Bardzo chciała zatelefonować do Antonia, ale używanie komórek w szpitalu było zabronione. Mogłyby zakłócać działanie wrażliwych aparatur, dokładnie tak, jak to jest na pokładach samolotów. A Vesla nie chciała prosić, by jej natychmiast przyniesiono telefon stacjonarny.
Miło było porozmawiać z Unni, lecz ona nie należy do grupy Antonia. Kiedy Vesla dostała telefon do dyspozycji i zadzwoniła, Antonio się nie odezwał.
Przeraziła się, że coś mu się stało. Mój Boże, dlaczego akurat teraz, kiedy musiała pilnie z nim porozmawiać? O tym, że leży w szpitalu, że przez chwilę jej stan był krytyczny, ale teraz znowu jest dobrze. I o tej zaskakującej wiadomości od Unni. Wiedziała, że Antonio jeszcze o tym nie słyszał, Unni powiedziała, że wie tylko Jordi.
Vesla czuła, jak bardzo kocha Antonia i jak bardzo go jej brakuje. Uczucie było tak silne, że bała się, iż serce jej pęknie.
Powinna się uspokoić, nie wolno jej się stresować, bo znowu ciśnienie podskoczy!
Dlaczego on nie dzwoni? Unni nie powiedziała, że próbowała z nim nawiązać kontakt, Vesla musi zrobić to sama. Boże, dlaczego on nie dzwoni?
17
Unni wzdychała niecierpliwie, kiedy jechali drogą łączącą Lugo z wybrzeżem.
– No to przynajmniej z Veslą udało się nawiązać kontakt. Ale nadal nic nie wiemy na temat Antonia i jego grupy. Czy mamy machnąć ręką na producentów telefonów komórkowych, wypowiedzieć abonament i wyrzucić te nieprzydatne do niczego pudełka na śmietnik?
– Popatrz – przerwał jej narzekania Jordi. – Pedro zwolnił przy jakimś znaku drogowym.
– Tak! Taramundi! Tutaj skręcamy.
Nic dziwnego, że Manuelito stracił ich z oczu. Kiedy bowiem on dojechał do znaku drogowego, śledzone samochody już dawno zniknęły w gęstym liściastym lesie.
– Przeraża mnie, że trzeba będzie iść trzy godziny – westchnęła Gudrun w dużym samochodzie.
Juana ją pocieszała.
– Myślę, że nie będzie tak źle. Moim zdaniem te trzy godziny to na drogę tam i z powrotem.
Gudrun uważała, że półtoragodzinny marsz w jedną stronę ze świadomością, że trzeba będzie jeszcze wrócić, to wystarczająco nieciekawa perspektywa. I nic nie pomogło to, że Pedro z entuzjazmem odkrywał, iż okolice Taramundi są piękne i pagórkowate.
Wysokie wzgórza na przemian z głębokimi dolinami jak okiem sięgnąć.
Wszyscy czuli się tak, jakby opuścili zamieszkane części świata i przenieśli się do zapomnianej przez Boga i ludzi krainy. Wokół widzieli lasy w jesiennej szacie, ale nigdzie śladu ludzkich domostw. Nawet Unni siedziała milcząca.
Nagle jednak krajobraz się przed nimi otworzył i na zboczu wzgórza zobaczyli śliczną maleńką wioskę z kościołem i leżącymi bardzo blisko siebie zabudowaniami.
– Taramundi! – wykrzykiwali jedno przez drugie.
Przez wiele długich lat kościelna wioska pozostawiona była sama sobie. Ludzie żyli tu w skrajnej nędzy, na granicy tego, co człowiek może znieść.
W końcu jednak sposób rządzenia krajem się zmienił i Taramundi zostało „odkryte”. Świat dowiedział się ponadto, że również w odległych dolinach poza Taramundi znajdują się jeszcze inne ukryte wioski, w których ludzie żyją dokładnie tak samo jak w osiemnastym wieku. Wśród nich Veigas.
W kościelnej wsi Taramundi czekały ich dwie niespodzianki.
Jedna to nowa zabudowa. Miejscowość otrzymała bardzo nowoczesny ratusz, hotel z barem oraz biuro obsługi turystów, wszystko pięknie wkomponowane w krajobraz na zboczu najbardziej stromego wzgórza. W pełnej zgodzie z tutejszą naturą. Drugim zaskoczeniem okazały się informacje w biurze turystycznym. Otóż została zbudowana szosa do niektórych z wiosek położonych na pustkowiach, jak Veigas oraz Teixois i kilka innych tak, że turyści mogą tam pojechać i zobaczyć, jak żyli ludzie w okresie izolacji.
Gudrun odetchnęła z ulgą.
Otrzymali małą mapkę oraz wyjaśnienia, jak dojechać do Veigas. Pracownik biura przekonywał ich jednak, że przede wszystkim powinni odwiedzić Tebtois. Znajduje się tam młyn z olbrzymim kołem, miejscowej roboty generator elektryczny z dziewiętnastego wieku, a także niebywałej wielkości kuźnia, która była znana co najmniej od siedemnastego wieku. Podobno w Teixois ludzie mieszkali od czasów rzymskich.
– Ale Rzymianie o tym nie wiedzieli – wtrąciła Gudrun. – Tak napisano w dokumentach, które odnaleźliśmy.
– Chodzi tylko o to – powiedział Jordi, kiedy stali przed mapą i słuchali informacji – że my nie chcemy jechać do tego miejsca, którego nazwy nawet wypowiedzieć nie potrafimy. Musimy dotrzeć jedynie do Veigas.
– Mimo wszystko ciekawie było posłuchać – złagodziła jego słowa Gudrun.
Wszyscy podzielali jej zdanie. Unni z uporem ćwiczyła się w wymowie trudnej nazwy, która w jej wykonaniu brzmiała mniej więcej jak „Teiczojsz”, wszyscy jednak zgadzali się z Jordim, że jechać tam nie powinni.
W chwilę potem opuścili miasteczko Taramundi i wjechali na nową, wąską drogę przez pustkowia.
– I tędy mielibyśmy iść? – zadrżała Gudrun, kiedy samochód wspinał się po zboczu po to, by zaraz potem stoczyć się w kolejną dolinę. Na szczycie zobaczyli gromadkę domów na sąsiednim wzgórzu, oszałamiająco wysoko ponad doliną, w którą mieli właśnie zjechać. Droga, jak powiedzieliśmy, była bardzo wąska, Gudrun i Juana trzymały się kurczowo oparć. Unni robiła to samo w swoim samochodzie, ani razu nie odważyła się wychylić przez okno.
– Żebyśmy tylko nikogo tu nie spotkali – jęknęła cicho. – Bo byłyby problemy.
– Wielkiego ryzyka nie ma, sezon turystyczny się skończył.
Unni siedziała i myślała o zachowaniu Miguela w Taramundi. Przedtem przez okno samochodu widziała, że śmiał się i rozmawiał z Juana, z Gudrun i Pedrem. W Taramundi jednak nie odezwał się ani słowem, najwyraźniej trzymał się z daleka od Unni i Jordiego, towarzyszył natomiast Juanie, która promieniała ze szczęścia i nie zwracała uwagi na próbę sił, dokonującą się w milczeniu.
Pedro i Gudrun absolutnie niczego nie pojmowali.
Minęli wyjątkowo mały drogowskaz z napisem „Teixois”, kierowali się konsekwentnie ku Veigas. Dawno opuścili zamieszkane tereny.
– I co ty o nim myślisz? – spytała nieoczekiwanie Unni, ale Jordi nie miał najmniejszych wątpliwości, o kogo chodzi.
– To samo co ty. Trzymam się od niego na dystans.
– No i ja. Nie jest to przyjemne uczucie. Jordi machnął ręką.
– Absolutnie nie. Wiesz, co ja sądzę?
– Nie.
– Że on się nas boi.
– I to przez cały czas. Mam nadzieję, że nie dopuściliśmy do towarzystwa jakiegoś przestępcy.
Na to Jordi nie odpowiedział. Twarz miał nieprzeniknioną.
I właśnie to przerażało Unni.
Zapuszczali się coraz bardziej i bardziej na pustkowia. I oto, kiedy mozolnie pokonali kolejne wzgórze i mieli zjeżdżać w dół, pojawił się ostry zakręt. Oba samochody zwolniły i zatrzymały się. Pasażerowie wysiedli.
Mieli przed sobą jeszcze jedną, porośniętą lasem dolinę, wijącą się między wzniesieniami i ginącą w oddali.
W głębi tej doliny, u stóp jednego ze wzniesień, mieniła się niewielka, jasna plama, niewiarygodnie samotna pośrodku dzikich pustkowi.
– Veigas – stwierdziła Juana. Wszyscy poczuli ucisk w piersiach.
– Właściwie to nic niezwykłego – wyjaśnił Pedro. – Galicia jest pełna takich leżących na uboczu wiosek. Znajdują się dosłownie wszędzie. Zawsze były budowane nad rzekami i strumieniami. Bo tam, gdzie jest płynąca woda, tam jest też chleb.
Akurat on, pan Verin i Galicii, coś na ten temat wie.
– To prawda – potwierdziła Juana. – Z jedną małą poprawką, mianowicie nie jesteśmy już w Galicii. Okolice Taramundi należą do Asturii.