Jeden z mnichów, wyłamując ręce o długich, czarnych paznokciach, powiedział przypochlebnie:
– No właśnie to usiłujemy przez cały czas zrobić! Ale oni trzymają się siebie niczym rzepy. Oczywiście, że popieramy propozycję waszej wysokości.
– Świetnie! Oni mnie okropnie irytują. Zaczniemy od tych całkiem zbędnych. Komu musimy towarzyszyć przez całą drogę?
Kaci mieli teraz rozbiegane oczy.
– Wasza wysokość nie powinna tykać tych dwojga znających się na czarach.
– W mojej grupie nie ma żadnych czarowników – prychnęła Zarena.
– To prawda. Oni są w grupie kolegi waszej wysokości. Ściśle biorąc to nikt z grupy waszej wysokości nie jest niezbędny. No nie, jeden jest. Brat. Powiedziano bowiem, że dwóch braci odnajdzie skarb.
Przez twarz Zareny przemknął złowrogi cień.
– Czy oni naprawdę szukają tylko zwyczajnego skarbu?
– Nn – nie – odparł kat – Nie, mają inne cele Nieznane. Nie chciał się wdawać w historię rycerzy. Była ona pełna zbyt kompromitujących szczegółów jeśli chodzi o wkład katów inkwizycji.
– Brat? – powtórzyła Zarena. – To ten przystojny mężczyzna, prawda? Antonio ma na imię?
– Zgadza się. Zastanawiała się przez chwilę.
– W takim razie ja ich rozdzielę. Będę usuwać jedno po drugim, a ten cały Antonio zostanie pozbawiony wszelkiej pomocy. Najpierw trzeba im odebrać owe małe zabaweczki, do których oni mówią. Rozmawiają ze sobą na bardzo duże odległości. To dla nas niebezpieczne.
– A druga grupa? – spytał mnich z nadzieją w głosie. Teraz z kolei Zarena odwróciła wzrok.
– To jest problem Tabrisa – prychnęła. – Ale porozmawiam z nim, powiem mu, żeby zrobił to samo co ja. Zachował najważniejszych, a odrzucił śmieci.
Potem, wciąż zirytowana, popatrzyła na swoich rozmówców.
– No, teraz już nie mam dla was więcej czasu. Jazda stąd!
A ponieważ nie od razu posłuchali, tylko wciąż się gapili na jej wspaniałe ciało, osłonięte tylko lekką szatą, Zarena ponownie zmieniła się w demona i wstrząśnięci mnisi zaczęli uciekać, potykając się jeden o drugiego. Przewracali się i z trudem podnosili z ziemi.
Zarena uśmiechała się nienawistnie.
Ale nie miała zamiaru słuchać ich rady. Przynajmniej nie w całości. Owszem, oszczędzi Antonia, zostawi go na koniec, ale to przede wszystkim z nim pragnęła się rozprawić. Bo jest taki cholernie podejrzliwy.
16
Jakieś rozproszone, zielonkawe światło, nie wiadomo skąd…
Wielka cisza. Ale z tej ciszy docierają tykające, stukające dźwięki. Rytmiczne, usypiające.
Vesla odwraca lekko głowę. Nie jest w swoim domu. Nie jest też u Karlsrudów. To zielonkawe światło to z nocnej lampki.
Zapach? Bardzo dobrze znany. Szpital.
Nie!
Dziecko?
Dzięki ci, dobry Boże, dziecko jest jeszcze w niej!
Wróciła pamięć. Vesla wybrała się do ośrodka zdrowia. I tam, podczas badania poczuła, że traci świadomość.
Bardzo praktyczne miejsce, żeby zemdleć!
No a teraz się ocknęła na szpitalnym łóżku. Była noc, a może wieczór, lub wczesny poranek, październikowe noce są takie długie.
Widziała teraz coraz więcej. W pokoju było kilka łóżek. Na jednym z nich ktoś leżał, słyszała spokojny oddech.
Coś przez cały czas pikało i błyskało w aparaturze obok niej. Na nadgarstku miała bandaż. Spod niego wystawała kaniula, a długi wąż łączył ją z czymś, czego nie mogła zobaczyć.
Co jej dolega?
Czy to może palec losu? Może właśnie los ją ostrzega: „Pozbądźcie się tego dziecka! Nie bądźcie egoistami. Czy naprawdę chcecie sprowadzić na świat istotę, którą czeka taka przyszłość? Ze będzie musiało umrzeć w wieku dwudziestu pięciu lat?”
Znowu pojawiło się uczucie bezradności, które tak dobrze znała. Czy oni naprawdę pragną tego dziecka? Czy nie byłoby dla niego lepiej, gdyby w ogóle nie ujrzało tego świata? Może jej choroba to właśnie znak?
Vesla skuliła się. Tak strasznie pragnęła urodzić dziecko Antonia. Musi z nim jak najszybciej porozmawiać, dowiedzieć się, jak daleko zaszli w poszukiwaniach i czy można mieć nadzieję na rozwiązanie zagadki.
Po omacku szukała torebki, ale nie było jej w pobliżu. Szuflada nocnej szafki? Tam też nic. Żadnej komórki, normalnego telefonu na ścianie w sali też nie zauważyła. Tylko dzwonek do pielęgniarki.
Czy powinna zadzwonić?
Nie musiała, bo nocna pielęgniarka sprawdzała właśnie, czy wszystko w porządku.
– Nie śpisz? – spytała Veslę szeptem. – No i jak się czujesz? Wszystko w porządku?
– Tak, ale dlaczego ja tutaj leżę? I od kiedy? Która godzina?
Pielęgniarka uśmiechnęła się.
– Szósta rano. Przywieźli cię wczoraj po południu, z bardzo wysokim ciśnieniem i groźbą poronienia. Ale jeśli zachowasz spokój, wszystko będzie dobrze. Masz jeszcze siedem tygodni, prawda?
– Tak, coś koło tego. Ale myślałam, że jestem zdrowa. To miała być ostatnia kontrola.
Pielęgniarka przyglądała jej się przez chwilę.
– Miałaś ostatnio dużo stresów?
– Stresów? Fizycznych nie, ale to prawda, że żyję pod wielką presją.
Przez cały czas rozmawiały szeptem, żeby nie budzić drugiej pacjentki.
– Czy mogłabym zadzwonić do męża? – spytała Vesla. – Jest w Hiszpanii i nie wie, co się ze mną dzieje.
– Za parę godzin będziesz mogła się z nim skontaktować.
Ale za parę godzin Vesla spała. Lekarze, którzy przyszli na obchód nie kazali jej budzić, wyglądała na bardzo zmęczoną. Jakby przez wiele tygodni żyła w strasznym napięciu, zastanawiali się z jakiego powodu.
Kiedy Inger Karlsrud przyszła do Vesli, w domu nie było nikogo. Inger na wszelki wypadek zabrała klucze, więc mogła wejść do środka. Stwierdziła, że wierzchniego okrycia Vesli też nie ma, więc chyba wyszła sama, nie została na przykład uprowadzona albo coś w tym rodzaju.
Inger zastanawiała się. Matka Vesli? Nie, musiałoby się stać coś naprawdę niezwykłego, żeby Vesla do niej poszła. Matka tylekroć krzyczała, że atakuje ją wilk, iż nikt już nie był w stanie uwierzyć, że naprawdę coś jej grozi.
Na chybił trafił wybrała ośrodek zdrowia jako pierwsze miejsce, dokąd należy zadzwonić, i dowiedziała się wszystkiego.
Pospiesznie wybrała numer Antonia, ale on najwyraźniej znajdował się daleko od swojego telefonu. Wobec tego Inger skontaktowała się ze swoją córką. Dlatego właśnie Unni mogła jako pierwsza porozmawiać z Veslą.
Kiedy ta ostatnia dowiedziała się, że jej dziecku już nic nie grozi, że żadne przekleństwo nie obciąży jego życia, najpierw podskoczyła z radości, ale zaraz się uspokoiła. Przez dłuższą chwilę nie mówiła nic.
Miała gratulować przyjaciółce, czy wyrażać ubolewanie?
Ani jedno, ani drugie. Powiedziała tylko:
– Na Boga, Unni, rozwiążcie tę zagadkę, bo w przeciwnym razie nigdy nie zaznamy spokoju! Ani Antonio, ani ja.
Unni doskonale wiedziała, dlaczego Vesla wymienia tylko ich dwoje. Jeśli bowiem zagadka nie zostanie rozwiązana, to Unni i Jordi długo żyć nie będą.
Vesla wpatrywała się w biały szpitalny sufit. Prawie nie miała odwagi się poruszać, leżała spokojnie, bardzo spokojnie.
– Będziesz żyć, moje maleństwo, będziesz żyć. Miecz Damoklesa wychylił się w inną stronę. Nie chcę się nad tym zastanawiać akurat teraz, nie potrafię, teraz pragnę myśleć jedynie o tobie, o tym, że jednak możesz bezpiecznie przyjść na świat. Teraz jesteś moim największym obowiązkiem, muszę uczynić wszystko, wszystko, co tylko możliwe, by zachować cię przy życiu do czasu, aż będziesz gotów ujrzeć światło dnia po raz pierwszy.