Выбрать главу

W kolonii znajdowały się także setki ton przetworzonego uranu, które Kojot chciał ze sobą zabrać. Na szczęście okazało się to niemożliwe. Jednak całą trójką przebiegli do magazynów i tam wypełnili ładunkami szereg automatycznych ciężarówek kopalni, którym zaprogramowali polecenie wyruszenia w drogę — miały się skierować na północne tereny kanionowe i zakopać ładunki w regionach, gdzie skupiska apatytowe były podobno na tyle wysokie, aby zataić radioaktywność pudełek z uranem i tym samym sprawić, że ładunki staną się trudne do zlokalizowania. Spencer wątpił, czy to przedsięwzięcie się uda, ale Kojot oświadczył, że jest to lepsze rozwiązanie niż pozostawienie uranu w kopalni. Wszyscy trzej mężczyźni odczuwali radosną ulgę, że mogą pomóc w takim planie Kojota, który nie przewiduje ton uranu w magazynowej ładowni ich własnego kamiennego pojazdu, mimo że pojemniki były promienioszczelne.

Kiedy skończyli programowanie, pobiegli z powrotem do bramy, wydostali się na zewnątrz i ostro ruszyli przed siebie. Gdy znajdowali się w pół drogi do skarpy, usłyszeli serię dochodzących z namiotu wybuchów i huków. Nirgal odwrócił się, popatrzył przez ramię, ale niczego nie dostrzegł — namiot ciągle był tak samo ciemny, z oświetlonymi oknami przyczepy.

Odwrócił się ponownie i pobiegł dalej, czując się tak, jak gdyby fruwał. Zaskoczyło go, gdy zobaczył przed sobą Arta, który pędził galopem po dnie kanionu; każdy krok Ziemianina był wielkim, dzikim susem i Art posuwał się tymi skokami naprzód, a odbijając się od powierzchni wyglądał jak skrzyżowanie geparda z niedźwiedziem. Biegli tak aż do skarpy, gdzie musieli poczekać, aż dogoni ich Kojot i ponownie przeprowadzi przez labirynt szczelin lodowych. Art znowu wystartował i popędził tak szybko, że Nirgal zdecydował się spróbować go dopędzić, jedynie po to, by ocenić tempo posuwania się przyjaciela. Wpadł w rytm sprintu, coraz bardziej przyspieszając, biegł niczym gazela, a kiedy w końcu mijał Arta, ocenił, że jego własne kroki były prawie dwukrotnie dłuższe od susów Arta, który przecież także biegł sprintem, stylem, w którym obie nogi poruszają się tak szybko, jak to tylko możliwe.

Dotarli do kamiennego pojazdu na długo przed Kojotem i czekali na niego w śluzie powietrznej, szaleńczo łapiąc oddech i uśmiechając się do siebie zza szybek hełmów. Kilka minut później dobiegł do nich, a wtedy Spencer uruchomił pojazd. Mijała właśnie szczelina czasowa i zostało im jeszcze sześć nocnych godzin, podczas których mogli jechać.

Wewnątrz rovera śmiali się głośno z szaleńczego biegu Arta, a wielki mężczyzna tylko szczerzył zęby i machał rękami.

— Nie bałem się, to jest przecież marsjańska grawitacja… i powiem wam jeszcze, że biegłem po prostu w taki sposób, w jaki zwykle biegam, tyle że moje nogi niczym tygrysie łapy, same układały się do skoków. Doprawdy zadziwiające.

Odpoczywali przez cały dzień, a po zmroku znowu ruszyli. Przejechali wlot długiego kanionu, który rozciągał się od Ceranius do Jovis Tholus. Zdumiewające, że twór ten — ani prosty, ani falisty — nazywano Krętym Kanionem. Kiedy słońce wzeszło, ukryli się na przedpolu Krateru Qr, dokładnie na północ od Jovis Tholus. Był to większy stożek wulkaniczny niż Tharsis Tholus, a także o wiele większy niż jakikolwiek wulkan na Ziemi, ponieważ jednak mieścił się na wysokim siodle między Ascreus Mons i Olympus Mons, a obie te góry wyraźnie się rysowały — jedna na wschodnim, druga na zachodnim horyzoncie, tkwiąc niczym ogromne płaskowyżowe kontynenty — Jovis wydawał się na ich tle zwarty, przyjazny i swojski, niczym pagórek, na który można się wspiąć, jeśli się tylko ma na to ochotę.

Tego dnia Sax siedział przed komputerem i patrzył beznamiętnie w ekran, przyciskając różne klawisze, którymi uruchamiał przypadkowe zbiory tekstów, map, wykresów, obrazków, równań. Pochylając głowę wpatrywał się w każdy z nich, niczego nie rozumiejąc. W pewnej chwili usiadł obok niego Nirgal.

— Sax, czy słyszysz, co do ciebie mówię?

Russell podniósł na niego oczy.

— Rozumiesz moje słowa? Kiwnij głową, jeśli rozumiesz.

Sax przechylił głowę na bok. Nirgal westchnął, powstrzymany przez jego natarczywie ciekawskie spój rżenie. Wreszcie Sax z wahaniem pokiwał głową.

Tej nocy Kojot jechał znowu na zachód, ku Olympusowi, a tuż przed świtem skierował rover prosto w górę, do ściany z dziobatego i rozłupanego czarnego bazaltu. Była to krawędź płaskowyżu pociętego przez niezliczoną ilość wąskich, krętych parowów, takich jak Tractus Traction, tylko o wiele większych, które tworzyły tereny dotknięte silną erozją, takie jak ogromny obszar labiryntu Traction. Płaskowyż, jak wachlarz popękanej starożytnej lawy, stanowił pozostałość jednego z najwcześniejszych wylewów z Olympus Mons, który pokrył miększy ruf wulkaniczny i popiół z poprzednich erupcji. W miejscach, gdzie wycięte przez wiatr parowy wdarły się wystarczająco głęboko, ich dna przełamały się w warstwę miększego wulkanicznego tufu, tak że niektóre wąwozy stały się wąskimi szczelinami z tunelami przy dnach, zaokrąglonymi przez wiejący przez miliony lat wiatr.

— Wyglądają, jak odwrócone dziurki od klucza — zauważył Kojot, chociaż Nirgal nigdy nie widział dziurek od klucza, które miałyby tak dziwne kształty.

Kojot wjechał roverem prosto w jeden z czarno-szarych tunelowych wąwozów. Po wielu kilometrach jazdy zatrzymał pojazd obok ściany namiotu, która odcinała w tunelu coś w rodzaju zatoru. Rozszerzona zewnętrzna krzywizna.

Była to pierwsza ukryta kolonia, jaką Art kiedykolwiek widział, toteż jej widok naprawdę go zaskoczył. Namiot miał może ze dwadzieścia metrów wysokości i zawierał w sobie stumetrowy odcinek krzywizny; Art aż krzyknął, wstrząśnięty jego rozmiarem, co szalenie rozśmieszyło Nirgala.

— Ktoś inny już tu zaparkował — stwierdził Kojot — więc bądźcie przez chwilę cicho.

Art skinął szybko głową i pochylił się ponad jego ramieniem, aby posłuchać, co ten mówi przez interkom. Przed śluzą powietrzną namiotu stał jakiś pojazd, dokładnie tak samo masywny i kamienny jak ich własny.

— Ach — powiedział Kojot, odsuwając Arta. — To Vijjika. Powinni mieć pomarańcze i może trochę kavy. Z pewnością tego ranka odbędzie się przyjęcie.