Выбрать главу

Kaci nie widzieli dotychczas nic poza raczej pozbawionym cech charakterystycznych mężczyzną. Jęknęli chórem i o mało się nie podusili własnymi oddechami na widok tego, co się teraz ukazało ich oczom.

Nietoperzowe skrzydła rozpostarły się z trzaskiem. Zielona poświata mieniła się wokół budzącej grozę postaci, która rosła i rosła, aż rysy twarzy, uszy i szpony rozciągnęły się groteskowo.

„Mój pp – pannnie – wyjąkał jeden z mnichów, zasłaniając się rękami. – My jesteśmy pokornymi sługami Nieba i nie możemy zawiązywać sojuszy z siłami ciemności!”

Demon wpadł w złość, chwycił najbliższego z katów za kark i szarpnął go z taką siłą, że biedak mało się nie udusił.

– Nie wyobrażajcie sobie za wiele! Wszyscy, we wszystkich trzech sferach, niebiańskiej, ziemskiej i piekielnej wiedzą, gdzie jest wasze miejsce!

Puścił mnicha, który runął ciężko na ziemię, ale zerwał się natychmiast przestraszony i upokorzony. Tabris wykonał dłonią władczy gest i wzleciał w niebo razem ze stadem wron, jak nazywał mnichów.

Nizina była pusta. Tylko małe zwierzątka w zaroślach kuliły się ze strachu i zdumienia. Wsłuchiwały się w nokturn wiatru wygrywany na drżących liściach, po czym znikały w swoich dobrze pochowanych norkach.

Deszczowe chmury zasnuwały niebo, skrywając gwiazdy.

Galicia drzemała spokojnie w nocnej ciszy, nie przeczuwając nawet, co się niebawem stanie pośród tych wszystkich niewinnych ludzi, zamieszkujących zapomniane doliny oraz w ich świętym mieście, Santiago de Compostela.

5

Antonio zadzwonił w środku śniadania. Jordi odpowiadał mu z wahaniem, uważał bowiem, że niegrzecznie jest rozmawiać przez telefon przy stole. Reszta jednak zapewniała go, że tym razem na pewno nie.

No tak, Antonio, Sissi i Morten spotkali się z Flavią i koło północy przybyli do starej królewskiej twierdzy w Olite. Teraz gotowi są zacząć poszukiwania, nie wiedzą tylko, ani gdzie, ani czego mają szukać.

Jordi zastanawiał się przez chwilę.

– A dlaczego by nie zacząć od sali, w której czekał na mnie don Ramiro?

Antonio zainteresował się tą propozycją, więc Jordi wytłumaczył mu, w której części twierdzy znajduje się owa sala.

– No to już wiem, co mam robić – zakończył Antonio. – Dziękuję za radę. Gości jest tu teraz niewielu, będziemy mogli spokojnie powęszyć.

W tle słychać było głos Mortena, który wykrzykiwał coś podniecony.

– Co on mówi? – spytał Jordi.

– Ech, jak to on. Opowiada ci, że spotkał właśnie na korytarzu wspaniałą blondynę, która uśmiechała się do niego zachęcająco.

– Czy ten chłopak nigdy nie przestanie? – zirytował się Jordi. – Może by się teraz zająć Sissi? Jej też musi sprawiać przykrość?

– Sissi jeszcze nie zeszła na dół. Ale ja go przypilnuję. A jak wam idzie?

Jordi poinformował brata, że wszystko jest w porządku i że zaczną działać, jak tylko zjedzą śniadanie. Juana przeprowadziła poszukiwania na własną rękę i już wie, dokąd trzeba pojechać. Ona ma swój samochód, drugi wypożyczył Pedro, w ogóle to zawsze jest lepiej, kiedy Pedro zajmuje się tego rodzaju sprawami. Dom, do którego muszą dotrzeć, leży na tyle daleko od ścisłego centrum miasta, że można tam pojechać samochodem. Bo poza tym to centrum jest w ogóle nieprzejezdne i zresztą zamknięte dla ruchu kołowego.

Juana miała jechać pierwsza, by wskazywać drogę i Jordi wsiadł do jej samochodu, na co Unni zareagowała bolesnym skurczem serca, ale zdusiła to w sobie. On powiedział, że musi o czymś porozmawiać z Juana.

Zaczął, gdy tylko ruszyli.

– Juano, wydaje mi się, że ty byś chciała towarzyszyć nam do samego końca. To the bitter end.

Przeciągłe westchnienie dziewczyny było dostateczną odpowiedzią. Jordi mówił więc dalej:

– Bo ten koniec może być naprawdę bardzo gorzki. Gorszy niż mogłabyś przypuszczać.

– Ja przecież wiem dosyć dużo o waszej krucjacie – zaczęła niepewnie. – A strachliwa nie jestem. – Jej głos przybierał na sile. – Jordi, w moim życiu nic się nie dzieje, spędzam dni z nosem w książkach, które cuchną pleśnią i kurzem, zawsze byłam taka, nigdy nie potrafiłam stworzyć sobie towarzystwa, moja egzystencja jest taka uboga.

Miał wrażenie, jakby wróciło do niego echo skarg Unni, dawno temu, kiedy ją prosili, by opuściła grupę ze względu na zagrażające jej niebezpieczeństwo.

Juana żaliła się dalej:

– Dni po prostu mijają, Jordi.

– „Ile już tych dni przyszło i minęło, a ja nie wiedziałem, że to życie właśnie” – zacytował, choć pewnie niedokładnie.

– Jakie to ładne. I jakie prawdziwe, pełne smutku.

– To szwedzki poeta, nie pamiętam, jak się nazywa. Juano, ja cię rozumiem. Ale śmiertelnie się o ciebie boję. Ta sprawa może cię wiele kosztować, utratę zmysłów, a może nawet życia.

– Mój drogi, za nikogo na tym świecie nie odpowiadam, jedynie za siebie. Nieliczni krewni, jakich mam, przypominają sobie o mnie rzadko, kiedy czegoś potrzebują, albo jak zdam ważny egzamin i można się mną pochwalić. Poza tym jestem dla nich szara mysz.

– Dobrze wiesz, że nie jesteś szarą myszą, Juano. Zawsze byłaś interesująca, a teraz po prostu promieniejesz!

Siedziała przez chwilę milcząca, ale ze szczęśliwym uśmiechem na wargach. W końcu rzekła:

– Nie masz jakiegoś brata, albo co?

– Mam, przecież wiesz. Antonia.

– No tak, ale jeszcze jednego.

– Nie, niestety, jesteśmy tylko my dwaj. Szkoda, pomyślała, ale głośno nie chciała tego mówić.

– Teraz w prawo i tamtą uliczką w lewo – podpowiadała sama sobie.

– Wiesz co! – zawołał Jordi zaskoczony. – Zobacz, jesteśmy właśnie koło tego klasztoru, wiesz, który znalazłem wtedy, gdy byłem w Santiago sam, wiele lat temu. Klasztor został zbudowany na miejscu starego kościoła.

– Naprawdę? Tak, przypominam sobie, że o czymś takim opowiadałeś.

– No właśnie. Teraz znaleźliśmy się nieprzyjemnie blisko tego miejsca. To chyba po tamtej stronie tamtego kwartału.

– Masz na myśli tamte przeżycia, kiedy zstąpiłeś w miniony czas i mogłeś zobaczyć katów torturujących ludzi na śmierć? Byłeś w miejscu, w którym również rycerze zostali zabici?

– Tak właśnie – potwierdził Jordi. – I Urraca także została zamordowana. Przez Wambę.

– To wtedy czarownik Wamba rzucił przekleństwo na całe przyszłe potomstwo rycerzy, a czarownica Urraca starała się je złagodzić – stwierdziła Juana. – Zatem znajdujemy się jakby u początków nieszczęścia. Ale czy myślisz, że dwa kościoły mogły stać tak blisko siebie?

– Ha! Różne zbory, odmienne sekty. We wszystkich starych miastach świata znajdują się ulice, na których kościoły stoją przy sobie ściana w ścianę. Maleńka wioska na wyspie Santorini w Grecji ma ledwie dwustu czterdziestu mieszkańców i czterdzieści trzy kościoły. Na Islandii każda chłopska zagroda posiada własny kościół, tak więc dwa sąsiadujące ze sobą kościoły to naprawdę nic dziwnego. Tym bardziej, że były czynne w różnych epokach.

– Nie, no oczywiście masz rację. Ten, w którym byłeś, to z pewnością najstarszy. Na jego miejscu zbudowano klasztor, a potem to, do czego teraz zmierzamy, czyli willę, pałac, jak to nazwać. Boże drogi, jak tu ciasno, utknęliśmy na dobre!

Przez jakiś czas rzeczywiście nie mogli się ruszyć. Juana była znakomitym kierowcą i potrafiła się prześlizgiwać w naprawdę trudnych miejscach, jednak tutaj miała problemy. Ale w końcu udało im się wyrwać z korka.

Jordi stwierdził, że znajdują się w dzielnicy z zabudową chyba osiemnastowieczną, która pewnie zostałaby zburzona, gdyby nie to, że jest na to za ładna. Uliczki były zbyt wąskie, by dwa samochody mogły się wyminąć, musieli zaparkować kawałek dalej na otwartym placu. Wszędzie panował nieznośny tłok, jak to w większości południowych miast, wszystkie możliwe i niemożliwe miejsca parkingowe były pozajmowane. Przyjaciele mieli jednak niewiarygodne szczęście, dwa samochody równocześnie wyjeżdżały z parkingu, i po dość bezpardonowej walce z innym automobilistą Pedro uzyskał miejsce dla swojego auta. Tamten drugi, rozczarowany, powlókł się dalej.