Выбрать главу

– Owszem – przytaknął Jordi. – Mundi to słowo łacińskie i dokładnie znaczy: świata. O to, co znaczy tara, będziemy musieli spytać Flavię.

Palec Miguela szukał. Juana wpatrywała się weń jak zaczarowana.

– Tutaj – powiedział. – Między Lugo i Ribadeo, na wybrzeżu. Tam, na zupełnych pustkowiach… leży Taramundi.

Wszyscy mogli to zobaczyć.

– A Veigas?

– Veigas jest za małe, żeby je umieszczać na mapach. Cała okolica wokół Taramundi była bardzo biedna aż do czasów, gdy władze zwróciły uwagę na ten zapomniany dystrykt. I odnaleziono tam wówczas, w głębokich dolinach, kilka wiosek. Na przykład Veigas, które nie zmieniło się od osiemnastego wieku.

– Ale ludzie tam mieszkali? – spytała Unni.

– Oczywiście. Tylko że trzeba tam iść piechotą jakieś trzy godziny z Taramundi.

– I nikt o nich nie wiedział?

– Owszem! W Taramundi znali wszystkie okoliczne wioski. Latem mieszkańcy mogli iść brzegiem strumienia do Taramundi, by tam prowadzić handel wymienny. W głębi doliny mieszkali na przykład znamienici kowale. W okresie zimy byli absolutnie odcięci od świata.

– A czy teraz ktoś tam mieszka?

– Tego nie wiem.

– Tylko spójrzcie! – zawołała nagle Gudrun. – Taramundi leży dokładnie na granicy między Galicią i Asturią!

– Wspaniale! – ucieszył się Jordi. – Musiało to być ich miejsce graniczne. Trzeba tam jechać. Natychmiast!

Podróżnych było tak wielu, że należało wyruszyć w dwa samochody. Juana najchętniej zabrałaby do swojego wozu tylko Miguela, ale to jej się nie udało. Przeciwstawili się temu i Jordi, i Unni, choć powodu Juana nie rozumiała. Oni wzięli jej samochód i pojechali nim sami, ona zaś z Miguelem, musiała zając tylne siedzenia w dużym, wynajętym wozie, który prowadził Pedro, a obok niego siedziała Gudrun.

No trudno, pogodziła się Juana z losem. Przynajmniej mogę siedzieć obok niego.

Opuścili Santiago de Compostela i jechali El Camino, drogą pielgrzymów, w stronę Lugo.

Juana siedziała napięta niczym struna, zafascynowana swoim sąsiadem do granic przytomności.

Przypominała sobie swoje drobne miłostki i zadurzenia w kolegach klasowych, w nauczycielach, potem kolegach ze studiów… Za każdym razem była absolutnie przekonana, że właśnie ta miłość przetrwa całe życie. Nic innego nie mogło wchodzić w rachubę.

Te uczucia wypalały się jednak bardzo szybko, umierały często z braku pożywienia. Juana miała pewne bardzo wysokie wyobrażenie na temat sympatii dusz, uważała, że poważna, głęboka rozmowa i rozległa wiedza, to najlepsi budowniczowie mostów między dwojgiem ludzi. Patrzyła z wyższością na swoje lekkomyślne koleżanki i sądziła, że chłopcy powinni dostrzegać ich duchową pustkę. Ona sama lubiła opowiadać chłopcom, jak jej ciężko, jak ponuro – patrzy na świat, i o swoich studiach.

Ale te głupie chłopaki niczego nie rozumiały. Przeciwnie, śmiali się i flirtowali z mało poważnymi dziewczynami, Juana zaś niemal zawsze musiała do domu wracać sama, z raną w duszy, bo na przykład wyznała uczucia jakiemuś niewdzięcznikowi, albo co gorsza – o wstydzie! – wysłała do niego z takim wyznaniem list.

Kiedy teraz siedziała w samochodzie i patrzyła na boleśnie piękny krajobraz Galicii, taki pusty i wymarły, wszystko zdawało się odmienione. Bliskość Miguela, choć siedział w drugim kącie, była przytłaczająca, wsysająca, Juana mogłaby powiedzieć: manipulująca, ale tak myśleć nie chciała. To, rzecz jasna, określenie niewłaściwe. Czuła się jak zaczarowana. Po prostu.

Piękna przygoda z Unni i Jordim oraz rycerzami otworzyła jej oczy na nowy świat, w którym śmiech i humor są ważnym elementem bliskości z innymi ludźmi. Juana trochę… no cóż, trochę kokietowała Jordiego. Szybko jednak zdała sobie sprawę z tego, że on należy do Unni i nikt inny się nie liczy. Ale wspólnota z nimi i ta próba uwodzenia Jordiego coś w niej poruszyły.

Teraz się z tego cieszyła. Cieszyła się ze swoich modnie ostrzyżonych włosów, z nowych strojów i nowej twarzy. Z tego całego sprzątania, jak to nazywała. Starannie wyskubanych brwi, usunięcia tego, co zbędne, oraz, że zdecydowała się na dobre kremy, soczewki kontaktowe, odpowiedni makijaż. Wyglądała teraz naprawdę interesująco, co ze zdziwieniem stwierdziła patrząc w lustro. Nauczyła się też uśmiechać, a nawet śmiać. Właściwie nie było nikogo, kto chciałby słuchać ponurych opowieści o jej zmaganiach z życiem, znacznie łatwiej nawiązywała kontakt z ludźmi dzięki poczuciu humoru i pogody ducha.

Spotkanie z Miguelem odmieniło wszystko. Wyczuwała jego bliskość każdym nerwem, każdą cząsteczką skóry.

Pedro przez cały czas gadał. Dyskutował z Gudrun i Miguelem, komentował to, co mijali po drodze, raz po raz starał się też wciągać do rozmowy Juanę, ona zaś starała się odpowiadać jako tako rozsądnie, w gruncie rzeczy jednak była ogłuszona niebywale silną osobowością Miguela. Był dla niej niczym Anioł Stróż, tak jej się zdawało. Widziała to także w jego oczach oraz w chwili, gdy chciał położyć rękę na jej dłoni. Doznała wtedy jakiegoś dziwnego, rozkosznego oszołomienia i bliska desperacji zastanawiała się, w jaki sposób mogłaby w przyszłości kontynuować znajomość z nim. Wkrótce dotrą do Taramundi, a potem. – wszystko się skończy?

Jordi dostał telefon od Antonia.

– Jordi, nie mogę się porozumieć z Veslą. nie odpowiada.

– No właśnie, my też próbowaliśmy się z nią skontaktować. Widocznie poszła na zakupy.

– Zwykle wszędzie zabiera komórkę. Czy mógłbym porozmawiać z Unni?

Unni przejęła telefon.

– Słuchaj, czy ty masz ze sobą telefon do swojej mamy do pracy? Może ona coś wie.

– No jasne, zaczekaj, znajdę w notatniku… Połączyli się z matką Unni, Inger Karisrud, ale ona nie wiedziała, co się stało z Veslą. Miała natychmiast pójść do niej i sprawdzić.

Unni i Jordi siedzieli w samochodzie w milczeniu, Wszelkie możliwe myśli na temat losu Vesli samej w Norwegii cisnęły im się do głów.

W ukryciu

Tommy, Kenny i Roger przyjechali do Bilbao, Alonzo wyszedł z aresztu i był przyjmowany przez Emmę. Siedzieli wszyscy razem w małym mieszkanku należącym do jednego z ludzi Alonza. Pokój był czarny od dymu, cuchnęło resztkami jedzenia z ostatniego tygodnia. Emma czuła się tu potwornie nie na miejscu.

Ale czego się nie robi dla skarbu?

– Oni się rozdzielili – powiedział Alonzo, ów piękniś i uwodziciel o bardzo małym rozumku, żeby się posłużyć określeniem Kubusia Puchatka. – Moi ludzie ich tropią. Jedna grupa jedzie samochodem tutaj, w głąb kraju. Druga poleciała samolotem do Santiago de Compostela. Mój chłopak też poleciał, ale mówi, że trudno ich śledzić tak, żeby nie być widzianym.

– Trafna obserwacja – prychnęła Emma ze złością. Nie cierpiała tych pomocników Alonza. Rozbierają ją oczyma, ale to bez znaczenia. Cieszyła się, że tutaj żadnego nie ma.

– Wczoraj na chwilę stracił ich z oczu – musiał przyznać Alonzo, zaraz jednak dodał pospiesznie: – Ale dzisiaj ich znajdzie, chyba wrócili na noc do hotelu.

– Byłoby dla niego najlepiej, żeby ich znalazł – stwierdziła Emma cierpko.

– Czy te wszystkie rozjazdy mają naprawdę takie znaczenie?

– Człowieku, ty nie wiesz, o czym gadasz! Pominąwszy już różne drobne kosztowności, które same w sobie warte są oszałamiająco wielki majątek, to każda prowincja miała swój specjalny skarb. Leon dowiedział się tego od moich przodków. Teraz chodzi o miliardy.

– Jakie to na przykład skarby? – spytał Roger, który był w grupie stosunkowo nowy.

Emma posłała mu spojrzenie, które zdawało się mówić: „Ty nie masz tu nic do szukania”, i zaczęła wyliczać na palcach: