Выбрать главу

– I była… Nie, nie jestem w stanie o tym mówić, dostaję mdłości. Wiesz, przez chwilę myślałem, że to jest kara. Za grzechy.

– Ja też tak myślałam – przytaknęła Gudrun. – Za to, co zrobiliśmy Flavii. Bo chyba oboje mamy takie same wyrzuty sumienia.

– To wszystko dlatego, że ani ty, ani ja nie umiemy nikogo ranić. A to, co się stało, to nie była żadna osobista kara dla nas, wszyscy członkowie grupy przeszli przez tortury.

– No właśnie. Zupełnie nic z tego nie rozumiem!

– Dziękuję Bogu, że mam ciebie, Gudrun. W najstraszniejszych chwilach myślałem o tobie. A kiedy wszystko się skończyło, dziękowałem Najświętszej Dziewicy i mojemu świętemu opiekunowi, że ty zostałaś uratowana.

Gudrun pomyślała, że jej zdaniem owi święci powinni być przy nich od początku, to uniknęliby tej grozy, która z pewnością wryje się w ich dusze na zawsze. Gudrun już bardzo dawno temu utraciła wiarę w Boga, który chce tylko najlepszego dla swoich dzieci i który nieustannie nad nimi czuwa. Ona sama straciła wszystkich najbliższych, ale nie zauważyła, aby ktokolwiek chociaż palcem kiwnął, by w tym przeszkodzić albo chociaż złagodzić jej ból.

– Podziękuj także w moim imieniu – poprosiła Pedra. Uważała, że jego wiara jest piękna, wzruszało ją to. Przekleństwo odebrało mu ojca i matkę a także brata, a on wierzył mimo wszystko. Głęboko i pokornie.

Gudrun bardzo by chciała, żeby i jej była dana taka wiara. Zwłaszcza teraz bardzo tego potrzebowała. Walczą oto ze złym losem o przyszłość jedynego krewnego, jaki jej został, wnuka Mortena.

Przytuliła się do Pedra i myślała o tych długich, samotnych latach, które przeżyła jako wdowa. Nigdy by jej nawet przez głowę nie przeszło, że pewien wielki arystokrata hiszpański będzie kiedyś tyle dla niej znaczył. I że na dodatek będzie ją najwyraźniej wielbił. Ją, kobietę z lodowatych krańców zimnej Norwegii, on, taki światowiec… To naprawdę niepojęte. Ale jakie cudowne, rozkoszne i jakie bezpieczne!

Pedro chyba przeczuwał, o czym Gudrun myśli, bo wyszeptał:

– Nigdy jeszcze nie spotkałem kogoś takiego jak ty, Gudrun. Taką prostolinijną, taką silną, a mimo to kobietę, którą mogę się opiekować.

Przysunęli się pod kołdrą jeszcze odrobinę bliżej i próbowali wymazać pamięć niedawnych przeżyć w izbie tortur. Szukali u siebie nawzajem pociechy.

Niełatwo było jednak zapomnieć.

Juana siedziała w swoim pokoju na łóżku. Jordi i Unni zaproponowali, by spała u nich, ale zapewniała, że znakomicie da sobie radę sama.

Juana zawsze była realistką. Dzisiaj jednak jej świadomość została wstrząśnięta do głębi. Wiedziała, że naprawdę leżała rozpięta na urządzeniu do straszliwych tortur i czuła, że jej członki są wyrywane ze stawów, a zęby piły wbijają się w ciało. I że z bólu straciła przytomność. To naprawdę nie był sen.

Przeniknął ją gwałtowny dreszcz. Chociaż z drugiej strony, w całej tej grozie były też sympatyczniejsze punkty.

Twarz Juany rozjaśniła się w łagodnym uśmiechu na to rozkoszne wspomnienie.

Miguel.

Obiecał, że następnego dnia będzie im towarzyszył w podróży. Jordi najwyraźniej odnosił się do tego sceptycznie, uważał, że nie powinno się dopuszczać zbyt wielu nowych do tajemnicy. Ale to przecież jest Miguel! Najwspanialszy mężczyzna jakiego spotkała. Miguel w jakiś sposób przypominał Jordiego. Nie w szczegółach, ale jego styl, sposób chodzenia, gesty, uśmiech…

Miguel był jakby bardziej chłopięcy, młodzieńczy. Mimo to coś w jego oczach wskazywało, że taki młody już nie jest, no w każdym razie nie jest chłopcem. To coś wydawało jej się… prastare?

Nie no to brzmi tak głupio, Juana musiała się roześmiać. Ale oczy to jednak ma dziwne. Niby całkiem zwyczajne, ale czasami pojawia się w nich jakiś zielonkawy błysk, a czasami żółty, coś przeźroczystego, jakby się zaglądało w tysiącletnią otchłań…

No, proszę, ona znowu ze swoimi idiotycznymi sformułowaniami.

Zdawała sobie sprawę z tego, że może zbyt mocno nalegała na Jordiego, by Miguel mógł im towarzyszyć. W końcu jednak, ku jej niewypowiedzianej radości, Jordi się zgodził. Nie mieli przecież nikogo innego, kto mógłby im pokazać drogę do następnego punktu.

Dokładnie studiowali mapę na kawałku skóry. Była dość zniszczona, ale znajdowało się na niej tylko jedno jedyne słowo, w końcu nabrali pewności, że słowo to brzmi: VEIGAS.

Nikogo to specjalnie nie zdziwiło. Tylko że nikt nie wiedział, gdzie się to znajduje. Nawet Juana musiała się z wielką niechęcią poddać. Wyglądało na to, że miejscowość jest maleńka i trudno ją znaleźć na jakiejkolwiek mapie.

Tymczasem Miguel wiedział. Obiecał pojawić się w hotelu o dziesiątej. Przedtem miał jeszcze coś do załatwienia.

Och, żeby już jak najprędzej nastał dzień!

Jordi i Unni ocknęli się po stanowczo zbyt krótkim śnie na dźwięk telefonu komórkowego.

Było dopiero wpół do siódmej. Dwie godziny snu z koszmarnymi wizjami o zamknięciu w żelaznej dziewicy najeżonej gwoździami, o mieczu przypiekającym nagą skórę.

Właściwie to miło było się obudzić.

Telefonował Antonio, w jego głosie słychać było ogromną ulgę:

– Bogu dzięki, nareszcie ktoś odpowiada! Dzwoniliśmy do was niezliczoną ilość razy. Co się z wami działo?

Jordi wahał się przez chwilę, jakby nagle zajrzał w nieskończoność.

– Byliśmy daleko. Bardzo, bardzo daleko! Dziesięć tysięcy mil od tej październikowej nocy.

Na tym połączenie zostało przerwane. To wina wysokich gór w Kraju Basków. No ale przynajmniej nawiązali jakiś kontakt. Zawsze to pociecha.

15

To prawda, Tabris miał tego ranka wiele do załatwienia. Jako Miguel biegał po Santiago de Compostela i szukał po biurach turystycznych oraz księgarniach kartograficznych.

W końcu gotowy do podróży przyszedł do hotelu i spotkał się grupą.

Juana nie potrafiła ukryć rumieńca radości na jego widok. Nerwowo dotykała rękami to obrusa, to włosów, to znowu notatnika, co widząc Unni, nie mogła opanować zatroskania. Pamiętała jednak, jak ona sama się czuła w pierwszych dniach znajomości z Jordim, więc świetnie rozumiała Juanę. Miguel był i przystojnym, i bardzo sympatycznym młodym człowiekiem, było w nim jednak coś, czego nie potrafiła zdefiniować. A Unni miała bardzo czujne anteny, jeśli chodzi o ludzi. Wciąż się zastanawiała, co to może być.

– Jest tak, jak powiedziano – rzekł Jordi: – „Rzymianie ochrzcili okolicę, ale nie wiedzieli nic o Veigas”. To właśnie już dawniej przeczytaliśmy o tej małej, zapomnianej wiosce.

– Chyba nie mówimy teraz o owej zapomnianej wsi, która miała być samym celem? – wykrzyknęła Gudrun.

– Nie, to by było za wiele szczęścia. Teraz chodzi tylko o etap w drodze. Przypuszczalnie jest to stacja graniczna, jeśli nasze wyliczenia są właściwe. Przypomnijcie sobie napis na habicie Jorgego: „Las fronteras – granice. – Podążajcie śladem innych – znaczy innych niosących skarby – ze wschodu na zachód – z zachodu na wschód. Wieś pustkowie chleb przełęcz puchary groty groty”. Znajdujemy się teraz najdalej na wschód i mamy podążać na zachód. Tam jest, o ile dobrze rozumiem, „wioska” podobna do Veigas. O którym Rzymianie nic nie wiedzieli. Miguel, powiadasz, że znasz Veigas. Powiedz nam teraz, gdzie ono leży!

– Chętnie – zgodził się Miguel i zasiadł nad mapą. – Ja sam nigdy tam nie byłem, ale miejscowość jest obecnie znana. Chociaż dopiero w ostatnich dziesięcioleciach. Jest to miejsce, że tak powiem, nowo odkryte.

Jego kształtne palce przesuwały się po mapie.

– Rzymianie, o których wspomniałeś, ochrzcili okolicę nazwą Taramundi…