawda. I właśnie tego nie mogę pojąć.
– Otóż to, Jordi. Ja też czułam jak gwoździe dziewicy wbijają się w moje ciało, najpierw w plecy a potem, po zamknięciu, wszędzie, nawet w twarz… w oczy… och, jak mnie to bolało!
Łzy znowu popłynęły jej z oczu i wybuchnęła rozpaczliwym szlochem.
Jordi dał jej tabletkę nasenną, którą przedtem dostał od Antonia. Sam zażył drugą.
Trzymał Unni mocno przy sobie.
– Unni, a tamto, o czym rozmawialiśmy mniej więcej dobę temu?
– Wiem, o czym mówisz? Czy mamy prawo się cieszyć?
– No pewnie! I pamiętaj, że mamy czas, nie musimy robić niczego pospiesznie.
Odwróciła się ku niemu gwałtownie.
– Masz na myśli aborcję? – spytała. – To w ogóle nie wchodzi w rachubę!
– No ale jeśli ja umrę? A przecież musimy się z tym liczyć!
– Czy w takim razie miałabym utracić jeszcze to jedyne, co mi po tobie pozostanie?
– Unni, najdroższa, jeśli ja umrę, to i ty zejdziesz z tego świata najpóźniej w trzy lata po mnie.
No tak, nie pomyślała o tym. Wtedy dziecko zostanie sierotą, w dodatku będzie musiało żyć z tym mieczem Damoklesa nad głową, że umrze w wieku dwudziestu pięciu lat.
– Wiele się nauczyliśmy – rzekła z uporem. – Zaszliśmy naprawdę daleko i możemy z tą wiedzą posunąć się jeszcze dalej. Tak, by dziecko mogło podjąć dalszą walkę w lepszych warunkach. Nie będzie musiało zaczynać od zera tak jak my.
Jordi westchnął. Zgadzał się z nią pod wieloma względami, ale żeby pozostawiać takie dziedzictwo maleńkiemu dziecku…?
– Antonio i Vesla z pewnością zechcą się nim zająć na wypadek, gdyby… – zaczął wolno. – Ale…
Głośno wciągnął powietrze.
– My musimy wygrać tę walkę, Unni, musimy zwyciężyć! Ja chcę zobaczyć moje dziecko, chcę widzieć, jak dorasta, żyć dla niego.
– Ja także, Jordi, ja także chcę tego samego. Ale mamy bardzo silnych przeciwników. A w dodatku wciąż ich jakby przybywa i są wciąż silniejsi.
– No właśnie.
Jordi uniósł rękę i palcem rysował w powietrzu jakieś znaki. – Przedtem właściwie nie miałem życia. Owszem, był przy mnie Antonio, żyłem jego życiem. Potem spotkałem ciebie i miałem już dla kogo żyć. A teraz tym bardziej. Ja muszę żyć, Unni!
Po to, byś i ty mogła żyć. I dziecko. My wszyscy troje.
– Myślę podobnie jak ty, ale chyba nie we wszystkim masz rację. Trzeba żyć nie tylko dla innych, Jordi. Musisz też myśleć o swoim własnym życiu. Pomyśl o tych setkach tysięcy ludzi samotnych, czy ich życie nie jest wartością samą w sobie? Chociaż nie są z nikim bezpośrednio związani?
– Tak, masz oczywiście rację. Człowiek jest odpowiedzialny także za własne życie. Powinien się cieszyć ze względu na siebie i martwić też ze swojego powodu. To jest prawo, a nawet powinność każdego z nas. Często jesteśmy tak bardzo skoncentrowani na sobie… To prawda. Ale… Unni jedź do domu! Zaraz! Boję się o ciebie i o nasze dziecko. Sytuacja tutaj zaczyna być niebezpieczna, a ja nie chciałbym się martwić o nikogo prócz siebie teraz, kiedy zbliżamy się powoli do końca naszej strasznej wędrówki.
– Zapomnij o tym! – zaprotestowała Unni stanowczo. – Uważasz, że dla dziecka będzie lepiej, kiedy ja będę siedziała w domu i umierała ze strachu o ciebie? Że być może cierpisz, albo konasz gdzieś, a mnie przy tobie nie ma? Nie, nie będziemy więcej o tym rozmawiać!
Jordi zrezygnował. Tabletki zaczynały działać.
– Powinniśmy zadzwonić do Vesli. I do Antonia – rzekła Unni sennie.
– Teraz? Kwadrans po czwartej nad ranem? Chyba by się specjalnie nie ucieszyli – odparł Jordi z ironią.
– Ale przecież mamy radosne nowiny! Poza tym zastanawiam się, co z tamtymi, czego dokonali od naszej ostatniej rozmowy, kiedy to znaleźli różę.
– Zadzwonimy wcześnie rano, zaraz po przebudzeniu – obiecał Jordi. – Wierz mi, będą wdzięczni, że zaczekaliśmy.
Tu, niestety, Jordi się mylił. Ale przytulił Unni mocno i nareszcie mogli zasnąć.
Sen mieli jednak pełen koszmarów.
Pedro i Gudrun leżeli trzymając się za ręce i wpatrywali się w ciemność.
– Teraz widzę, że przeszłam przez to stosunkowo lekko – powiedziała Gudrun. – Mimo wszystko było to trudne do zniesienia. Ale myślę sobie, że ta obręcz musiała być dla ciebie straszna.