— Tę warstwę musiały stworzyć mikroorganizmy — powiedział z naciskiem jakiś mężczyzna za kobietą, ale ona natychmiast zaprzeczyła:
— Może była areotermalna albo błyskawicznie przyciągał ją kwarc w tufie wulkanicznym.
Spierali się w taki sposób, w jaki kłócą się ludzie, powtarzający jakąś debatę po raz tysięczny. Art przerwał im znowu, pytając o caliche blanco. Kobieta wyjaśniła, że blanco jest bardzo czystą odmianą chilijskiego caliche i zawiera aż do osiemdziesięciu procent czystego azotanu sodowego, a zatem stanowi bardzo cenne znalezisko na tym ubogim w azot świecie. Blok tej saletry znajdował się akurat na stole i kobieta podała go Artowi do obejrzenia, a potem kontynuowała spór z przyjacielem, podczas gdy Kojot dyskutował na temat handlu wymiennego z innym mężczyzną, mówiąc o wahadłach i garnkach, kilogramach i kaloriach, równoważności i przeciążeniu, metrach sześciennych na sekundę i pikobarach. Targował się z wprawą, na co wiele słuchających go osób reagowało serdecznym śmiechem.
W pewnej chwili kobieta przerwała Kojotowi okrzykiem:
— Słuchaj, nie możemy po prostu sobie wziąć jakiejś nieznanej masy uranu, zwłaszcza gdy nie możemy nawet być pewni, czy ją znajdziemy i wydobędziemy! To byłoby wielkie rozdawanie… albo zostaniemy najnormalniej w świecie obrabowani, jeśli nie uda nam się odszukać ciężarówki! To ma być interes! Skoro tak, to bardzo wszawy!
Kojot pokiwał figlarnie głową.
— Musiałem się za niego wziąć, ponieważ, jak mi się zdaje, w przeciwnym razie zakopalibyście mnie w caliche blanco. Jesteśmy tutaj po drodze na południe, mamy pewne nasiona, ale brakuje nam wielu innych rzeczy — a w szczególności milionów ton nowych pokładów caliche! I naprawdę potrzebujemy nadtlenku wodoru, a także makaronu, który z pewnością nie stanowi takiego luksusu jak nasiona sałaty. Powiem wam coś. Jeśli znajdziecie ciężarówkę, możecie spalić jej równoważność i nadal będziemy kwita. Jeżeli natomiast jej nie odszukacie, przyznaję, że wtedy będziecie nam jedną dłużni, ale w takim wypadku możecie spalić jakiś dar i też będzie dobrze!
— Odnalezienie ciężarówki zabierze nam tydzień pracy i sporo paliwa.
— No dobrze, w takim razie weźmiemy kolejne dziesięć pikobarów i spalimy sześć z nich.
— Niech ci będzie. — Kobieta potrząsnęła głową, skonfundowana. — Twardy z ciebie drań.
Kojot pokiwał głową i wstał, aby napełnić filiżanki.
Art zakołysał głową, przez chwilę z otwartymi ustami gapiąc się na Nirgala.
— Wytłumacz mi, o co tu chodzi.
— No cóż — odparł Nirgal, czując, jak w ciele krąży mu kava — handlujemy. My potrzebujemy jedzenia i paliwa, więc jesteśmy w sytuacji niekorzystnej, ale Kojot całkiem dobrze sobie radzi.
Art podniósł biały blok, by oszacować jego ciężar.
— Ale o co chodzi z tym otrzymywaniem azotu, wydawaniem azotu, a zwłaszcza jego spalaniem? Czy może spalacie wasze pieniądze, kiedy je dostaniecie?
— Cóż, część z nich, tak.
— Więc oni oboje próbują przegrać?
— Przegrać?
— No, stracić, wyjść kiepsko na transakcji…
— Kiepsko?
— No, dać więcej niż dostaliście.
— A tak, pewnie. Oczywiście, że tak.
— Ach, oczywiście, że tak! — Art potoczył oczyma. — Ale… nie możecie dać zbyt dużo więcej niż dostajecie, jeśli dobrze zrozumiałem?
— Dobrze. To byłoby bezsensowne rozdawanie.
Nirgal obserwował, jak jego nowy przyjaciel zastanawia się nad tym, co usłyszał.
— Ale jeśli zawsze dajecie więcej niż dostajecie, skąd bierzecie to, czego nie macie, jeśli pojmujesz, o czym mówię?
Nirgal wzruszył ramionami, spojrzał wymownie na Vijjike i mocniej ścisnął jej talię.
— Musimy to znaleźć, jak sądzę. Albo wytworzyć.
— Ach tak.
— To się nazywa ekonomia daru — dopowiedziała Vijjika.
— Ekonomia daru?
— Część naszej gospodarki. Można powiedzieć, że jest to ekonomia pieniężna dla starego systemu „kupno-sprzedaż” przy użyciu jednostek nadtlenku wodoru jako waluty. Ale większość ludzi próbuje tak samo postępować z azotem, tworząc ekonomię daru. Zaczęli ją stosować sufici i ludzie z rodzinnej kolonii Nirgala.
— I Kojot — dodał Nirgal. Chociaż, kiedy spojrzał bacznie na swego ojca, stwierdził, że Art może mieć trudności z wyobrażeniem sobie Kojota jako teoretyka-ekonomisty. W tym momencie Kojot stukał szaleńczo na klawiaturze, stojąc obok kolejnego mężczyzny, a kiedy przerwał grę, zepchnął mężczyznę z jego poduszki, wyjaśniając wszystkim, że ześlizgnęła mu się ręka.
— Będę z tobą walczył. Podwojenie albo nic — oświadczył, a potem on i mężczyzna położyli łokcie na stole, napięli mięśnie przedramion i zaczęli się siłować.
— Walka na ręce! — krzyknął Art. — O, to jest coś, co potrafię zrozumieć.
Starzec przegrał w ciągu kilku sekund i Art usiadł na jego miejscu, rzucając wyzwanie zwycięzcy. Wygrał niemal natychmiast i szybko stało się oczywiste, że nikt nie jest w stanie go pokonać; cała grupa bogdanowistów stanęła naprzeciwko niego i trzy, a potem cztery ręce zaczęły się zaciskać na dłoni i nadgarstku Arta, który każdą kombinację z łatwością spychał ze stołu.
— W porządku, wygrałem — odezwał się w końcu i usiadł wyprostowany na poduszce. — Ile wam jestem dłużny?
Aby uniknąć kręgów potrzaskanego terenu, który znajdował się na północ od Olympus Mons, musieli nadłożyć szmat drogi. Podróżowali w nocy, a spali w dzień.
Prowadząc pojazd i rozmawiając; Art zadawał setki pytań, a Nirgal pytał równie wiele razy, tak samo zafascynowany Ziemią, jak Art Marsem. Stanowili dobraną parę, bowiem każdy bardzo był zainteresowany tym drugim, co zawsze stwarza żyzny grunt dla przyjaźni.
Pomysł skontaktowania się z Ziemianami na własną rękę przerażał Nirgala już od chwili, gdy po raz pierwszy przyszedł mu do głowy w latach studenckich. Owa niebezpieczna myśl opętała go pewnej nocy w Sabishii i nigdy już nie opuściła. Przez wiele miesięcy poświęcił sporo godzin na przemyślenia różnych aspektów całej sprawy, starając się dowiedzieć, z kim powinien nawiązać kontakt, gdyby się zdecydował wprowadzić swój zamiar w czyn. Im więcej wiedział, tym silniejsze miał przeczucie, że jest to dobry pomysł, że sprzymierzenie się z jakąś ziemską siłą stanowi dla niego i jego przyjaciół sprawę podstawową, jeśli mają się ziścić ich pragnienia. Niestety, był przekonany, że żaden ze znanych mu przedstawicieli pierwszej setki nie chciałby zaryzykować takiego kontaktu. Gdyby Nirgal zdecydował się działać, musiałby to zrobić sam. A ryzyko, a stawka…
Wybrał Praxis dlatego, że dużo czytał o tym konsorcjum. Był to strzał w ciemno, tak jak większość wszystkich najbardziej rozpaczliwych czynów. Zadziałał niemal w sposób instynktowny: wycieczka do Burroughs, wejście do biur Praxis na Płaskowzgórzu Hunta, powtarzane prośby, by połączono go z Williamem Fortem.
Udało mu się z nim porozmawiać, chociaż to samo w sobie nic nie znaczyło. Później jednakże, od pierwszej chwili, gdy podszedł do Arta na ulicy w Sheffield, wiedział, że postąpił dobrze. I że Praxis świetnie działa. Wzrok tego ogromnego mężczyzny miał w sobie coś, co natychmiast uspokoiło Nirgala — jakąś otwartość, swobodę i przyjacielskość. Używając słownictwa ze swego dzieciństwa mógłby to nazwać równowagą dwóch światów. Jednym słowem, Randolph wzbudził jego zaufanie.