Выбрать главу

– Ale leżą nad granicą?

– Nawet bardzo blisko. Akurat tutaj linia graniczna się wykrzywia, więc sama dokładnie nie wiem, którędy przebiega.

Pedro spojrzał na zegarek.

– W Veigas istnieje możliwość noclegu, miejscowość jest przecież otwarta na turystykę. Co prawda sezon się skończył, ale podobno mieszka tu jeden strażnik z psami. W Taramundi byli pewni, że jest w domu. A nam miejsce do spania będzie potrzebne, bo dzień ma się ku końcowi.

Unni spojrzała na maleńką wioskę w oddali i przeniknął ją dreszcz.

Veigas wydało jej się tak straszliwie samotne na rozległych pustkowiach.

Kiedy pomyślała sobie o tych pokoleniach ludzi, którzy tutaj mieszkali, żyli i umierali, ogarnęło ją wielkie przygnębienie. Zimne, pewnie śnieżne zimy, dni pełne deszczu, głód, choroby, izolacja…

Bała się znaleźć w miejscowości, gdzie pamięć tych wszystkich ludzi nadal trwała w ścianach domów.

Na szczęście jest z nią Jordi i przyjaciele.

Zerknęła z boku na Miguela. Jego dłoń spoczywała na ramieniu Juany.

Unni poczuła, że ściska jej się żołądek. Przepełniał ją strach. Co jest w tym człowieku, że wprawia ją w tak wielkie wzburzenie?

Nie, to głupota z jej strony. Po prostu wiąże z jego osobą wspomnienie żelaznej dziewicy i wczorajszego przerażenia w podziemiach kościoła. Właśnie wyszła z potwornego urządzenia, kiedy on stanął w drzwiach. Wciąż dygotała z bólu i strachu, gdy go zobaczyła.

Ale to żelazna dziewica jest winna, nie sympatyczny Miguel.

18

Tego przedpołudnia grupa Antonia miała opuścić małe miasteczko w Kraju Basków, by udać się na poszukiwanie ruin, w których Jordi po raz pierwszy spotkał rycerzy.

Poranek był bardzo stresujący. Antonio telefonował i telefonował do Vesli, ale nie otrzymał odpowiedzi. Jego twarz zdawała się sztywna z niepokoju.

I oto po śniadaniu, które się przeciągnęło ponad miarę, bowiem Flavia zeszła zbyt późno, stało się coś niepojętego.

Antonio chciał przed wyjazdem zadzwonić jeszcze raz, włożył rękę do kieszeni i… nie znalazł tam komórki.

– Gdzieś zostawiłem telefon – powiedział. – Morten, możesz mi pożyczyć swój?

Ale Morten też telefonu nie miał. Flavia i Sissi chwyciły swoje torebki. Wszystkie telefony zniknęły.

– To nie może być przypadek – rzekł Antonio zgnębiony. – Co to za cholerny idiota, który kradnie ludziom komórki? Czy komuś zginęło coś poza tym?

Zatrzymali się, by sprawdzić. Ale nie, wszystko było na miejscu.

– Mój był prawie wyładowany, złodziej niewiele z nim zdziała – rzekła Flavia lakonicznie.

– Mój też – roześmiała się Sissi.

– To nie do wytrzymania – denerwował się Antonio. – Muszę koniecznie zatelefonować do Vesli, ale jak mam to zrobić bez komórki? I w jaki sposób będziemy utrzymywać kontakt z tamtą grupą?

– Ale jak się to złodziejowi udało? – zastanawiał się Morten. – Sissi i Flavia miały swoje komórki w torebkach, to stosunkowo łatwo dostępne, ale przecież nasze były w kieszeniach. Naprawdę nic nie rozumiem.

Antonio podjął decyzję.

– Jesteśmy już za daleko, żeby zawracać. Później będziemy się zastanawiać nad tą tajemnicą. A teraz do ruin!

Otrzymali bardzo szczegółowe opisy od Jordiego, wiele też wyjaśniła skórzana mapa, bez problemu więc odnaleźli ścieżkę wiodącą do celu.

Flavia i Sissi poszły razem.

– Jak ci się układa z moim pasierbem? – spytała Flavia przyjaźnie. – W dalszym ciągu tak nazywam Mortena, uważam, że mogę sobie na to pozwolić.

– No cóż – odparła Sissi. – Na anielskich skrzydłach pojawiło się wprawdzie trochę plam i aureola bohatera też jakby się przekrzywiła. Sic transit gloria mundi. Ale też dzięki temu on stał się jakby bardziej ludzki.

Flavia roześmiała się i przetłumaczyła: Tak przemija sława świata. Masz świetną wymowę. Słyszę to, kiedy rozmawiasz z Hiszpanami. Jak na tak słabą znajomość języka, to…

– Tak, rzeczywiście, mam dobry słuch językowy. Ale chyba jesteśmy na miejscu. Patrz, nasi panowie stoją i przyglądają się czemuś w największej pokorze.

Wkrótce one też znalazły się w pobliżu i zobaczyły coś, co mogło być ruinami dawnej twierdzy. Teraz była to po prostu wielka dziura w ziemi.

– Tutaj Jordi odważył się zejść na dół? – zawołał Morten odskakując mimo woli w tył.

– Został do tego zmuszony – wyjaśnił Antonio. – Przez rycerzy. No a teraz nasza kolej.

Morten rozejrzał się dookoła, ale nigdzie żadnego rycerza nie dostrzegł.

– Nie, oni już nie uczestniczą w naszych poszukiwaniach – uspokoił go Antonio. – Jesteśmy za blisko rozwiązania zagadki. Tak powiedzieli Jordiemu.

– Za blisko? Coś takiego! – prychnął Morten i ciągnął sceptycznie:

– Zmieścimy się tam wszyscy?

– No to zostań na górze. Ja schodzę na dół.

– Ja też – oznajmiła Sissi.

Flavia wahała się. To chyba nie jest najodpowiedniejsze miejsce dla takiej światowej damy jak ona. Kiedy jednak Morten zdecydował się ofiarować życie, to i ona postanowiła zejść.

Kieszonkowe latarki oświetliły schody, na których Jordi znalazł pochodnię. Podłogę pokrywały kamienie, które spadły z góry. Instynktownie spojrzeli na sufit i zadrżeli. Opuściła ich ochota do dalszych poszukiwań.

Dostrzegli jednak ów wielki kamień, który został odsunięty przez Jordiego na bok i posuwając się ostrożnie, gęsiego, między leżącymi blokami, pokonali pomieszczenie i weszli do drugiej, otwartej sali z pustymi kamiennymi katafalkami.

Tutaj w dole trudno było oddychać.

Antonio wolno oświetlał ściany.

– Tam! – zawołała Flavia.

To herb, którego Jordiemu nie wolno było dotknąć.

Teraz zaczynali się domyślać dlaczego. Róża.

– Ty – zwrócił się Morten do tego, kto chciał go, słuchać. – Patrz na gryfa! Ten tutaj jest podwójny, ‘ z ogonem i lwimi łapami. Jordi źle go narysował.

– Niełatwo jest zapamiętać wszystkie szczegóły – wtrąciła Flavia usprawiedliwiająco.

Możliwe, że zwierzę, które otaczało sam herb, zostało przez Jordiego narysowane zupełnie błędnie. Ale herb był poprawny. Była tam sroka, która reprezentowała Urracę, i róża w prawym rogu.

Heraldyczna róża.

Której sensu nikt nie rozumiał. Wyglądała na umieszczoną tu przez nieporozumienie, trochę irracjonalna, jak na początku sroka.

Teraz wszystko znalazło się na miejscu.

Badali różę dokładnie, bo oni mogli jej dotykać. Właściwie jednak wyglądała niebywale prosto. Niewielkie przesunięcie…

Antonio je wykonał. Obrócił różę o sto osiemdziesiąt stopni. Róża oddzieliła się od herbu i Antonio ją usunął.

Wewnątrz znajdował się kawałek skóry.

– To ciekawe, że żaden z kawałków tej skóry nie zaginął – powiedziała Flavia.

– Niebo na to nie pozwoliło – westchnął Antonio. – W przeciwnym razie mielibyśmy problemy.

Tym razem nie zwlekali i zaczęli na miejscu badać znalezisko.

Rysunek. Duży ptak w locie, charakterystyczny styl.

– Sęp – stwierdził Antonio. – Jest tak jak Jordi zgadywał: Tam gdzie orły będą małe.

– Dolina Carranza – rzekł Morten. – Granica między Krajem Basków i Kantabrią.

– Jak to brzmiała ta strofka młodego mnicha Jorgego? – spytała Flavia. – Ta o granicach. Wioska pustkowie chleb przełęcz puchary groty groty.

Popatrzyła na swoich towarzyszy i westchnęła:

– Znowu groty! Wiecie co, powoli zaczynam nienawidzić grot i krypt.

Trudno się chyba dziwić, że reszta zgadzała się z nią co do joty. Trzeba jednak pomyśleć o sytuacji tych, którzy w odległych czasach nieśli skarby. Chodziło o to, by ukrywać i te skarby, i siebie samych. Przez cały czas. Kluczyć, chodzić krętymi drogami, jak najdalej od niepowołanych oczu.