Tym razem jednak nie udało jej się wymigać, co przyjęła do wiadomości z westchnieniem rezygnacji.
Jordiego akurat teraz zmywanie naprawdę nie interesowało. Stał z jakimś rysunkiem w ręce i porównywał go z mapą, którą trzymał Pedro.
– Widzisz Pedro? To jest o wiele, wiele starsze. Ta notatka na marginesie na pewno została zrobiona później, a oznacza, że Veigas egzystowało już od dawna. Widzisz, raz wieś przeniesiono, ale już w siedemnastym wieku zaczęto się tu osiedlać na nowo.
– Czy to by mogło oznaczać, że stara wieś istniała już w piętnastym wieku?
– No pewnie, znaleziono fundamenty i kilka wciąż stojących domów. Tu masz ich plany!
Pochylali się nad arkuszami rozłożonymi na stole.
– Tak, teraz kuźnia znajduje się w tym samym miejscu – potwierdził Pedro.
– Spójrzcie jednak tam! – zawołała Juana. – Te ruiny domów też jeszcze stoją. Domy mają nazwy, pewnie wyryte nad wejściem. Domy są tylko trzy, ale popatrzcie na nazwy dwóch z nich!
Jordi odczytał to, co zostało napisane pod budynkami: – Casa de la Rosa. I Casa de la Gaita! Pedro odetchnął głośno.
– Akurat to nie ułatwia nam sprawy. Dwie możliwości!
– Czy to normalne, żeby takie zwyczajne domy miały takie wspaniałe nazwy? – zastanawiała się Gudrun.
Juana odpowiedziała:
– Pewnie nie. W każdym razie często się to nie zdarzało. Czy nie sądzicie, że to ci, którzy przenosili skarby, nadali im te nazwy? Tak żeby ci, którzy przyjdą po nich, wiedzieli?
– To brzmi prawdopodobnie – zgodził się Jordi. – Ale dlaczego dwa domy? I to zarówno gaita, jak i róża. W takim razie gdzie powinniśmy zacząć szukać?
Pedro miał swoją teorię:
– To jest podpowiedz. Zacznij w Veigas, tam, gdzie śpiewa gaita! Oni myśleli sobie, że kiedy poszukujący informacji przybędą tutaj, będą wiedzieli, że dobrze trafili, do prawdziwego Veigas, bo pierwszy dom nazywa się Casa de la Gaita. Może tu kiedyś mieszkał jakiś muzyk, grający na gaicie, czy ja wiem? Widzicie, że ten dom rzeczywiście znajdował się po drugiej stronie rzeki, mniej więcej tam, gdzie zostawiliśmy samochody. Teraz już, naturalnie, domu nie ma.
Słuchali jego wykładu. Pedro kontynuował z palcem wskazującym na mapie:
– Szukają róży. I tutaj widzicie Casa de la Rosa, wysoko na zboczu góry. Ludzie rycerzy musieli nadać tę nazwę, by wskazać drogę, dokładnie tak jak mówi Juana.
– Czy to nie jest ten dom z pokojami gościnnymi? – zastanawiała się Unni.
– Nie, nie, tamten musiał się znajdować dalej. Czy widzieliście coś w rodzaju muru powyżej wysokiego domu? To był mur, czy też dom, który ciągnął się dalej, wzdłuż lasu. Zbocze porośnięte lasem było dość strome. Kiedy patrzymy na stary plan miejscowości, to widać wyraźnie, że Casa de la Rosa musiała się znajdować wyżej. Nie sądzę, że ten dom nadal istnieje, tamten mur był w takim dobrym stanie, że niemożliwe, iż liczył sobie pięćset lat. Ale przyjrzymy się temu jutro rano. Teraz natomiast zrobimy tak, jak radzi Unni, i popatrzymy sobie na kuźnię, która leży tu niedaleko. Tym sposobem sprawdzimy teorię Jordiego. Bo właściwie to w nią nie wierzymy, prawda?
– No po tym, jak pojawiły się dwa domy z takimi nazwami, to chyba rzeczywiście nie – uśmiechnął się Jordi.
Wszyscy zapalili swoje większe lub mniejsze latarki i ruszyli w drogę po wykładanej kamieniami uliczce. Światła były niezbędne, żeby się nie potykać na sterczących płytach. Latarnia na rogu nie oświetlała całego obszaru.
Psy warczały cicho, ale chyba nie na gości, tak to przynajmniej wyglądało. Kierowały te jakby ostrzeżenia przeciwko czemuś całkiem innemu.
Z położonych nieco wyżej zarośli wędrówkę ludzi obserwowało dwoje mieniących się zielonkawo oczu…
Pedro wszedł do kuźni, reszta poszła jego śladem.
– Unni – rzekła surowo Gudrun. – A zmywanie?
– Ale ja bym chciała… Jordi i Pedro też byli surowi:
– Woda do zmywania stygnie, a jutro rano na takie zajęcia nie będzie czasu. Ruszaj więc! Wrócimy niedługo.
Unni jak niepyszna zawróciła. Na wzniesieniu między domami zatrzymała się i słuchała przez chwilę szumu strumienia oraz przyciszonych głosów dolatujących z kuźni.
Niezwykły spokój panował w dolinie. Psy ucichły, wczołgały się do najdalszego kąta swojego pomieszczenia. To chyba ich pora snu.
Unni uśmiechała się sama do siebie. Poszła wolno w stronę mostku, przeszła porośniętym trawą brzegiem i stanęła nad krawędzią wody. Wsłuchiwała się w bulgoczące, pluszczące fale, które mieniły się w blasku księżyca i mówiła, jakby im odpowiadała:
– Tyle się wydarzyło w ostatnich dniach. Jednak najważniejsze ze wszystkiego jest dziecko. Dziecko Jordiego i moje. Zrobię wszystko, by mogło żyć… przeżyć całe ludzkie życie, a nie tylko dwadzieścia pięć lat. Dużo, dużo dłużej. Jordi będzie żył długo, ja będę żyła długo, dziecko…
Niczym lodowaty dreszcz pojawiło się wspomnienie żelaznej dziewicy.
Znowu? I dlaczego akurat teraz? Czy już nigdy nie zapomni tego potwornego narzędzia, w którym znalazła się jedynie we śnie?
Nie, to nie był żaden sen. Ból zadawany przez wbijające się w ciało gwoździe był rzeczywisty. Akurat wtedy, kiedy się to działo, na pewno był prawdziwy.
Nieprzyjemna fala chłodu przeniknęła ją, kiedy tak stała pochylona nad tym niewinnym strumieniem, w owej ślicznej, małej wiosce. Dlaczego wspomnienie strachu pojawiło się właśnie teraz?
Unni była bardzo wrażliwa, odczuwała dużo więcej niż inni ludzie.
Wyprostowała się. Co to jest?
Odniosła tylko wrażenie jakiegoś mgnienia, błyskawicy, jakby coś zielonkawego przemknęło przed jej twarzą Czyjaś dłoń? A potem złowieszcza, zakończona szponami ręka na jej plecach. Czuła, że z tyłu za nią znajduje się coś potwornie wielkiego, bardzo blisko jej pleców i karku. Odgłos olbrzymich, machających skrzydeł, pies, który zaskowyczał gdzieś ze strachu… Wszystko to stało się dosłownie w jednej sekundzie.
Po czym świadomość ją opuściła, jakby dostała zastrzyk znieczulający o natychmiastowym działaniu.
– Ciii – powiedział Jordi w kuźni.
– Co to było?
– Zdawało mi się, że słyszę triumfalne wycie katów inkwizycji.
– Nie, to tylko psy – uspokoiła go Gudrun. – Ja też je słyszałam.
Jordi nie miał pewności, ale dał się przekonać.
Dość szybko zorientowali się, że jego teoria o miechu kowalskim jako substytucie kobzy nie wytrzymuje krytyki. Kuźnia nic im więc nie dała.
Wyszli znowu na zalany księżycowym światłem dziedziniec. Bezradnie spoglądali na mur. Szukanie w przebudowanym murze, to kompletnie beznadziejne zajęcie.
Latarnia przed domem zapraszała do powrotu. Po chwili weszli do ciepłej izby.
– A to co? – zawołała Gudrun oburzona, kiedy znalazła się w kuchni. – Zmywanie nietknięte, a Unni ani śladu!
– To do niej niepodobne, żeby po prostu sobie pójść – rzekł Pedro. – Ale może była zmęczona i musiała się położyć.
– Zajrzę do niej – powiedział Jordi i wyszedł pospiesznie.
Szuflada kuchennej szafki nadal pozostawała otwarta. I trudno ją było zamknąć. Gudrun mocowała się z nią bez skutku.
– Coś tam blokuje.
Inni próbowali jej pomagać.
– W środku coś jest – stwierdziła Juana. Wsunęła rękę i starała się uwolnić jakąś szkatułkę, która stanęła w szufladzie na sztorc. Kiedy ją wyjęła i uniosła w górę, posypała się rdza.
– Oj, to musi być stare! – zawołała.
Do szkatułki przymocowano kawałek pożółkłego papieru.
Pedro odczytywał głośno:
– Znaleziono przy rozbiórce ruin starego domu. Casa de la Rosa? Bez wartości.