– Ale… to chyba nie tak? Nie powinniśmy byli skręcić w prawo?
– Tamta droga jest akurat zamknięta. Ale to tylko maleńki objazd.
Antonio zesztywniał. Przeczuwał, że coś jest nie tak. I to bardzo.
– Czy mógłby mi pan pożyczyć swój telefon komórkowy? – spytał. Chciał o tej całej sprawie z Veslą porozmawiać z Jordim lub chociaż z rodzicami Unni.
Hiszpan zrobił niepewną minę.
– Komórka… Ale ja nie mam.
A gdy Antonio zdziwił się jeszcze bardziej, że pracownik biura podróży nie ma telefonu, pospiesznie dodał:
– Nie mam przy sobie.
Te słoneczne okulary. W bardzo dobrym gatunku. Markowe.
Ciemne, ale nie całkiem. Czasami Antonio miał możność dostrzec oczy tego człowieka.
Czy Vesla naprawdę by chciała…?
Jechali z oszałamiającą prędkością, ale też Antonio miał wyjątkowo zdolnego kierowcę.
– W San Sebastian to chyba nie ma normalnego lotniska cywilnego – zaczął Antonio ostrożnie. – Dlaczego ona nie leci do Bilbao?
– To było jedyne możliwe połączenie.
Glos był łagodny, niemal przymilny. Ubranie…?
Antonio chciał się przyjrzeć ubraniu swojego towarzysza i wtedy jego dłonie mimo woli zacisnęły się na krawędzi obitego skórą siedzenia.
Kierowca ów nie trzymał stóp na pedałach. A kiedy przed chwilą skręcał… no tak, to właśnie to było nie tak: kierowca nie trzymał kierownicy!
Vesla nigdy w życiu nie wybrałaby się w swoim stanie w taką długą podróż!
Antonio wciągnął powietrze ze świstem. Jeszcze raz dał się podejść magicznej sile.
Kierowca usłyszał jego oddech. Wolno odwrócił się do Antonia, a samochód jechał sobie sam.
Antonio spojrzał w roześmianą, teraz już wyraźnie kobiecą twarz. I zobaczył dwoje triumfujących kocich oczu za słonecznymi okularami, po czym wszystko zniknęło, a on pogrążył się w mroku.
Zarena zatrzymała samochód, zdjęła okulary i wybuchnęła głośnym śmiechem.
W oddali dało się słyszeć zwycięskie wycie katów inkwizycji.
19
Oba samochody wolno toczyły się po ostatnim zboczu w dół do Veigas. Jordi i jego grupa znajdowali się bardzo daleko od Antonia i jego nad wyraz przykrej sytuacji.
Nad rzeką, w miejscu gdzie droga się kończyła, stał mały czerwony samochód. Zaparkowali obok niego, a potem poszli przez drewniany most ze zwyczajną poręczą, nie spuszczając oczu ze znajdującej się przed nimi, prastarej miejscowości.
Veigas przycupnęło u stóp stromego zbocza, w najszerszej części doliny. W górze, na stokach, i w dole, nad rzeką, wciąż jeszcze było widać małe poletka, teraz pożółkłe.
Dwa wielkie psy, najwyraźniej zaciekawione, ujadały głośno, na widok zbliżających się podróżnych. Strumień, bo to był raczej strumień niż rzeka, szumiał poniżej, szeroko tocząc swoje wody. Poza tym panowała cisza. Wielka cisza wieczności.
Przejęci goście chłonęli szczegóły. Domy zostały zbudowane z szarych i brunatnych kamieni, również dachy wykonano z kamiennych płyt. Były starannie obrobione, ale mech i rośliny zdołały się wcisnąć w szczeliny, porastały również ściany domów i małe podwórka. Tu i ówdzie otwory okienne i drzwi ziały pustką dawno opuszczonych siedzib. Pewna część wsi była jednak najwyraźniej zamieszkana aż do naszych czasów, a ostatnio została odrestaurowana. W tej części też znajdował się najwyższy we wsi budynek i przybyli zastanawiali się, czy to nie właśnie tam są pokoje dla turystów.
To, że nowoczesność dotarła do wsi widać było też po obecności ładnego, zielonego pojemnika na śmieci oraz przezroczystej plastikowej osłony wokół jednego z kominów.
Gudrun bardzo cieszyła ta modernizacja, a już zwłaszcza nowa droga do wsi.
Unni szła za Miguelem pod niewielką nadbudówką między dwoma domami. Uliczki zostały wyłożone płytami kamiennymi w dekoracyjne wzory. Veigas musiało być bardzo sympatycznym miejscem do mieszkania w czasach, kiedy w tutejszych domach żyli jeszcze ludzie.
Przyjrzała się Miguelowi. Od tyłu właściwie można go było pomylić z Jordim. Ta sama sylwetka, włosy podobnej długości i tak samo szerokie barki.
Unni zastanawiała się, dlaczego tak naprawdę on tu z nimi przyjechał. Chciał im służyć za przewodnika do Veigas? Owszem, ale po tym jak pokazał im na mapie Taramundi, sami mogli znaleźć dalszą drogę. Nie wiedział o Veigas więcej niż oni, odkąd opuścili Lugo nie podał ani jednej informacji.
Czy towarzyszy im ze względu na Juanę?
Odnosił się do niej wprawdzie bardzo przyjaźnie, ale mimo to w jego stosunku była wyraźna rezerwa, a zainteresowanie wydawało się powierzchowne. I naprawdę trudno powiedzieć, że szczere.
W tej chwili Miguel odwrócił się, jakby zrozumiał jej myśli.
Ich oczy spotkały się na dłuższą chwilę. To było bardzo dziwne spojrzenie. Unni zdawało się, że coś czyta w jego wzroku. Ale co? Był to właściwie tylko błysk, ta jakaś naga otwartość, i trwał bardzo krótko, a potem znowu pojawiła się przesłona, jakby chciał się ukryć przed światem.
I Miguel się odwrócił.
Unni nie do końca to rozumiała. Dlaczego nagle oczyma duszy zobaczyła górską halę w Norwegii, na której stała otoczona stadem kóz? Znajdował się tam. też kozioł o wielkich rogach. Minęły lata od czasu, kiedy tam była, ale obraz pojawił się teraz, kompletnie irracjonalny.
No a ten wyraz oczu Miguela, co mógłby znaczyć? Nadużycie? Przestrach?
Nie, nie umiała sobie tego wytłumaczyć.
Wyszła im na spotkanie bardzo sympatyczna, życzliwa pani. Wyjaśniła, że to nie ona tu pracuje, teraz tylko pilnuje psów swojego szwagra. Właściwie sezon został już zamknięty, ale pokoje są gotowe, gdyby chcieli przenocować. Jest też bar i mała restauracja, więc jeśli są głodni, nie będzie problemów…
Przedyskutowali sprawę. Zrobiło się już późne popołudnie, a oni przyjechali przecież, by odszukać różę tych, którzy przenosili skarby, więc wszyscy uznali, że należy przenocować.
Wszyscy z wyjątkiem Gudrun. Ona czuła się jakoś niepewnie w tej dolinie, całe mile od innych ludzi. A już zwłaszcza w opuszczonej wsi z jej nieznaną historią, otoczoną przez pustkowia. Zastanawiała się, jakiego rodzaju ludźmi byli ci, którzy mieli odwagę mieszkać tu, w całkowitej izolacji. Jeśli jednak sądziła, że to jakaś zacofana grupa, to musiała ze wstydem zmienić zdanie. Pani opowiedziała bowiem, że jej szwagier tu się urodził i wychował, a teraz jest wykładowcą szkoły wyższej w stolicy Galicii, La Corunii.
Tak więc Gudrun musiała zmienić poglądy, inni być może też, ale tego nie wiedziała.
Stanęło na tym, że jednak przenocują. Poszukiwania będzie można rozpocząć następnego dnia rano. Rozważali, czy by nie zapytać gospodyni o różę, ona jednak najwyraźniej włączyła się w historię tej miejscowości stosunkowo niedawno.
Wiedziała natomiast sporo o wszystkich starych narzędziach, pokazała im też wnętrza kilku budynków. Pokoje sypialne okazały się po prostu czarujące. Olśniewająco czyste, wyposażone w prysznice i toalety, ale utrzymane w starym stylu. Wszyscy się po prostu ucieszyli, że będą mogli w nich zamieszkać.
No, może Unni nie cieszyła się aż tak bardzo. Ona w ogóle nie chciała iść spać, w żadnym miejscu, nawet w najbardziej luksusowym hotelu w eleganckim mieście. Wiedziała bowiem, iż żelazna dziewica znowu ją nawiedzi we śnie. Wielka, budząca grozę beczka z kobiecą twarzą wyciętą w pociemniałym drewnie górnej części.
Na wspomnienie tego urządzenia przenikał ją lodowaty strach i ukradkiem dotykała małego amuletu, który nosiła na szyi. Gryfa.
Powiedziała do Jordiego: