Выбрать главу

Jordi poszedł dalej, w stronę kościoła, położonego nieco na uboczu, nad strumieniem. Domy po drugiej stronie, w najdalszej części wsi, najbliższe kościoła, były całkiem zrujnowane. Jordi drgnął, kiedy zobaczył jakąś postać na drodze, idącą w stronę odrestaurowanej części wsi.

Ech, to z pewnością Miguel, który wraca z wycieczki. No rzeczywiście, nie było go przez jakiś czas. Musiał widocznie sprawdzać, czy dalej w głębi doliny coś jeszcze jest.

Jordi pociągnął klamkę w kościelnych drzwiach. Były zamknięte.

Jaki stary może być ten kościół? Z piętnastego wieku raczej nie pochodzi. Znajduje się w kompletnym upadku. Z fasady prawie całkiem odpadła zaprawa murarska. Natomiast dachówki wyglądają na dość nowe.

Wolno opuszczał okolicę kościoła. Nie sądził, by róża mogła się znajdować w świątyni. Jeśli kiedyś żywił taką nadzieję, to teraz ją stracił.

„Zaczynajcie w Veigas, tam gdzie śpiewa gaita”.

Cóż, zaczęli przecież jeszcze wcześniej, w Santiago de Compostela, ale don Bartolome, który był z Galicii, pewnie wiedział, że niosący skarby zmierzali do Veigas?

Jordi miał nadzieję, że don Bartolome tutaj był, znalazł różę i dołączoną do niej informację. Bo jeżeli nie, to dokąd by się potem udali?

„… tam, gdzie śpiewa gaita…?”

Gaita. Galicyjska kobza. Jordi słyszał głos tego instrumentu, nagrany na płytę. Był niezwykle inspirujący. Dysponował całkiem innymi tonami niż szkockie dudy, mimo to oba instrumenty brzmią podobnie.

Czy to dziedzictwo celtyckie? A może galijskie? Dziwne, że taki wyjątkowy instrument może istnieć równocześnie w Szkocji i w Galicii, dwóch krajach tak od siebie odległych. Ale nazwy Celtowie, Galowie, Galicianie, Gelerowie, brzmią właściwie dosyć podobnie.

Jordi w żadnej mierze nie był ekspertem, po prostu teoretyzował.

Sympatyczna pani odjeżdżała właśnie swoim samochodzikiem, wracała do Taramundi. Po chwili światła zniknęły na drodze.

Tak oto zostali sami w ukrytej dolinie.

A co będzie jeśli to wszystko to tylko taki opis, mający wprowadzić w błąd postronnych ludzi, gdyby przypadkiem wpadli na trop całej sprawy?

Rzecz jasna określenie „tam, gdzie śpiewa gaita” może się odnosić do całej okolicy. I może być liryczną przenośnią wprowadzoną dla spotęgowania nastroju. No ale jeśli tak nie było? Jeśli to jest tajemny kod? Może oznaczać miech instrumentu muzycznego, lecz także na przykład miech kowalski.

Zabrnął w swoich rozmyślaniach na prawdziwe bezdroża. Mimo wszystko istniał koniec nitki, jeśli tak można powiedzieć, za który należało pociągnąć. Bo Jordi ani przez moment nie wierzył, że ten kawałek skóry, którego szukają, mógłby się znajdować w miechu instrumentu muzycznego. To zbyt nieprawdopodobne.

Nie, pomysł, który mu przyszedł do głowy był jeszcze gorszy. Ale może jednak? Szkoda, że gospodyni musiała wyjechać. Na szczęście wróci jutro, by zająć się psami. Unni próbowała się z nimi zaprzyjaźnić, ale nie wykazywały zainteresowania. Świetnie. Jordi bardzo chciał spytać gospodynię, czy we wsi nie ma starej kuźni, teraz już na to za późno, trzeba czekać do jutra.

W Teixois, jak słyszeli, znajdować się miała legendarna kuźnia z ogromnym drewnianym młotem, ale jak jest tutaj? Widzieli mnóstwo narzędzi, które mogły być używane w kuźni, teraz jednak zgromadzono je w czymś w rodzaju muzeum.

Musi porozmawiać z przyjaciółmi, musi przewietrzyć trochę swoją koncepcję, skonfrontować ją z poglądami innych.

Pospiesznie ruszył w stronę domu. Szedł przez rozjaśnioną niebieskawym księżycowym światłem dolinę, w której czarne domy kuliły się razem przy zboczach wzgórz, a ich puste drzwi i okna gapiły się w noc. Przeszedł przez oświetlony mostek nad strumieniem, który szeptał, gadał i gulgotał pod nim, przeszedł wąskimi uliczkami, powiedział parę ciepłych słów psom. Jeden, ten czarny z białym krawatem, pomachał przyjaźnie ogonem. Jaśniejszy pies trzymał się bardziej na uboczu. Jordi uznał, że podchodzenie do nich nie byłoby specjalnie rozsądne.

Przystanął, odwrócił się ku dolinie i nasłuchiwał.

Co tu jest nie tak?

Przecież jest ten wyczuwalny wewnętrzny spokój, jakby wieś spoczywała we własnych wspomnieniach i nie miało znaczenia, czy przybyli tu jacyś obcy ludzie czy nie. A może tutejszy smutek tak na niego wpływa?

Nie, to nie ma nic wspólnego ani z doliną, ani ze wsią. To ich wtargnięcie stało się fałszywym zgrzytem.

Powinniśmy stąd jak najszybciej odejść, pomyślał. By do tej fantastycznie pięknej, położonej na uboczu doliny znowu wróciła równowaga.

Wszedł do ciepłego, oświetlonego domu.

21

– Ty chyba nie masz dobrze w głowie – rzekła Gudrun do Jordiego. Siedzieli w przytulnej, ciemnej jadalni o kamiennych ścianach, z rustykalnymi meblami i pięknymi lampami. Jedzenie było bardzo dobre, potem Jordi wyłożył swoją teorię.

– Ale spróbować warto – powiedziała Unni w zamyśleniu. – Gdybyśmy się rozejrzeli po kuźni dzisiejszego wieczora, to jutro rano bylibyśmy wolni i można by zaczynać właściwe polowanie. Tylko gdzie jest kuźnia?

– A ja myślę, że wiem gdzie – oznajmił Pedro. – Widziałem budynek, który mógłby przypominać kuźnię. Pytanie tylko, czy jest oryginalna, to znaczy, czy istniała już w piętnastym wieku?

– Kuźni raczej się nie przenosi – wtrącił Jordi. – Nigdy o czymś takim nie słyszałem.

– Unni wstała.

– Coś chyba na ten temat mogę wiedzieć. Widziałam tutaj broszurę o Veigas, o historii miejscowości, myślę, że powinna tam też być mapka wsi.

– Znakomicie! – ucieszył się Pedro. Miguel zapytał:

– A o co właściwie w tych waszych poszukiwaniach chodzi?

Wszyscy umilkli. Unni stanęła pośrodku pokoju. Spoglądali po sobie niepewnie. W końcu Jordi rzekł:

– Miguel, to jest dość szczególna sprawa. Przykro mi, żeśmy ci dotychczas nie wytłumaczyli tych wszystkich kwestii, o których nieustannie rozmawiamy. Ale nie powinieneś być w to włączany. Dla twojego dobra. Mam nadzieję, że okażesz zrozumienie…

Juana sposępniała. Oto prysła nadzieja na to, że Miguel będzie mógł im dalej towarzyszyć.

Miguel spoglądał to na jedno, to na drugie. Zastanawiał się. W końcu na jego twarzy pojawił się uśmiech.

– Jestem zmęczony. To był bardzo długi dzień. Myślę, że pójdę się położyć.

Wszyscy odetchnęli głośno i zaczęli mu życzyć dobrej nocy, może nawet trochę za bardzo serdecznie.

I ułatwili sytuację Tabrisowi, ale o tym nic nie wiedzieli.

Kiedy Miguel wyszedł, Unni przyniosła materiały, które widziała w szufladzie kuchennej szafki. Do czytania wiele tam nie było, znaleźli natomiast to, co mogło ich zainteresować najbardziej: mapkę oraz ilustracje.

– Patrzcie, tutaj jest forja, czyli kuźnia! – zawołał Pedro. Dokładnie tam, gdzie myślałem!

– Trzeba iść i obejrzeć – zdecydowała Unni.

– A zmywaniem kto się zajmie? – groźnie wtrąciła Gudrun.

Wszyscy wiedzieli, Miguel również, że to właśnie Unni obiecała pozmywać po kolacji. Unni była ekspertem w unikaniu kuchennych zajęć, przychodziła zawsze naprawdę pełna dobrej woli, w chwili gdy wszystko zostało już zrobione i pytała słodkim głosem: „W czym mogłabym pomóc?”