Выбрать главу

– Kolana i łokcie, ani chwili wahania – skomentował całe zajście Pedro, kiedy już wszyscy wysiedli. – No, Juano, gdzie masz ten dom?

Dziewczyna patrzyła na rzędy kamienic.

– To powinno być tam – stwierdziła.

– Uff, tam chyba straszy! – zawołała Unni.

– Głupstwo – roześmiała się Gudrun. – Chociaż dom rzeczywiście wygląda na mocno podupadły. Jakby od dawna nikt w nim nie mieszkał.

Przy patrycjuszowskich siedzibach nie było też ogródków, stały bezpośrednio przy ulicy, Unni jednak wiedziała, że we wnętrzu każdego z nich znajduje się duże patio z drzewami, kwiatami, a jeśli ma być naprawdę elegancko to i z niewielką fontanną.

Za nic na świecie nie chciała się okazać zazdrosna ani podejrzliwa, poza tym całkowicie ufała Jordiemu, kiedy jednak stwierdziła, że on na nią czeka i potem dotrzymuje jej towarzystwa, odetchnęła z ulgą.

Tyle jej chyba wolno?

Na ulicy nie było żywego ducha, tylko samochody, zajmujące połowę chodnika. Przyjaciele podeszli do domu i zadzwonili.

Z wnętrza nie dotarł do nich dźwięk dzwonka, wobec tego Jordi zastukał głośno, wiele razy. Czekali.

Nad drzwiami widniał napis: „Palacio del…”

Resztę zatarł czas.

Gudrun, najbardziej praktyczna z nich wszystkich, ujęła klamkę.

– Drzwi są otwarte! Spoglądali po sobie zdumieni.

W domu były wewnętrzne drzwi, one również otwarte, za nimi natomiast znajdował się ogromny hall z mnóstwem malowideł na szkle oraz niezwykłymi ornamentami w stylu Jugend.

– Ktoś tu jednak musiał mieszkać około roku 1900 – stwierdził Pedro. – Ale dlaczego tak wiele dzieł sztuki zostawiają przy otwartych drzwiach? Bo sam dom rzeczywiście wygląda na opuszczony.

Kurz na ciemnych wazach, zeszłoroczne liście na marmurowej posadzce.

– Oj – jęknęła nagle Gudrun.

Wszyscy spojrzeli tam gdzie ona. Po wspaniałych marmurowych schodach szedł na dół młody mężczyzna z pytającym wyrazem twarzy.

Jaki przystojny, pomyślała Unni. Naprawdę piękny! I w jakiś sposób przypomina Jordiego.

Juana patrzyła na niego jak zaczarowana. To mógłby być ten brat, którego Jordi nie ma. Mężczyzna był bardzo czarny, lśniące czarne oczy zdawały się połyskiwać zielonkawo, kiedy padało na nie światło. Lekko kręcone włosy przypominały włosy Jordiego, ale jeśli chodzi o rysy twarzy, to panowie raczej nie byli do siebie podobni. Ten miał bardziej klasyczną urodę, delikatniejszą niż Jordi, w którego wyglądzie było przecież coś szczególnego.

A na dodatek do wszystkiego, idący im na spotkanie mężczyzna był ubrany tak samo jak Jordi, cały na czarno, z zabawnym tekstem na podkoszulku: „Nie jestem stary, jestem nastolatkiem po recyklingu”, co może bardziej by pasowało jakiemuś zadowolonemu z życia emerytowi. (Mnichom nie udało się zdobyć nic innego, zresztą nie rozumieli współczesnych napisów).

– Proszę mi wybaczyć – zaczął mężczyzna melodyjnym głosem. – Byłem na strychu i nie słyszałem, kiedy państwo weszli. Nadzoruję ten dom i właśnie przyszedłem na, że tak powiem, inspekcję.

No i dlatego drzwi były otwarte. Jakie proste wytłumaczenie.

Zszedł na dół i wyciągnął rękę do Gudrun. Powiedział przy tym jakieś bardzo długie nazwisko, ale dodał:

– Proszę mnie nazywać po prostu Miguel!

Rękę Juany trzymał najdłużej sprawiając, że twarz dziewczyny się rozpromieniła.

Kiedy Unni ujęła jego dłoń, doznała dziwnie przykrego uczucia. Mimo woli cofnęła się, patrząc w jego ciemne, przyglądające się jej uważnie oczy. Nieprzyjemnie badawcze.

Nie mogłaby oczywiście powiedzieć, że jego rękę odczuła jakby dotknął jej pazur smoka. Nie, nie, była to dłoń niebywale urodziwa. Wypowiedziała tylko pół prawdy:

– Nie, nic się nie stało. Przez moment miałam wrażenie, że zrobiło się ciemno i chłodno. Ale to nic, tylko powiew wiatru. Chmura przesłoniła słońce.

Nie przestawał patrzeć jej w oczy. Jordi przyglądał im się zamyślony.

Pedro powiedział uprzejmie:

– Przepraszamy, żeśmy się tak tu wdarli. Ale może pan mógłby nam udzielić paru informacji odnośnie tego domu?

– Jestem do usług – odparł tamten elegancko.

– Wie pan może czy kiedyś, dawno temu, w tym miejscu znajdował się kościół? Bo podobno w tym właśnie kościele miała się mieścić krypta San Garaldo.

Miguel milczał przez chwilę, jakby starał się odszukać w pamięci potrzebne informacje. Milczenie stawało się dręczące, gdy w końcu oznajmił:

– To prawda.

Pedro spytał, starając się ukryć podniecenie:

– Czy ta krypta nadal istnieje?

– Krypta świętego Garalda? Owszem, istnieje, ale jest zupełnie pusta.

– Słyszeliśmy o tym, tak. Mimo to jednak chętnie byśmy ją obejrzeli, jeśli to możliwe.

– Naturalnie, proszę bardzo. Zaraz przyniosę świecę.

– Mamy latarki – oznajmił Jordi. Miguel spojrzał na niego badawczo.

Ten człowiek z jakiegoś powodu stara się nie zbliżać za bardzo do mnie i Jordiego, pomyślała Unni. Natomiast podoba mu się Juana. Zresztą z wzajemnością. No i dobrze. Życzę jej niewielkiego flirtu, zasłużyła na to. A ja bez przeszkód będę się cieszyć Jordim.

Przeniknął ją dreszcz.

Nie lubię tego domu. Jakby się tu czaiło coś podstępnego, coś nieoczekiwanego, nie mogę określić co to, ale nie jest to nic przyjemnego, myślała.

Zauważyła, że Jordi podziela jej uczucia. Podszedł do niej i objął ją ramieniem. Unni przytuliła się. Jak rozkosznie jest mieć go tak blisko. I jak bezpiecznie.

Właśnie, bo ten patrycjuszowski budynek raczej poczucia bezpieczeństwa w niej nie budził.

Nie opuszczaj mnie, Jordi. Dobrze wiesz, że balansujemy na ostrzu noża, i to bardziej niż kiedykolwiek. Ciemne moce chcą nas ściągnąć do otchłani, trzymaj mnie mocno i zostań w tym życiu, mój najdroższy, bo ja się boję, naprawdę się boję.

Skąd, na Boga, wzięły się jej te ponure przeczucia?

Stoi przecież przytulona do Jordiego, otoczona swoimi dobrymi, wiernymi przyjaciółmi, naprzeciwko życzliwego młodego mężczyzny, który nie ma złych zamiarów…

Nagle jakby straciła dech, nie mogła złapać powietrza. Nastrój, jakieś ponure ciśnienie w tym pięknym hallu w stylu Jugend dławiło ją niczym cmentarna ziemia.

– Duszno mi – mruknęła i otworzyła drzwi wejściowe. Stała na progu i łapczywie, ze świstem wciągała w siebie świeże powietrze, dopóki Jordi spokojnie nie wprowadził jej znowu do środka.

– To co, możemy iść? – spytał z pozoru lekko i zwyczajnie.

Ty czujesz to samo co ja, myślała Unni. Tylko że ty potrafisz nad tym zapanować.

Z niepewnym uśmiechem wróciła do swoich przyjaciół i do zdumionego Miguela.

– Po prostu zakręciło mi się w głowie – wyjaśniła. – Niedocukrzenie krwi. Może ktoś ma kawałek czekolady albo coś w tym rodzaju?

Bezradność

Pięciu czarnych rycerzy siedziało na koniach w galicyjskim deszczu, nie zauważając nawet, że ulewa przenika na wylot ich transparentne postaci.

Rycerzami targały mieszane uczucia, pełne napięcia oczekiwanie i głęboki smutek.

„Teraz nasi przyjaciele zaszli tak daleko, że nie jesteśmy w stanie im pomóc – rzekł don Federico z ponurym westchnieniem. – Nie mamy ani mocy, ani prawa interweniować w tym stadium”.