Выбрать главу

– Galicia miała swoje Święte Serce. Nawet nie mam odwagi pomyśleć, ile milionów jest warte. Początkowo należało do Wizygotów i było ogromne. Masywne złoto wysadzane diamentami i niebywale wielkim rubinem. Asturia miała złotego ptaka z Ofir, zdobytego na Maurach bardzo, bardzo dawno temu. Skarb Kantabrii był mniejszy, już nawet nie pamiętam, co to takiego, w końcu Kantabria nigdy nie była królestwem. Darem Vasconii były dwie korony z czystego złota, wysadzane szlachetnymi kamieniami, przeznaczone dla młodej pary królewskiej…

Emma umilkła.

– No a Nawarra? – spytał Kenny, który najwyraźniej dobrze się przygotował.

Na twarzy Emmy pojawił się wyraz irytacji.

– To miał być dar najwspanialszy, nikt jednak nie wie, co to takiego było.

Emma nie lubiła czegoś nie wiedzieć, chciała mieć przewagę we wszystkim.

– Coś magicznego, otoczonego mistyczną sławą – próbowała ratować sytuację.

Odezwał się telefon. To Hiszpan Manuelito. Chciał, by go nazywano Manolete, jak legendarnego torreadora Hiszpanii, ale nikt nie chciał tego czynić. To by było świętokradztwo, uważało jego otoczenie.

Manolete raportował, że grupa zachodnia opuściła Santiago de Compostela i że jest cholernie trudno ich śledzić. Zatrzymali się w Lugo i poszli do restauracji na lunch, potem jechali przez jakiś czas na północ, ku morzu. Manolete nie mógł im siedzieć przez cały czas na kole, więc w końcu stracił ich z oczu. Ale spokojnie, zapewniał, zaraz ich znowu znajdzie, jest urodzonym psem tropiącym. Zna wzór ich opon, wszystko pójdzie dobrze.

Emma i Alonzo byli raczej umiarkowanie zadowoleni z raportu.

– Nie siedź przy mnie tak blisko, Tommy – syknęła Emma. – Może mi jeszcze usiądziesz na kolanach?

– Nigdy by mi to nie przyszło do głowy – burknął urażony Tommy, który właśnie o czymś takim fantazjował w nocy i za dnia. – Tu jest tak cholernie ciasno!

– Tak? A myślałam, że zdążyłeś się przyzwyczaić do celi – mruknęła. – A jak tam Pepito?

Obaj pomocnicy Alonza byli mężczyznami wyjątkowo niskiego wzrostu, stąd te zdrobnienia imion, kończące się na – ito.

Odpowiedź, jaką miał Alonzo, była tak mało satysfakcjonująca, że ją prawie wyszeptał:

– Pepito stracił ze swoimi kontakt zaraz za Bernedo. Ma dać znać, jak ich znowu odnajdzie.

– Bernedo? W Bernedo to oni byli wczoraj!

– Wiem, ale znajdzie ich na pewno.

– Czego oni do cholery szukają? – denerwował się Roger. – I każda grupa w innym miejscu? Co to za przeklęty ślad, który tropią?

– Właśnie tego mają się dowiedzieć moi ludzie – rzucił niecierpliwie Alonzo. – A kiedy już to zrobią, wtedy uderzymy, przejmiemy całą koncepcję.

Najlepiej, żeby doszło do tego jak najszybciej, pomyślała Emma. Bo to wszystko zaczyna być nie do zniesienia. Jak długo jeszcze wytrzymam z tymi neandertalczykami? Chyba muszę znowu pogadać Z moimi drogimi, cuchnącymi, czarnymi upiorami.

Tommy był wciąż naburmuszony, że go odepchnęła. Alonzo mówił o niej żelazna dziewica i Tommy gotów był mu przyznać rację.

W głębi kraju, daleko od Bilbao, jechał wielki, kosztowny samochód.

– Teraz już wiemy, gdzie oni się podziewają – powiedział wysoki, chudy mężczyzna o bardzo wyrazistych rysach. – Zaraz ich dopadniemy! Są w drodze do celu, obie grupy, każda zbliża się do niego od swojej strony.

– Tak jest – potwierdził Thore Andersen. – I co wtedy z nimi zrobimy, szefie? Chudy nienawidził, żeby go nazywali szefem. Uważał, że jest na to za elegancki.

– Nic – odparł krótko. – Zostaw to mojemu asystentowi! My nie musimy nawet palcem kiwnąć. Wiemy wszystko o dolinie, mamy pisma i dokumenty, których oni nie znają. Chodzi tylko o to, żeby tam dotrzeć, a wtedy już wszystko będzie nasze, cały problem, że nie wiemy, gdzie ta dolina leży. To była zagadka przez ostatnie pięćset lat.

– Więc musimy im pozwolić, żeby odnaleźli dolinę – roześmiał się Thore zadowolony. – A wtedy… będę mógł użyć żelazo, prawda?

– Wtedy będziesz miał prawo zrobić z nimi, co zechcesz. Nic już dla nas nie będą warci. A świadkowie chyba nie są nam potrzebni, nie?

Obaj byli zadowoleni z obrotu spraw.

W swoim świecie zła i małości pięciu pozostałych jeszcze katów inkwizycji siedziało i gapiło się gdzieś ponad krajobrazem, którego nie dostrzegali.

Wszystko poszło nie tak, ten głupi demon, którego im dano jako „pomoc”, zniszczył ich wspaniałą izbę tortur. Jak on mógł coś takiego zrobić? Odebrać im radość patrzenia na umieranie znienawidzonych ofiar? To straszne, od znacznie mniejszych rozczarowań można dostać wrzodu żołądka. Pod warunkiem, że się ma żołądek. Ale oni, tak, oni mieli żołądki. W pewnym sensie mnisi funkcjonowali tak, jakby nadal byli istotami żyjącymi. Ale mieli też inne zdolności. Potrafili na przykład znikać – wzbić się w powietrze i przepaść nie wiadomo gdzie.

Teraz jednak trzymali się na uboczu. Z minami cierpkimi, jakby napili się octu.

Świetnie zakamuflowany, pod postacią sympatycznego, przyjaznego Miguela, Tabris siedział w samochodzie i z całego serca nienawidził łudzi, z którymi przyszło mu się spotykać. Nienawidził zadania, jakie mu przydzielono. Czekał tylko na moment, kiedy skończy już z tą sprawą i będzie mógł wycisnąć życie z tych śmiesznych kreatur, otaczających go w samochodzie.

A także z dwojga pozostałych, w drugim samochodzie. Tamtych jednak nie był całkiem pewien. Nie bał się ich, to jasne, ale widział, że oni trzymają się od niego z daleka.

Czyżby mogli się czegoś domyślać?

Zarena uczepiła się swoich ludzi. Tylko że teraz była nieco ostrożniej sza. Uważała, żeby jej nie zobaczyli. Mogła zmieniać postać, jak tylko chciała, było jednak oczywiste, że zdradzają ją oczy, te jej kocie oczy.

Koniecznie musi zdobyć takie czarne ochraniacze na oczy, jakie widziała u niektórych ludzi.

Ale nudne zadanie przypadło jej w udziale! Nie dano jej prawa zrobienia czegokolwiek z tymi ludźmi. A byłoby przecież zabawne przeżyć małą przygodę w ludzkim świecie. Tylko że oni do niczego się nie nadają. Jak mogłaby się zabawić z takimi sierotami?

Z Tabrisem też zadawać się nie mogła. Należał do zupełnie innej klasy demonów niż ona i nigdy nie było zwyczaju, by obie grupy miały ze sobą coś wspólnego. Krewniacy Tabrisa byli na to zbyt wytworni, zbyt wielcy. Tyle tylko że w królestwie Ciemności nie mieli za dobrej pozycji, Zarena dobrze o tym wiedziała. Uważano ich za przesadnie „czystych”.

Natomiast ona w domu zajmowała dobre miejsce. Tęskniła, by tam wrócić. Niechby już jak najszybciej uporać się z tym zadaniem tutaj, na górze.

Gówniane ludziki!

W górach, w gęstym lesie siedział Leon – Wamba, a może raczej Wamba – Leon, bo z tego ostatniego niewiele już zostało. Siedział przed swoją grotą, niedaleko skarbu, choć akurat o tym nie wiedział, i czekał.

Kiedyś przecież przyjdą.

A wtedy on powinien być gotowy.

Tak więc grupa poszukiwaczy zapomnianej doliny miała licznych przeciwników. I bardzo różnych, działających z odmiennych motywów. Wszyscy jednak byli tak samo wrogo nastawieni do tych dziewięciorga, którzy próbowali znaleźć ratunek dla rycerzy oraz ich potomków.

Zarena odszukała mnichów. Ściśle biorąc to ich do siebie wezwała, a oni przybyli.

Nie lubili oglądać jej pod postacią demona, nie mieli wtedy odwagi się do niej zbliżać, wobec tego zmieniła się w piękną i pociągającą kobietę.

Wtedy podeszli. Oblizywali się obleśnie swoimi czarnymi jęzorami, a oczy im błyszczały tak, jak w żadnym razie nie powinny u mnichów zobowiązanych do celibatu.

Zarena była zirytowana.

– Ja wiem – powiedziała – wiem, że musimy się włóczyć za tym robactwem, aż doprowadzą nas do celu. Takie jest życzenie naszego Pana i Mistrza. Ale czy oni wszyscy muszą nas do tego celu prowadzić? Czy nie można by grupy odrobinę ograniczyć?